Stosunki z panną G

Jeżeli nie jesteś uległa, to lepiej, żeby nie było cię wcale – powtarzałem niejednokrotnie w jej obecności. Przyzwyczajona do tych i innych obelg, nie zdradzała oznak zainteresowania, drewniana franca uzbrojona w żelazo i miedź. Dobrze wiedziałem, że nie jest mi w stanie dać tego, czego oczekiwałem, a jeszcze bardziej byłem świadom, że niestety wina leży głównie po mojej stronie.

Zamknięci w głuchym pokoju całymi godzinami rozmawialiśmy. Słuchałem fałszywego głosu, który doprowadzał mnie do furii, następnie zwątpienia, by w końcu pozostawić w bezwładzie. Pozwalał za to na wypuszczanie lawiny przekleństw. Po tak bezowocnym dialogu najczęściej dostawała karę stania w kącie przez godzinę, dzień, tydzień.

Świadomy swojej winy zacząłem podglądać, jak robią to inni. Ich warsztat niewątpliwie wywarł na mnie wrażenie. Próbowałem za ich przykładem doskonalić własną manufakturę, niestety chociaż robota paliła mi się w rękach, nie sprawiała oczekiwanej przyjemności, a efekt końcowy był co najwyżej opłakany. Natomiast nie można było odmówić mi zapału oraz zaangażowania. Wytrwale z mozołem docieraliśmy do siebie, poprzez dusze do ciała, ale uległość, na której mi tak bardzo zależało od pierwszego spotkania, nadal zdawała się nie do wyegzekwowania. Zamiast cieszyć się pełnią szczęścia, po prostu trwaliśmy w symbiozie niespełnienia.

Mijały lata, z widocznym wstydem na twarzy i zażenowaniem postanowiłem przemóc się w sobie i wyjść z nią do ludzi. Pamiętam pierwsze spotkanie z przyjaciółmi; trochę uśmiechów, współczucia, poklepywanie po plecach i szepty, które nie miały dotrzeć do moich uszu oraz dwa lub trzy tlące się ogarki nadziei. Udało się nie zwątpić w siebie, ani w towarzyszącą mi kłodę drewna.

Potem było troszkę z górki, wstyd schodził z twarzy, a ja nadal podglądałem starszych kolegów i ćwiczyłem w domowym zaciszu. Następnie bez jej zgody szliśmy między ludzi. Najbardziej podobało nam się, gdy biesiadowaliśmy w plenerze przy ognisku. Chłopcy pod wpływem wódki, a częściej alpagi, dopingowali nas do działania. To były piękne chwile. Ekshibicjonizm bez żadnych hamulców. Zdarzało się, że któryś z kolegów brał ją w swoje łapy i wyczyniał rzeczy o których mogłem tylko pomarzyć. (Nota bene niejednokrotnie marzyłem, leżąc samotnie pod kołdrą.) Poznałem wtedy, że ona potrafi być uległą, kiedy przedstawi się odpowiednie argumenty, których do tej pory nie posiadałem. Pozostała zazdrość w stosunku do tych, którzy potrafią ją poskromić na swoją nutę oraz poczucie niemocy i niespełnienia.

Teraz w pełni świadomy swoich młodzieńczych grzechów, biorę ją czasem z kąta, sadzam na lewym kolanie, kładę ręce na jej sześciu strunach i gram na niej piosenki, które napisałem, kiedy obydwoje byliśmy młodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *