Psia komedia

Prolog

Cześć! To ja Sprajt. Jestem czarnobiałym psem, niezbyt pokaźnego wzrostu. Chociaż moja Pani mówi na mnie Sprajcik, albo piesio. Jednak, już teraz musicie zapamiętać, że nie jestem żadnym piesiem, tylko normalnym, pełnowartościowym psem! Niestety mam trochę krzywe przednie łapki, ale przy całokształcie moich niezliczonych zalet, to bardzo zaniedbywalny szczególik.

Za namową mojego Pana, zapraszam Was na podróż. Mam nadzieję, że będzie się razem ze mną dobrze bawić. Chauł, Chauł.

 

Cześć 1 – Raj

 

– Sprajt, sprajt! – usłyszałem z przedpokoju.

Nie wiem, po co się tak drze? Przecież nie jestem głuchy. Niestety mam wrażenie, że za bardzo go przyzwyczaiłem, że kiedy tak krzyczy, to pędzę zobaczyć, co się tam dzieje. Jednak teraz nie mam czasu, żeby patrzeć co najlepszego nawyczyniał. Muszę przecież wylizać sobie łapkę i umyć oczka. Bo jak się z takimi zaspanymi pokażę na ulicy?

– Sprajt!!!

Psi boże, czy on zwariował? Co sobie wyobraża? Poranna toaleta, to nie byle drapanie za uchem. Trzeba to zrobić dokładnie. A jak coś nawyprawiał, to niech się teraz sam martwi. Przecież jest dorosły. Ja oczywiście też (przeliczając na ludzką pełnoletność, to mam już jej półtora). Ale co się będę chwalił. Pewnie nie ma pojęcia, jaki jestem już dojrzały. Nie muszę wyprowadzał go z błędu. Jeszcze każe, żebym coś za niego robił. Jakieś zakupy, pranie, sprzątanie. A może mnie wyśle do roboty? O, co to, to nie! Wam powiem w zaufaniu. Tylko, żeby się nie wydało. Zrozumiano?

– Chodź, masz!

To rozumiem. Nie mógł tak od razu. Zatem wstaję i pędzę. Co mu tam wystaje z ręki? Kiełbaska? No, no. Pan się postarał. Chapnąłem i pędem na dywan. Muszę porządnie powąchać i chap, chap. Jakby to widzieli koledzy w podwórka… Ich tak nie karmią. Idę zobaczyć, czy czasem mu jeszcze coś nie zostało.

– Dawaj, to dawaj. Tobie pewnie zaszkodzi. Ja się na tym znam. Ludzie po kiełbaskach mogą mieć wzdęcia. Za to ja…

Szkoda, że nic nie rozumie, co do niego mówię. Kiedyś próbowałem nawet przeliterować, ale jak kulą w płot. Nie pojmuję ludzi. Niby tacy mądrzy. Robią tyle rzeczy, których ja nie potrafię. Oczywiście większość z nich jest zbyteczna. Po co na przykład wieszać firanki czy wkładać mnie do wanny, żeby polać wodą. Fuj. Nawet sikają, nie podnosząc nogi. Wiadomo, że ja to robię bardziej fachowo. Ale nie będę się już tyle chwalił.

– Ej ty! Nie jedz tego, Hej! Ja tu jestem.

No i masz babo placek. Połknął moją ostatnią nadzieję. Ale tak to jest, kiedy się nie słucha mądrzejszego. Nie jest chyba dla Was tajemnicą, że my psy potrafimy robić rzeczy, o których nasi Panowie nie wiedzą. Dlatego, kiedy nie patrzą, czytamy książki, przerzucamy kanały w telewizji, czy programujemy pralkę, zwłaszcza kiedy wejdzie do niej kocina. (O tym jednak później). Nie wspomnę tutaj o aktywności na Facebooku. Ale to chyba jasna sprawa. Pewnie mam więcej kontaktów, niż mój Pan. Baksa, Kajtek, Miki, Ryska, Pola, Bob, Brysio, Ciupas… Ach sorry. Musiałbym wymieniać do wieczornego posiłku. Nie będę Was teraz tym męczył, jeszcze wpadlibyście w kompleksy.

– Na spacerek?

Tak, spacerek. To coś co my psy lubimy najbardziej. Zaraz po kiełbasce. Poskaczę trochę po Panu, aby się cieszył, że może ze mną wyjść. Jemu też się coś od życia należy. Pewnie, jakbym był większy, on też by po mnie skakał. Nic jednak na to nie poradzę. W tym miejscu muszę stwierdzić, że człowiek ma dziwną fizjonomię. Stoi na tych dwóch łapach, przednimi macha, jak cepem. A gdzie ogon? Załamka. Jak można żyć bez ogona? Widziałem kolegów, którym obcięli ogonki. Sterczą im takie kikuciki. Fuj. Ale chyba lepsze to, niż nic. Dobra, dość gadania. Polko czeka.

– Ej, ej, co ty robisz? Zwariowałeś? Po co ten sznurek?

No i przypiął. Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież nieraz wychodził i wracał do domu. A teraz się uwiązał do mnie. Trudno, będę znów robił za przewodnika.

– No chodź. Mam cię holować? W dół? Nie przesadzaj. Umiesz chyba zejść po schodach. Szybciej. Ileż się będziesz tak wlókł za mną? Dawaj, dawaj… Zobaczmy co tam słychać pod krzaczkiem.

Mój nos podpowiada mi, że tam jest bardzo dużo ważnych śladów. Mógłbym oczywiście robić za detektywa, ale jak już wspomniałem wcześniej, nie będę się chwalił, żeby mnie ktoś faktycznie nie zatrudnił. Chcę godnie przejść przez swoje pieskie życie. No, no. Tak jak myślałem. Rintin już tutaj był. W zasadzie to nie wiem, co kieruje jego postępowaniem. Nigdy nie wyprowadza swojej Pani na spacer. Pewnie jej nie kocha, tak jak ja swojego Pana. Zostawia ją samą w domu. Może to zła kobieta, ale my psy powinniśmy być bardziej wyrozumiali. Zobaczmy co tu zostawił. No kolego. Piękna sprawa. Kawał porządnej rzeźby w brązie. Zbadajmy, co tam miałeś dziś na śniadanie. O fuj. Czym ta baba cię karmi? Teraz się nie dziwię, że jej nie zabierasz ze sobą. Fasolka i pomidorek. Nic dobrego. Zobaczmy dalej. Sucha karma. Także bez rewelacji. Ale mnie też karmią tą paszą dla kur, jakby kiełbaski i szynki zabrakło. Taki nasz los. O… Ryska też już tu była. Podpisała się na liście obecności. Pora na mnie. Podnoszę wysoko łapkę i robię parafkę. Suczek także nie pojmuję. Jak można kucać do zaznaczania obecności. Rozumiem oczywiście dwójeczkę. Sam też przecież tak robię. Ale jedyneczka… Łapka, skapior, i fuuu. Leci. Pięknie. Czekajcie chwilę. Muszę sprawdzić, czy dobrze poszło. O tak. Piękny znak mojej egzystencji i dowód na pomyślność spacerku. Zaraz, zaraz… A gdzie Baksa? Chyba jej dziś nie było. Ale trudno się dziwić. Parówa może jeszcze tu nie doczłapała. Poszukam troszkę pod tamtym krzaczkiem… O, tu też stuprocentowa absencja. Być może przyjdzie później.

Czas się przemieścić dalej. Chyba czuję kolegę Boba. Bob jest spoko. Też gruby jak Baksa, ale przynajmniej kolor ma czarny, jak pies, a nie takie rude byle co, podobne do lisa. Lisy to dziady. W tajemnicy Wam powiem, żebyście na nie uważali. Patrzcie! Widzicie to co ja? Toż to prawdziwe kości z kury. Wyczuwam, że wujek Karol przyczynił się do ich obecności. Pewnie w nocy stoczył bój na śmierć i życie z tymi nielotami. Drób to wredne stworzenia. Żeby dostać się do tego, co w nich najcenniejsze, trzeba się przebijać przez morze piór. Wujek Karol to wielki wojownik. Nie przeszkadza mu nawet to kurze futro. Kiedyś widziałem, jak rzucał puszkami z kurzym pasztetem do tych dwułapów. Ale dość tej apoteozy. Dobry wujek zostawił dla mnie to, co najlepsze. Czas oddać mu hołd i posprzątać to pobojowisko. Dobrze, że Bob nie widzi na jedno oko, a na drugie chyba też niewiele. Gdyby to zobaczył, to… Nawet nie chcę myśleć, co by dla mnie zostało. Najwyżej zapach i jęk zawodu.

A cóż tak tu pędzi? Muszę na chwilę wypchnąć mojego Pana przodem. Nie żebym był tchórzem (to też wredne stworzenia), ale nie ma co samemu iść na pierwszy ogień. To mój kolega Rintin. Rintin jest super. Chodź tu kolego. No nie wierć się tak. Muszę sprawdzić, jak tam u ciebie z urologią. No nieźle, nieźle. Widzę, że ty też mi zaglądasz pod ogon. Musisz przyznać, że jest na co popatrzeć. No już się nie obrażaj. Z faktami żaden z nas nie wygra. No tak. Załatwił mnie. Stanął na tylnych nogach. Ale jak to mówią – wysoki jak brzoza, a głupi jak koza. Kozy to takie większe piesia, jakbyście nie wiedzieli, ale głupsze. O tak, dużo głupsze. Jak można całe życie żywić się trawą? Ponoć wegetarianie są szczęśliwi, dopóki nie zjedzą pierwszego kawałka mięsa. Ale pewnie kozy są na tyle głupie, że jeszcze żadna z nich nie próbowała. Brrrr. Jak dobrze być psem! Dobra kochani. Dość tych dygresji. Trzeba jeszcze trochę pokazać Rintinowi, z kim ma do czynienia. Osz ty! Wara od mojego Pana. Idź do swojej, niech cię pogłaska. Uciekaj! Ja ci dam! Będę jak Messi. Patrz, jak wygrywam pozycję. I kogo teraz Pan głaska? Co? Łyso ci? Nie dziwię się. Z takimi włosami, to w ogóle wstyd się pokazać na dzielni! Ej. Żartowałem… Ale i tak uciekł. Rintin to w zasadzie dobry kolega. Jednak niech się tak nie spouchwala z moim Panem. O, coś zostawił na odchodnym. Teraz na mnie kolej.

Chodźmy dalej. No nie. Na chodniku… Co za chamstwo. Jednak trzeba przyznać, że jest co badać. Czyżby to Miki? Tak, to na pewno on. Z innych nie wylatuje zapach chabury. Ale, żeby na samym środku mojego traktu spacerowego. Wstyd. Wstyd i hańba.

A cóż się tam rusza? Widzicie? Kocina! Sorry. Czas na mnie. Muszę pędzić.

– Ej! puść ten sznurek! Nie nadążasz, to puść. Poczekasz tu na mnie. Ja załatwię sprawę z tą szarą kociną i wrócę. Słyszysz???

Niestety muszę stwierdzić, że mam strachliwego Pana. Boi się zostać sam. A ja przecież chciałem tylko na chwilkę go zostawić. Popędziłbym za tą kociną i pognał ją, gdzie pieprz rośnie, albo jeszcze dalej. Ale nie… Muszę pilnować Pana. Prawdopodobnie beze mnie nie dałby sobie rady. Ciekawe, kiedy wreszcie zrozumie, że ja też mam swoje potrzeby. Nie, żebym nie był wdzięczny za kiełbaskę, ale kocina nie może tak bezkarnie pałętać się po dzielni. Widzicie go kochani? Bo mnie już zniknął z radaru. Może pojawi się jakaś nowa kocia morda. Tak na marginesie, to nie rozumiem, po co to chodzi po tym świecie? Jaki z tego pożytek? Mięso ma niedobre. Wyżera przydział, który dobrzy sąsiedzi zostawiają dla nas, psów. Pałęta się to bez sensu i bez celu, a jak się chcę z tym zabawić to ucieka na drzewo. Nie żebym nie mógł za nim wlecieć na górę. Mogę. Chociaż może się zdawać i to nawet Wam, że nie potrafię. Ja nie potrafię? No śmiech na sali… Ja nie potrafię… Oczywiście, że potrafię (i nie żebym się przechwalał, bo wcale nie muszę tego robić), tylko po co marnować energię na bezsensowne zabawy. Wolę poleżeć w salonie. Poczytać książki, pooglądać telewizję, czy lajkować posty na fejsie mojemu szerokiemu gronu znajomych. Jak już o Facebooku mowa. Ile kocin ma tam profile? Mnie się zdaje, że nie więcej, niż dwa, w tym jeden zablokowany, a drugi usunięty.

Teraz się skupcie, bo właśnie z moim Panem dochodzimy do drzwi Spółdzielni. Tam pracują źli ludzie, na których mój Pan bardzo narzeka. Możecie mi teraz zarzucić brak obiektywizmu. Pewnie, że możecie. Ale… Konsultowałem tę opinię z kolegami. Ryska, Baksa, Miki i Bob potwierdzili to, co niejednokrotnie słyszałem w domu. A, że mój Pan, poza tym że jest tchórzliwy, co przed chwilą udowodniłem, to dobry człowiek, nie mogę obok tej sprawy przejść obojętnie. Dlatego też muszę zacząć działać. Wziąć sprawy w swoje ręce. A dokładnie rzecz biorąc, nie tylko w łapy. Tak… Wyczuwam dobrze tego złoczyńcę, przez którego mój Pan się tak denerwuje, że kiedyś nawet zapomniał dać mi kolację, a innym razem zamknął na balkonie, żebym go czasem nie zamordował. Czas działać. Przykuc, wypinka i lecimy z dwójeczką. O tak… Pięknie. Jeszcze troszkę. I już. Sprawdźmy moje dzieło. Tak… Jak koledzy tu przyjdą, to będą mi zazdrościć tej kiełbaski i szyneczki. Trochę psuje mój wizerunek sucha karma, ale można to zwalić na zdrowe odżywianie.

– Ej. Halo! Człowieku, co ty robisz? Nie, nie, tylko nie to!

Całe moje dzieło, cała ciężka praca zapakowana w plastikowy worek. Nie wytrzymam. Co ten mój Pan sobie wyobraża. Muszę działać, bo mnie tu zaraz trafi. Siadam i się nie ruszam. Przybieram pozę zawiedzionego psa. Teraz trzeba zrobić najsmutniejszą minę. Nie wiem czy Pan zrozumie. Jak wspominałem wcześniej ludzie nie są zbytnio rozgarnięci. Nic na to nie poradzę, że nasza psia rasa jest nadzwyczajnie rozwinięta pod względem intelektualnym. Nie, nie, nie. Nie idę dalej. Albo to z powrotem wyrzuci, tam gdzie powinno leżeć, albo będziemy tu tkwić do kolacji. Jak zgłodnieję, to będę zmuszony skończyć ten psi bojkot. Ale zaraz, zaraz… Co on robi? Po co idzie z tym do Spółdzielni? Pochwalić się swoim psem. A musicie przyznać, że jest się czym chwalić. Nie żebym był nieskromny i może się powtórzę, ale faktów nie da się oszukać.

O! Brawo mój Pan! Brawo. Koniec bojkotu. Aż z radości dam mu buzi. Niech się tylko pochyli. Sam bym chyba tego lepiej nie wymyślił. Powiesić woreczek z moją dwójeczką na klamce do Spółdzielni. Jednak nie takiego głupiego mam Pana. Na prawdę nie spodziewałem się takiej akcji. Szkoda, że żaden z kolegów nie widział, bo by mu patrzałki z czaszki na chodnik wypadły. Poza tym troszkę żałuję, że nie będą też wąchać z zazdrością mojej dumy. Jak już wspomniałem, każdy pies, większy, czy mniejszy, bez problemu mógłby wskoczyć na drzwi i odprawić ceremonię zapoznania się z zawartością woreczka, ale przecież jesteśmy stworzeni do wyższych celów.

Teraz chodu! Muszę podholować trochę Pana na bezpieczniejszy grunt. Duma dumą, chwała chwałą, wyczyn wyczynem, ale czasem lepiej, żeby nie poznali za wcześnie bohaterów. To znaczy mnie, psa i przez skromność muszę także dodać mojego Pana.

A któż to idzie? Wujek Dominik. To nasz sąsiad. Pan moich dwóch koleżanek. Teraz jest sam. Żeby mu nie było smutno, to się z nim przywitam. Ale nie tak byle jak. Przecież nie jestem jakimś byle Rintinem, czy Bobem. Wskoczę na jego jasne spodnie. Zapamięta ten przyjacielski gest na cały wieczór, a i ciotka nie będzie narzekać, że nie ma co prać. Z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie. A Tośka i Pola niech żałują, że go nie wyprowadzają na spacer. Co on tam tak krzyczy do Pana? Że brudny, żeby go trzymać krótko… Coś podobnego. Tego się nie spodziewałem po wujku. Czasem mam wrażenie, że ludzie myślą, że to oni nas wyprowadzają na spacer. Cóż za filozofia. Co więcej, tak często to słyszę, że jeszcze kiedyś oni w to naprawdę uwierzą. Ludzkie umysły są bardzo otwarte na brednie. Ale my psy patrzymy na to z przymrużeniem oka. Wiadomo, że są pewne granice, których ludzki umysł nie jest w stanie przekroczyć.

Koniec tego dobrego. Może i dobrze, bo mi trochę zimno w stopy i nogi się zmęczyły. A i jakaś kiełbaska może się znajdzie w domku. O… A co to? Na schodach odpinamy sznurek. No tak. Stąd już Pan trafi do domu. Muszę przyznać, że jestem z siebie dumny. Doprowadziłem go pod same schody. A ile miał po drodze atrakcji. Może Rintin trochę przesadził. Nie może tak się umizgiwać do mojego Pana. Kiedyś z nim o tym jeszcze porozmawiam. Wiadomo, że Pan jest przypisany do psa i nie można go nawet wypożyczać.

A teraz już się na chwilkę pożegnam, bo nasza podróż dobiegła końca. Trzymajcie się i czekajcie na dalszy ciąg psich wydarzeń. Sprajcik, czyli ja, jeszcze się do Was odezwie.

 

 

Cześć 2 – Czyściec

 

– Sprajt, sprajt! – tym razem słyszę Pańcię. Pójdę zobaczyć co tam ode mnie chce. Niejednokrotnie słyszałem, jak mówiła, że faceci są strasznie niezaradni życiowo. Poniekąd muszę się z nią zgodzić. Oczywiście, nie żebym uważał, że kobiety są w jakikolwiek sposób lepsze. No co to, to nie. Zaradni jesteśmy tylko my. My psy! Ale zobaczmy, co się tu wyprawia. Dziś wyprowadzę na spacer zarówno młodszego Pana, jak i Pańcię. Ale jak to mówią – dwie pieczenie przy jednym ogniu. Nie będę musiał iść już później z drugą osobą. Eh. Jak zawsze. Bez sznurka by się obyło. Ale niech już im będzie…

– Ej!!! Ej! Gdzie mnie tu wpychasz? Do tego małego domku. Halo! Co to za nowe zwyczaje? – no i masz… Wziął mnie na ręce i wrzucił, jak jakąś kocinę, albo worek ziemniaków. No, no. Nawet fajnie w tym pokoiku. Może trochę ciasnawo, ale wersalka niczego sobie. I cała moja! To rozumiem. Przede mną Pan i Pańcia na ciasnych fotelikach, a ja… W końcu pies ma swoje prawa, w tym prawo do luksusu.

– Ojej! Co to się dzieje? Co to za hałas, do cholery? – Aha. w porządku. Pewnie Pan się postanowił odpowietrzyć. Ale niechże ma litość. W takim małym pokoiku. Na szczęście nic nie czuć… Nie mogę za to uwierzyć, że potrafi tak długo. Rekord Guinnessa pobije. Szacun! A teraz jeszcze głośniej. Nie, nie. Coś jest nie tak. To chyba jednak nie on.

– Oj! Ratunku! Co się tam wyprawia? Pomocy!!! – Za oknem świat ucieka! Wystraszył się! To chyba jednak mój Pan. Nic na to nie poradzę… Z drugiej strony tak samo. – O boże! Sklep na nas pędzi. – Ufff. Skręcił. Tyle dobrze, że ja siedzę z tyłu. Najwyżej najpierw wpadłby na mojego Pana. O, Rintin też gdzieś pędzi. Ucieka przed światem. Pomacham mu ogonem. Nie, nie. Ten nasz świat zwariował. Gna i gna. Lepiej się położę i przechowam swoje skołatane nerwy przez jakiś czas…

No wreszcie spokój. Pańcia pozwala mi wysiąść. Ale któż tu do mnie przygnał. Jakiś dom. Ogród. Koledzy. I kocina. Cholerna kocina! Udam, że mam ją w takim poważaniu, na jakie zasługuje. A teraz zobaczmy, kto tu był przede mną. O! To chyba niemożliwe. Normalnie cały pułk braci i sióstr. Nie rozpoznaję… Musiała tu chyba być jakaś wyprzedaż. Słyszałem, jak ostatnio Pańcia o czymś takim opowiadała. Jednak myślałem, że tylko ludzie są tak nienormalni, że ustawiają się jak sztachety w płocie i stoją, stoją, stoją… Albo krążą, jak szynka po jelitach, żeby kupić jakieś szmaty. Po co komu szmaty? Ja mam jeden kocyk i mi wystarcza, Pan z resztą też nie ma wiele. Za to Pańcia. Jej to nie rozumiem. Co chwilę jakaś nowa ścierka na szyi, żeby to się tym jeszcze chociaż wycierała, albo przynajmniej moje obolałe stopki. Ale nie… Okręca się tym pod szczęką. Jak zobaczyłem pierwszy raz, to się tak strasznie przestraszyłem, myśląc, że chce popełnić samobójstwo. Na szczęście tylko symulowała. Teraz jestem dużo spokojniejszy. To znaczy przyzwyczaiłem się do jej dziwactw. Ale o czym to ja?… Acha. Zatem ludzie to dziwaki, głównie Pańcie. Latają po wyprzedażach i kupują takie dziadostwo, którego normalnie za darmo by nie wzięły. Ale, jak zapłacą to zawsze im się potem przyda… Tak myślicie? Oj nie, nie. Pan mnie uświadomił. Większość tego badziewia z wyprzedaży zalega w szafach. Używane było tylko raz. W jakiejś przymierzalni. Nie wiem co to ta przymierzalnia, ale coś wyjątkowego i wzniosłego, skoro tylko tam i tylko jeden jedyny raz Pańcie chodzą w tych swoich szmatach. Swoją drogą ciekawe co tu sprzedawali, że tylko piesiów się pofatygowało? Zobaczmy jeszcze… Albo nie… Najpierw trzeba się kulturalnie podpisać… Nóżka, skapiorek i lecimy z jedyneczką…

Ojojoj. To już jest na pewno niemożliwe. Kto to tu był? Przecież piesie tyle nie żyją. Sprawdzę jeszcze raz. Może jakaś pańcia nie doleciała do toalety. W sumie czemu ma być gorsza od nas. Nie… Cholera. To nie pańcia. To koleżanka! Ciekawe czego ona tu szukała? Nawet ludzie w takim wieku już nie chodzą na wyprzedaże, tylko piją herbatkę z miodem i kaszlą przy piecyku, z nogami w bamboszach. Czegóż ta stara tu szukała? Może była promocja trumien? Chodźmy zobaczyć dalej.

– Ej, ej! Co robisz? Nie widzisz, że coś sprawdzam? Głupku! – ten mój młodszy Pan nie jest do końca normalny. Pańcia też niewiele lepsza… I wciągnęli mnie do tego domku. Tu też czuć koleżanki. Dużo koleżanek. Oj, a do tego ten duży kolega. A co to? No ja nie mogę. Nie wierzę! Kocina w przenośnym więzieniu. Tego jeszcze nie grali. – No co jest głupku? Na drzewko uciekniesz? Ha! Ha! – Ma szczęście, że to więzienie działa w dwie strony. Nikt nie wychodzi, ale też nikt nie wchodzi. Swoją drogą ciekawe za co go tam zamknęli? Jak ja bym mógł o tym decydować, to wszystkie sierciuchy zamknąłbym za samą przynależność do gatunku, a jakby tego było mało do wydania jedynego prawidłowego wyroku, to kierowałbym ich za kraty, za ich iloraz inteligencji. Pewnie ta wyliniała patologia nawet czytać nie umie.

– O nie!!! Chodu! Mówię chodu! Nie widzicie, kto tu wszedł? To ten sadysta z bożej łaski. Sukinsyn jeden! Trzeba uciekać. Halo! – Tak… Najlepiej mi powiedzieć, żebym się nie wyrywał i nie szczekał. A ten popapraniec w zielonym kostiumie kiedyś już zrobił mi krzywdę. Może dziś kolej na moje Państwo? A może on specjalnie do mnie przyjechał, z tym całym inwentarzem dobrodziejstwa? Szatański Bobek – tak właśnie go nazywam.

– Gdzie mnie tam ciągniesz? – Pan zwariował! Chyba za mocno go ostatnio walnąłem w głowę. Prosto w paszczę lwa! Do pieczary tortur. Skandal.

– Zostaw mnie! Jak chcesz to idź sam. Pańcia! Pańcia! Raduj biednego Sprajcika. – Oczywiście. W domu to mądra. Cały czas krzyczy po Panu. A tu robi, co jej każe. Ale kto zrozumie kobietę? Jeszcze się taki człowiek nie urodził. To mnie akurat nie dziwi, bo ludzie to dziwna i niezmiernie głupia nacja. Ale przecież robiłem research wśród kolegów na podwórku i nawet na Facebooku, i żaden piesek nie umiał mi na to pytanie odpowiedzieć. W akcie desperacji spytałem nawet kiedyś kocinę, ale on zamiast odpowiedzieć, jak kot psu, to tylko coś syknął i uciekł na dach.

– Co ty robisz?! Stój. – Na wagę. O nie. Nigdy w życiu. Zawsze, jak tu wchodzę, to potem Pańcia krzyczy po Panu jeszcze głośniej, żeby mi kiełbaski nie dawał. I zazwyczaj przez dwa tygodnie dostaję mniej jedzenia. I stało się. O… coś się zepsuło. Dobra moja. Pomiar nieudany. Ha, ha. OK. Na mnie już pora. No tak. Jak raz nie wyszło, do biednego Sprajta będą w tę i nazad, z podłogi na wagę. A dam wam tę satysfakcję. – Zadowoleni? – Teraz sobie poopowiadajcie bajki o jakiejś nadwadze. Tacyście odważni. Może sami staniecie? Co? A Szatański Bobek na swoim basiorze mógłby wybębnić rytm do piosenki żołnierskiej. Nie musieliby zatrudniać w wojsku dobosza. Piernik jeden się minął z powołaniem. A jak się wystroił… Bezguście totalne. Lepiej by wyglądał, jakby się ubierał w Castoramie. Włożył na siebie zielone prześcieradło. Ale tak to jest, jak się grosze zarabia na maltretowaniu piesków. Idź dziadu lepiej sobie dzieci narobić. To ponoć nawet głupieć potrafi, choć nie wiem czy dla ciebie nie zabrakło by skali. Przynajmniej miałbyś pięćset plus na ubranie, a nie starej z łóżka prześcieradła podkradać. A te klapeczki? Co ty jesteś na plaży? Aaa. Już rozumiem tę twoją filozofię. Jak się ma jedną parę skarpetek i nie ma kiedy prać, to się butów nie zakłada, tylko chodzi w tych chodakach z dziurami, jak w masce Jasona Voorheesa i wietrzy racice. Żenada.

– Zostaw mnie! Co robisz? Proszę mnie natychmiast postawić na podłogę! Słyszysz? – Gdzieżby mnie mój pan usłyszał? Normalnie przy tych oszołomach sam tracę swoje wartości intelektualne. – I gdzieś mnie tu postawił, żebym stał jak chwała na wysokościach? – czasem mam wrażenie, że lepiej bym miał z ateistą albo jehowym. Świętego ze mnie zrobią, wprowadzając na ten ołtarz ofiarny w świątyni tortur.

– Ej ty Bobek! Swój basior sobie wymacaj, a ode mnie wara! Rozumiesz? Wara. – Tak… Na pewno mnie zrozumie. Biorąc po uwagę jego inteligencję, to trzeba chylić pokłony matce, że nauczyła go chodzić. Na pewno miała orkę na ugorze. Ale dała radę. Dzielna kobieta. Tylko niepotrzebnie, go tak wcześnie spuściła ze smyczy.  – Zabierz wreszcie te swoje racice! – O. Niemożliwe. Zrozumiał. – A gdzie mi tam zaglądasz? Kompleksów chcesz się nabawić? – Bo trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć. Faktów nikt nie oszuka, ale chyba się powtarzam…

– Co ty robisz? Głupku! Gdzie mi to wpychasz? – Naprawdę trzeba być skończonym idiotą, żeby mi wkładać jakiś zimny przedmiot w miejsce skąd wychodzi kupa. Głodny jest, czy o co mu chodzi? Sprawia mu to przyjemność? – To jest otwór wylotowy, a nie wlotowy, barani cycu! – Z drugiej strony to strasznie specyficzny przypadek. Ciekawe, czy ze sobą też tak postępuje? Je od strony zadniej, a wydala frontową? W innych okolicznościach mógłbym się nawet zapoznać z jego sposobem odżywiania, ale teraz najchętniej jednak bym się stąd oddalił i to w trymiga. Analizując wielkość jego basiora, to wszystko jest możliwe. Chyba go zacznę nazywać Bobek Wielki Pierwszy. Jedyne co ma małe to rozum i serce do zwierząt.

– Co ty tam teraz robisz? Czemu pompujesz ten długopis? – No tak. Mamuśka tak długo uczyła go chodzić, a potem mówić, że na naukę pisania nie było już czasu. Zatem Bobek nie poznał podstawowej obsługi długopisu. Co za idiota. Zaraz, zaraz… To nie jest długopis… To…

– Ała!!!  Krzywdę mi robisz, sadysto z bożej łaski. – Gdyby tylko Pan mnie nie trzymał za pyszczek, to byśmy inaczej pogadali. Mądry się znalazł. Bezbronnego psa? Przyjdzie na ciebie kara boża. Zaraz spróbujemy coś to przygotować. Tylko muszę się odpowiednio ustawić… Oj… Chyba jednak zostawimy to na inną okazję. Pan mnie wreszcie puścił, to pora się stąd oddalić. Skaczemy…

I wreszcie na podłodze. Co tam Pańcia tak narzeka i krzyczy po Panu? Że mnie nie trzymał? Ciekawe. Z resztą co to za różnica. Z moich obserwacji wynika, że kobiety mają w sobie zmagazynowane niewyczerpywalne zasoby krzyku. I jak Pan jest w pobliżu, to go wydalają na zewnątrz. Chyba po to, żeby je czasem nie rozerwało od wewnątrz. Szatański Bobek zrobił już co swoje. Teraz spokojnie rozejrzyjmy się w około. Patrzcie, patrzcie ile tu książek. Kolekcjoner się znalazł. Mój Pan zbiera płyty, Pańcia szmaty, a ten książki. Mógłby je chociaż kupować według jakiegoś klucza. A tu każda z innej parafii. Jedna większa, druga mniejsza, ta gruba, ta chuda. Normalnie, jak baby na targowisko. Każda inna. Tyle korzyści, że książki się nie drą po sobie. Poza tym, jakim trzeba być idiotą, żeby kolekcjonować książki? Nie żebym był przeciwnym makulaturze. Sam przecież niejednokrotnie czytałem. Ostatnio literaturę fachową. Jasno tam stało, że dania fit są przereklamowane i szkodzą zdrowiu, zwłaszcza psychicznemu. Mój Pan wielokrotnie próbował tę wiedzę przekazać Pańci, ale jak grochem o ścianę. Z tego co zaobserwowałem, ona nie była przekonana do tej pozycji i nie wzięła jej nawet do ręki. Ale ja przeczytałem w dużym pokoju na dywanie. Potem przyszedł Pan, w geście pochwały poklepał mnie nią po pupci (to było bardzo miłe z jego strony), a następnie pozbierał efekty mojej edukacji i wyrzucił do kosza. Lubię mojego Pana, jest taki inteligentny. Dobrze wie, że książki nie służą do kolekcjonowania i po przeczytaniu trzeba je wydalić, żeby nie przyjmowały kurzu, leżąc bezużytecznie na półce.

Popatrzmy teraz dalej. Co tam jest za tymi drzwiami? O boże! martwy piesio. Szlag trafił. – Hej kolego… Żyjesz? Halo! To ja Sprajt. – Nie… Zabili go. Szatański Bobek załatwił tego biedaka. Od dawna wiedziałem, że to zły człowiek. Jeszcze na dodatek założył mu jakiś abażur na głowę. Ciekawe po co? Już wiem… Chce z biedaka zrobić lampkę nocną dla żony. Wszystko się zgadza. Nie stać niedorozwoja na zakupy w Ikei, to oświetlenie robi z… Nie! Nie przejdzie mi to przez gardło. Biedaczysko. Trzeba by gdzieś interweniować w tej sprawie. Tylko gdzie? Może w Animal Planet? W takim wypadku to nawet ja jestem głupi. Popatrzę jeszcze raz… Ciekawe jaką mu wsadził żarówkę? Hmm… Nie ma jeszcze. Może grubas nie ma na stanie. Jak się ściemni, to pójdzie wykręcić z ulicznej latarni. A żeby go poparzyło, pokopało i odwalił tam kitę. A wtedy przyjdę ja, Sprajt i z Szatańskiego zrobię lampkę nocną! To jest plan! Tylko patrząc na Bobka, to z wyglądu bardziej przypomina betoniarkę, niż latarnię. Jakoś go przekwalifikuję! W końcu ja tu jestem mózgiem operacji. – Nic się nie martw kolego. Pomszczę cię. Pomszczę, jak tylko potrafię najlepiej. Plan już mam. A ty się nigdzie stąd nie ruszaj. Po akcji powiem ci co i jak. – Nie mogę nawet patrzeć na tego biedaka. Serce mi w poprzek staje. No nie. Do tego jeszcze mam halucynacje i zwidy. Wydawało mi się, że mój umarły kolega się poruszył. Wy też to widzieliście? Nie kłamcie tu mi, Sprajtowi. Jak mogliście widzieć, jak was tu nie ma! Oszuści. – Halo, kolego! Umarłeś, czy tylko udajesz po to, żebym z tego wariata zrobił lampkę nocną? – Już nic z tego nie rozumiem. O! Super. Poruszył się. – Ty żyjesz. Symulancie cholerny. Mało brakło a dałbym się nabrać. – Jednak Bobek nie jest taki zły. Nie zabił kolegi. Pewnie też nie zrobi z niego lampki nocnej. Może nawet wziął go tutaj, żeby się biedaczysko przespało. Może to nawet jest dobry człowiek? Tylko po co mu zakładał ten abażur? Jak Pan przyniesie gazetki reklamowe ze sklepu, to będę musiał doczytać, żeby na przyszłość być bardziej zorientowanym w branży oświetleniowej. Póki co mogę spokojnie wracać do Pańci, bo mnie właśnie woła. Nawet ma coś dla mnie. Co to? Kiełbaska? Nie. Ciasteczko? Nie. Może chociaż ciasteczko fit? Nie. Co to do cholery? Order? Po kiego kota mi order? Czyżby chcieli mnie wysłać pod Monte Cassino? Przecież tam już wszystko załatwili, co mieli. Nie ma opcji. Nie pójdę. Nie chcę! – Nie przypinaj mi tego. Nie chcę. Rozumiesz kobieto? Nie chcę!!! – Nikt mnie dzisiaj tu nie rozumie… Nikt… Cicho teraz! Patrzcie. Wychodzimy. Pierwsza dobra wiadomość tego popołudnia. O! A to co? Wnoszą kocinę w przenośnym więzieniu do Bobka. – Będziesz miał za swoje. Słyszysz? Na pewno masz na sumieniu wiele grzechów. – I zamknęli drzwi. Trudno. Nie zobaczę, jak będą wykonywać wyrok, na tym wyliniałym sierściuchu. Szkoda. Już taką miałem nadzieję. Ale nie ma tego złego…

Pan mnie z powrotem prowadzi do naszego małego domku. Zastanawiam się, czy jak już tam wejdziemy, świat znowu będzie przed nami uciekał. Ale o tym już się nie dowiecie.

Jednak nie martwcie się. Jeszcze się do Was odezwę. Na razie pozdrawiam. Sparjcik. Chauł, chauł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *