Puzyńska Katarzyna – Pokrzyk

Pokrzyk – już jedenasta część sagi o policjantach z Lipowa. Czytelnicy powinni sobie postawić pytanie: czy Katarzyna P. może ich jeszcze czymś zaskoczyć. Odpowiedź od dawna pozostaje niezmienna. Nieprzewidywalność rozwoju akcji, ale przed wszystkim zakończenia, od zawsze była jedną z najsilniejszych stron książek tej autorki.

Książka od samego początku trzyma w napięciu, rozdziały w większości zakończone na ostro, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić wcześniej. Wiele niewiadomych, czy też nawet tajemnic, stopniowo się wyjaśnia, często niespodziewanie. Poza akcją główną oczywiście toczy się dodatkowa, nieokreślona w czasie – kolejny zastosowany chwyt, który siedzi z tyłu głowy i pobudza wyobraźnie oraz każe snuć domysły. Podejrzanych, podobnie jak w poprzedniej części jest wielu. Autorka zgrabnie wyprowadza nas niejednokrotnie w pole.

Powieść podzielona jest na cztery części. Trzy tytuły zaczerpnięte z Boskiej komedii Dantego Alighieri, a ostatni to po prostu Pokrzyk. Nie mają one raczej większego znaczenia jeżeli chodzi o przebieg całej akcji, służą głównie wprowadzaniu dodatkowej akcji, a także nadaniu pewnej tajemniczości i mistyczności.

Z przytupem wraca do łaski Klementyna Kopp, sprowadzona lekko na margines w poprzednich kilku częściach. Jej postać jest niewątpliwie bardzo mocnym akcentem powieści. Charyzmatyczna, bezkompromisowa, wyrazista, z silnym konfliktem wewnętrznym, oczywiście tajemnicza i nieprzewidywalna, jak sama autorka.

Pozostali bohaterowie, poznani we wcześniejszych odsłonach sagi (Podgórski, Nowakowska/Podgórska i Strzałkowska) ponownie przeżywają rozterki, po raz kolejny przechodzą przemiany, a wszystko po to, żeby czytelnik miał możliwość wyrazić o nich swój osąd, pokochać albo znienawidzić, utożsamić się z poszczególnymi bohaterami lub postawić na nich kreskę.

Sam wątek kryminalny, który można powiedzieć, jest lekko dominujący, na tle społeczno-obyczajowo-miłosnym, jak zwykle mistrzowsko przemyślany i poprowadzony bocznymi ścieżkami. Do tego czuć pewną atmosferę grozy. Las, mrok, klaun, tajemnicze napisy na ścianach. A pośrodku tego wszystkiego samotny czytelnik, pociągany jak za sznurki.

Pokrzyk to moim zdaniem najlepsza część sagi od czasów Utopców. Mroczna, tajemnicza, trzymająca przez długi czas w napięciu, z mocno nakreślonymi charakterami bohaterów. Kawał dobrej, literackiej roboty. Pozostaje jedno pytanie: co będzie dalej?

Matyszczak Marta – Trup w sanatorium

Trup w sanatorium to szósta część Kryminału pod psem – autorstwa Marty Matyszczak.

 

Ty razem trójka głównych bohaterów ze Śląska udaje się na wakacje nad morze. Oczywiście dostają w prezencje bonus, czyli zagadkę kryminalną do rozwiązania. Trup znajduje się w sanatorium Krecik, w Świnoujściu, w którym Solański z Kwiatkowską mieli spędzić romantycznie czas, w towarzystwie trójłapego Gucia. Jasnym jest, że jeżeli denatka skończyła w solance, to sprawcę może znaleźć tylko Solański.

Akcja powieści toczy się w czasach obecnych oraz w 1977 roku. Autorka nawiązuje do Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej, na którym (poza Festiwalem Piosenki Studenckiej) debiutowały ówczesne gwiazdy, głównie z nurtu poezji śpiewanej czy piosenki aktorskiej. Przedstawione są nawet dokumenty inwigilacyjne tajnych służb z tego okresu. Choć sama FAMA nie ma znaczącego wpływu na przebieg śledztwa, to miło przeczytać nazwiska artystów, których dorobek muzyczny cenię bardzo wysoko.

Dostajemy klasyczny kryminał z podwójną fabułą i trzema narratorami. Przeszłość opisuje jedna z bohaterek, a czasy obecne narrator właściwy i oczywiście Gucio. Niezastąpiony Gucio, jak zawsze ubarwia akcję psim poczuciem humoru, do którego przyzwyczaił nas w poprzednich pięciu częściach. Z resztą zapowiedź wątków komediowych dostajemy już na początku, w nazwie reklamowanego proszku pomagającego w procesie wypróżniania.

W początkowej części powieści autorka bardzo trafnie komentuje natłok turystów zmierzających na wypoczynek nad polskie morze. W sposób trochę prześmiewczy krytykuje ten owczy pęd, w miejsce o niskim standardzie, wysokich cenach i jeszcze wyższym stopniu zaludnienia. Ja jako mieszkaniec miejscowości turystycznej (w prawdzie na drugim końcu Polski) znam z autopsji te dantejskie sceny opisane w książce.

Należy wspomnieć jeszcze o parze głównych bohaterów. Autorka nie pała sympatią do Róży Kwiatkowskiej. Jak zawsze jest ona poniewierana i poobijana. Analizując jej fizjonomię pod koniec książki, można by dojść do stwierdzenia, że składa się ona głównie z siniaków. Natomiast Szymon Solański jest głównym obiektem krytyki swojego trójłapego podopiecznego. Nie mają łatwo. Ale za to czytelnik ma ubaw po pachy.

Porównując Trupa w sanatorium do poprzednich części Kryminału pod psem, należy stanowczo stwierdzić, że autorka nie obniża lotów, jak ma to często miejsce podczas kontynuacji serii kryminalnych. Czytelnik jest prowadzony bardzo sprawnie przez akcje książki. Być może nie zaskakuje nas jakimiś nowościami, ale też nie nudzi. Powtarzają się pewne pomysły, czy też nawet schematy z poprzednich części, takie jak opisywanie miejsc odwiedzanych przed laty przez pisarkę, czy zbiegi okoliczności. Ale czemu nie korzystać, ze sprawdzonych sposobów.

Fani Gucia z poprzednich części na pewno nie potrzebują specjalnego zaproszenia do przeczytania kolejnych losów dzielnie walczącej grupy detektywistycznej. Pozostałym jak najbardziej polecam.

Wybiegając do przodu, jestem bardzo ciekawy, jak autorka wybrnie w kolejnej części, z tego co zainicjowała na końcu Trupa. Jest to niewątpliwe zaproszenie do niecierpliwego czekania na siódmą sprawę, z którą gotowe jest poradzić sobie tylko biuro detektywistyczne Solan.

Sitko Marcin – Rysiek Riedel we wspomnieniach

W ostatnich czasach obserwujemy spory wysyp wywiadów z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, zebranych w kilkusetstronicowe książki. W mojej osobistej kolekcji są już, między innymi, wywiady-rzeki z Markiem Piekarczykiem, Romanem Kostrzewskim, czy już ś.p. Zbigniewem Łapińskim.

Marcin Sitko zauważył, że brakuje w tym panteonie, wielkiej muzycznej postaci, jakim bez wątpienia był Rysiek Riedel. Ponieważ wszelka rozmowa z nim jest już niemożliwa, postanowił przemówić za niego, głosami rodziny, przyjaciół, dziennikarzy, ludzi związanych z przemysłem rozrywkowym.

Dla wszystkich fanów Dżemu i Ryśka jest to oczywiście pozycja obowiązkowa. Postać wokalisty opisana we wspomnieniach niemal pięćdziesięciu osób. Migawki z młodości, z koncertów, ze współpracy muzycznej, aż w końcu z nierównej walki i pobytów w szpitalach.

Spróbuję tę wypowiedzi skonfrontować z filmami „Skazany na bluesa” – Jana Kidawy Błońskiego, który z resztą pojawia się w książce oraz „Się macie ludzie” – dokumentu o Ryśku. Z wywiadów przedstawionych w książce, jasno wynika, że pierwszy film jest tylko oparty na losach legendy śląskiego bluesa. Wiele scen zostało opisanych, jako niemających miejsca w życiu muzyka, m.in. wymiana przez ojca zamków w czasie wesela, czy desperacki zakup strzykawki. W końcowych scenach dochodzi także do pojednania Ryśka z ojcem, jednak udzielający wywiadów raczej są zdania, że do takowego nigdy nie doszło. Natomiast w drugim filmie, tym razem całkowicie biograficznym, została przedstawiona postać Ryśka, trochę podobnie jak w tej książce. Z resztą część osób wypowiadających się w filmie, udzieliła także wywiadów do publikacji, tyle że czternaście lat później.

Książka zawiera wiele anegdot z życia artysty. Część z nich znałem wcześniej z wyżej wspomnianego filmu dokumentalnego, duża część nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. Może poza epizodem, kiedy Pudel wywoływał ducha w mieszkaniu Riedlów. Poza tym z tych wszystkich wypowiedzi, a często jest to wprost powiedziane w podsumowaniu przez poszczególne osoby, wyłania się bardzo wyrazisty obraz piosenkarza, znany od dawna praktycznie przez wszystkich fanów zespołu. Czytając, miałem wrażenie, że jeden narrator przemawia głosami czterdziestu osób, które znały Ryśka w poszczególnych etapach jego życia. Jedyny odbiegający od schematu obraz, został nakreślony przez jednego z menedżerów Dżemu, w przedostatnim rozdziale. Poza obrazem samego piosenkarza, można się trochę dowiedzieć o powstawaniu niektórych piosenek, zarówno od warstwy tekstowej jak i muzycznej.

Osobiście czuję pewien niedosyt konkretnych anegdot, także uważam, że za mało muzyków (głównie z Dżemu) opisuje swoje wspomnienia. Tylko Beno i Gier udzielili wywiadów i to raptem tylko na kilka stron.

Jeżeli chodzi o samo wydanie książki, to jest ono solidne, w twardej oprawie i bardzo dobrze się czyta, tzn. publikacja się sama nie zamyka. Dodano nawet kolorową wstążeczkę, jako zakładkę. Książka zawiera wiele czarno-białych fotografii, jednak niestety większość z nich jest fatalnej jakości. Część bardzo ciemna, a część tak mała, że niewiele na nich widać. Wiadomo, że zdjęcia sprzed 40 lat nie były powalającej jakości i nawet takie stanowią cenne pamiątki, ale można je było choć trochę podciągnąć. Być może to uczyniono i nic więcej się nie dało. W każdym razie niestety jakość nie powala. Możemy być za to pewni, że wcześniej nie były one publikowane.

Ostatnim wielkim minusem, a w zasadzie pierwszym, jest dołączona płyta CD, którą wpakowałem od razu do odtwarzacza. I jakież mnie spotkało rozczarowanie, kiedy po niecałych dwunastu minutach przestała grać. Tylko dwie piosenki, za to nigdy wcześniej nie publikowane.

Podsumowując. Kupując tę książkę myślałem, że dużo więcej dowiem się o legendarnym muzyku. Trochę odgrzewanych kotletów (z filmu „Się macie ludzie”, czy z wywiadów na Youtube), za mało anegdot typu wywoływanie duchów przez Pudla, poza tym prawie jednolity obraz artysty i słabej jakości zdjęcia.

Nie mniej jednak nie żałuję, że zostałem szczęśliwym posiadaczem tej publikacji. Na pewno zawarta w niej obszerna treść dopełniła wyobrażenie o wielkim muzyku, jakim bez wątpienia był Rysiek Riedel.

Obserwacja

widziałem ludzi kuszonych przez diabła

jedni cerowali skarpetki sadzili kapustę jedli wodnistą zupę zagryzali chlebem choć ich zęby były rzadkie jak sukcesy

drudzy kopali małego psa na łańcuchu pili samogon kopulacja nie sprawiała im przyjemności – jednak szli na ilość

 

w niedziele kropidło konfrontowało wyprasowane dresy z zapachem naftaliny

 

a ja widziałem ludzi kuszonych przez diabła

rozciągnął skrzydła od wschodu prawie po zachód przez tę szparę wpadało trochę nadziei

srebrniki kapały jak częstomocz rzucili się zatem do nocników

 

kiedyś będą żałować oddanej duszy bez ekwiwalentu rozkoszy

ludzie których widziałem kuszonych przez diabła

Matyszczak Marta – Tajemnicza śmierć Marianny Biel

Matyszczak Marta – Tajemnicza śmierć Marianny Biel

Tajemnicza śmierć Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak to pierwsza część serii „Kryminałów pod psem”. Pies w tym przypadku ma kilka ukrytych znaczeń. W połączeniu z kryminałem może się oczywiście kojarzyć z policjantem, w metaforycznym ujęciu zdaję się być przemyślaną antyreklamą cyklu. Jednak na pierwszy plan wysuwa się zwykły pies w ujęciu słownikowym. Gucio – bo tak wabi się ten sympatyczny prawie czworonóg (jedną tylną łapkę stracił w konfrontacji ze złym czworonogiem).

Głównym ludzkim bohaterem jest Szymon Solański, były policjant, obecnie prywatny detektyw, niemal przymierający głodem. Sprowadza się on do śląskiego familoka, w którym przypadkowo zamieszkuje Róża Kwiatkowska, redaktorka, przez lata podkochująca się w detektywie. I właśnie w tej kamiennicy ma miejsce pierwsze morderstwo, którym w czynie społecznym zajmą się wyżej przestawieni bohaterowie.

Jak przystało na współczesny kryminał, autorka wprowadza wielowątkowość. Poza jakby się zdawałoby głównym torem, którym jest prowadzone śledztwo, mamy do czynienia z mocno zacieśniającymi się relacjami pomiędzy Różą i Szymonem. Nie bez znaczenia jest także miejsce akcji, obskurny chorzowski familok, w którym mieszkają różne typy, które nierzadko można by nazwać spod ciemnej gwiazdy. Poza społecznym tłem zwaśnionych lokatorów, czytelnik bez problemu zauważa watki satyryczne, głównie wprowadzane przez Gucia. Niektórzy mogli by się tu doszukiwać czarnego humoru, rodem z Monty Pytona.

Na pewno dużym plusem książki jest barwna kreacja bohaterów, kontrastująca z szarym, kamiennym otoczeniem. Na pierwszy plan wysuwa się Gucio, dziesięcioletni pies-geniusz, którego intelekt został podniesiony niemal do ludzkiego. Pies potrafi myśleć nie gorzej niż spora część pozostałych bohaterów, dedukować, a nawet czytać. Poza tym jest narratorem sporej części książki. Opowiada, co zdoła zobaczyć swoim psim wzrokiem. Jego wywody kierowane bezpośrednio do czytelnika, przeplatają się przez całą powieść z opisami narratora właściwego. Trochę nadpsie zdolności kontrastują z ułomnościami fizycznymi, takimi jak brak jednej łapy, bielmo na oku (mimo którego wszystko wspaniale widzi i opisuje) czy niepierwsza już młodość. Gucio ma dziesięć lat, a dalej dorównuje kroku swojemu panu. Niemniej wywody piesia bawią nas do łez.

W Szymonie Solańskim na pierwszy rzut oka można doszukać się pewnych stereotypów; były policjant, wdowiec, któremu w życiu nie bardzo wyszło, jednak nie stoczył się po równi pochyłej i oczywiście jak się uprze, to śledztwo musi doprowadzić do końca. Jeździ, jak wielu śledczych, starą skodą. Wyróżnia go jednak miłość do zwierząt, kiedy już na początku adoptuje kalekiego kundelka ze schroniska, a przecież mógł się pokusić o bardziej pasującego do detektywa, psa-mordercę. Róża Kwiatkowska (zapewne autorka nieprzypadkowo w jej nazwisku wprowadziła grę słów) jest redaktorką, niestroniącą od kieliszka, koleżanką Solańskiego z lat liceum, w którym się kiedyś podkochiwała. A jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje…  Połączenie prowadzącego śledztwo i osoby związanej z pisarstwem też jest często spotykane w literaturze gatunkowej, choćby u Camilli Lackberk (policjant i pisarka), ale czegóż jeszcze nie było…

Pozostali bohaterowie też są bardzo wyrazistymi postaciami. Na szczególną uwagę zasługuje na pewno Brygida Buchta, której wypowiedzi w całości są prowadzone w śląskiej gwarze, co niewątpliwie dodaje książce dodatkowego kolorytu. Co więcej, są one na tyle jasne i czytelne, że nie trzeba sprawdzać znaczenia poszczególnych słów oraz wprowadzone zostały w niewielkiej ilość, przez co na pewno nie męczą czytelnika.

Być może rasowi pożeracze kryminałów poczują pewien niedosyt, związany z zawiłością śledztwa i mnogością wątków prowadzących do mordercy. Jednak muszę podkreślić, że jest to kryminał odbiegający od utartych standardów, naszpikowany soczystym humorem ze śląskim krajobrazem w tle. Myślę, że po jego przeczytaniu, z niecierpliwością sięgniecie po kolejne części przygód Gucia i jego pana, co też i ja uczyniłem.

Tramwaj

Jechali ściśnięci krakowskim tramwajem,

Jednemu znienacka odbiło się jajem,

Złowieszcze spojrzenie wśród kilku podróżnych,

Udanej niedzieli na pewno nie wróży.

 

Katolik morderstwo przywołał w pamięci,

Nie ważne, że jaja co roku sam święcił,

Twarz jego najczystszą nienawiść wyraża,

Bo przecież w tramwaju nie mają ołtarza.

 

Sadysta po trochu się cieszy i smuci,

Sam chciałby ciut czadu wypuścić do ludzi

I myśli mrowisko po głowie mu goni,

Że dzisiaj wyprzedził go jakiś anonim.

 

Patolog się zbudził, choć kimnął w przelocie,

Po woni poznając, że jest już w robocie

I aż się przestraszył, gdy podniósł swą szyję,

Nie wierząc, że tylu w około wciąż żyje.

 

Morderca powoli szykował swe dłonie,

Złoczyńcy szukając po całym wagonie,

By podróż mógł nazwać ostatnią podróżą,

Lecz zwątpił, bo światku tu było za dużo.

 

Laleczka też chciała twarz skrzywić z odrazą,

Lecz razem z botoksem  trzymają swój fason

I niechże nie pęknie nadęta jej duma,

Ukryta, jak co dzień w tych samych perfumach.

 

Poeta chciałby to wszystko opisać,

A potem dramatem się chwalić w kulisach,

Lecz problem banalny wystąpił niestety,

W tym czasie w tramwaju nie było poety.

 

Filozof żył sznury napina naprędce,

Chcąc myśli wyhaczyć, jak rybę na wędce

I gotów je schłostać, jak ruską nahajką,

By wiedzieć, czy była wpierw kura, czy jajko.

Läckberg Camilla – Złota klatka

Autorka sagi o policjantach z miasteczka Fjällbacka, po niezbyt udanej dziesiątej części sagi, „Czarownica” postanowiła zrezygnować z klasycznego kryminału i dla odmiany spróbować swoich sił w innych gatunkach literackich. Książka jest zakwalifikowana jako thriller psychologiczny, niestety niezbyt trafnie. Jeżeli ktoś się nastawiał na mocniejsze wrażenia, będzie niewątpliwie zawiedziony. Powieść trudno jednoznacznie zaszufladkować. Dostajemy zatem zbitek różnych gatunków, takich jak: literatura obyczajowa, erotyczna, czy też romans ze wstawkami elementów kryminalnych, od których zaczyna się powieść i ci, którzy nie czytają opisów reklamowych, w połączeniu z nazwiskiem autorki, mogliby przypuszczać, że zaraz rozpocznie się śledztwo.

Kompozycyjne książka została podzielona na trzy przeplatające się okresy czasowe. Obecny – najbardziej obszerny, rozgrywający się w przeciągu kilku lat, rok 2001, kiedy poznaje się para głównych bohaterów, czyli Jack i Faye, której oczami w tym etapie poznajemy wydarzenia oraz trzeci, najstarszy okres, lata dzieciństwa Faye.

Pomimo, że na pewno nie będzie to moja ulubiona pozycja w księgozbiorze autorstwa Läckberg, a nawet przypuszczam, że także wielu sympatyków jej kryminalnej sagi, to nie należy Złotej klatki od razu skreślać. Książka ma swoje słabsze i mocniejsze momenty. Do lepszych stron na pewno można zaliczyć zaskakujące zakończenie, nagromadzenie emocji, których czytelnik może doznać podczas czytania  jednego z wątków, poza tym akcja jest dość zgrabnie prowadzona i po prostu łatwo się czyta. Kolejnym plusem jest dawkowanie emocji. Być może jest to element niezauważalny, na który czytelnik raczej nie zwraca uwagi, ale można tutaj wyczuć momenty napięcia i rozluźnienia. Minusów zauważamy niestety więcej. Chociaż książka nie jest nudna, nie jest także zaskakująca. Dostajemy za to dawkę przewidywalnych sytuacji, które nastąpią w krótszym lub dłuższym czasookresie. Można powiedzieć, że scenariusz jest sztampowy, przypominający nieco amerykańskie filmy familijne o podwórkowej drużynie baseballowej, złożonej z nieudaczników lub wyrzutków, która na końcu zdobywa puchar. Do tego nieudolnie przedstawiony świat wielkiego biznesu.

Postaci mocno przerysowane, szczególnie pierwszoplanowa para. Człowiek zarabiający miliony, nie czyni podstawowych zabezpieczeń swojego interesu. Zastanawiające są natomiast metamorfozy, które przez całą powieść kształtują Faye. Postać jest zlepkiem przeróżnych charakterów i postaw, w różnych etapach swojego życia, kształtowanych przez jej najbliższe otoczenie.

Autorka wprowadza wątek niskiej próby hakerstwa komputerowego. Jednak w przeciwieństwie np. do Millenium, wydaje się on w miarę prawdopodobny. Kilkukrotnie obserwujemy sceny erotyczne. Nie stanowią one jednak próby wysokich lotów. Przez całą powieść przewija się kilka miniwątków kryminalnych. Szczególnie w ostatnim z nich można odkryć, że napisany został przez uznaną autorkę kryminałów. Niektóre zbrodnie są tylko opisane tak, że się wydarzyły, ale nie pociągnęły za sobą żadnych konsekwencji. Ani dla sprawcy, ani nie toczy się śledztwo, ani nic. Wydarzenie, jak każde inne. Jakby ktoś śmieci wyrzucił.

Podsumowując, nie można uznać ucieczki jednej z mistrzyń kryminału w kierunku innych gatunków za udaną. Powieść jak najbardziej przeciętna, której jednym z największych atutów jest nazwisko autora.

Epitafium dla Jacka Kaczmarskiego

Jestem tu z wami! – Ja wilk wasz trójłapy,

Zawziętym strzelcom pokazuję swe kły,

Z lasów na łąkę wyciągam ochłapy,

Na żywej ranie pulsuje kropla krwi!

 

Pływałem po mitach na statku Telemacha,

Za ogień wątrobę zżerały mi sępy,

Z Ofreuszem szedłem po strupach i strachach,

Z Ikarem niebiańskie badałem ustępy,

Księgowej Owida piórem pisałem wiersz,

W Pomejach zastygły szczekał na mnie pies.

 

Jestem tu z wami – wilczysko rubaszne,

Szczęki wypchane najszczerszą z moich kpin,

Las był nasz zawsze – teraz łąki nasze!

Lepcie więc wilki wiersze z wolności glin.

 

Warczałem na władców skaczących przez płoty,

Jęczałem dzwonkami na błazeńskiej czapie,

Na Krymie wykpiłem caryckie zaloty,

Premiera głos milczał na śmiełowskim czacie,

W drodze do koryta próbując wspiąć się wzwyż,

A ja ich wszystkich chciałem wysłać na krzyż!

 

Jestem tu z wami! Ofiara gonitwy

Przed nagonką, gdzie kula wyje i strach,

Spragniony grzechu, spragniony modlitwy

Złowieszcze głosy wspominałem w swych snach.

 

Szukałem tu Boga z Bibilią i Rublowem,

Pod Golgotą wino piłem z Barabaszem,

Na Wieży Babel Bóg poplątał mi mowę,

A w Konfesjonale toczyłem bojarze,

Lecz Chrystus z mej ręki nie uniknął chłost,

Dla ciała – karnawał, a dla duszy – post.

 

Jestem tu z wami – wciąż niezakończony,

Lecz wyje czasem jak porzucony pies,

Kiedy wspominam wilczy ród stracony

Przewodników na których nadszedł kres.

 

Na koniu z Wysockim pędziłem przez Piekło,

Okudżawa poszedł przysłużyć się mitom,

Ciało Witkacego na obczyźnie legło,

Ja wszedłem podstępie w sarkofag Cogito,

By pamięć o Mistrzach nie poszła w siwy dym

Najkrwawszy mym sercem skreśliłem dla nich rym!

 

Jestem tu z wami – oglądam pejzaże,

Drzew symbolicznych, alegorycznych łąk,

Które wnet spłoną w ludzkości pożarze,

Zamilkną w krzyku ostatniej stypy mąk.

 

Na Sybir jechałem, z Sybiru wracałem,

Wodę życia mi dała Zatruta Studnia,

Na Goi z balwierzem żyłę otwierałem,

Pognałem orszaki w Samosierry turniach,

Sobaka skakała gdy oficer ją bił,

Synagogi ściany rozsypały się w pył.

 

Jestem tu z wami! Szalone wilczysko,

Wciąż nieuchronnie spragnione skoków w bok,

Nie ufam nadal złowieszczym psim pyskom,

Chociaż chce z nimi szaleć w rozkoszy łąk.

 

Alkohol od zawsze balował z mym piórem,

Rzygając po wódzie, rzygałem więc światem,

Trzeźwiałem powoli, by złapać za skórę

Wstrętną mordę kaca, który był mi katem,

I z jego szafotów wracałem żeby żyć,

Przeklinać i pisać, śpiewać i znowu pić.

 

Jestem tu z wami w historycznym lecie,

Z którego słychać przeszłych pokoleń jęk

A jego echo dreszcz po plecach niesie,

Niosąc przestrogę, klątwę, popiół i lęk.

 

Ja w czasach sarmackich stworzyłem warchoła!

Na sutych obrusach biesiłem docześnie,

Szyszaków, sygnetów  szukałem w stodołach,

Na elekcjach kreskę składałem boleśnie

I na drugą stronę zmieniałem słucki pas,

Wierząc że nadejdzie dla ludzi lepszy czas.

 

Jestem tu z wami – wilczysko kochliwe,

W stronę samiczki wyostrzam wilczy wzrok,

Nie baczę wcale, że ciało leciwe,

W stronę rozkoszy kierujęrówny krok.

 

U Felliniego ja byłem Casanovą,

Następnie księżniczkę swatałem z parobkiem,

Zauroczony Mickiewicza mową,

Z rękawa sypałem erotyki słodkie,

Gdym ujrzał Boginie, jak w świecie niesie wieść,

Podkuliłem ogon i skomlałem jak pies.

 

Jestem tu z wami – miłosierny wilczek,

Mojemu sercu zawsze bliski był brat,

Ostrzegałem was przed myśliwskim obliczem

Kiedy rozrywał na strzępy wilczy świat.

 

Ileż to szafotów musiałem postawić,

By rozum zacisnął pętle na głupocie?

Ileż dusz niewinnych starałem się zbawić?

A ileż skonało w bólu i sromocie?

Iluż pochłonęły: zaraza, trąd i mór

Wszak śpiewałem żeby nareszcie runął mur.

 

Jestem tu z wami! Lecz mrok już nadciąga!

To nie obława, a jeży mi się sierść,

Czuję jak klątwa mnie zżera od środka

I gapi się na mnie z kosą wilcza śmierć.

 

Przekpiłem już wszystko –  łącznie z własną śmiercią!

Zamknąłem swe życie w wierszydłach i pieśniach,

Czekam na kostuchę z bujną pełną piersią,

Wszak moje nie będzie skostniale obleśna,

Całe moje życie obracało się wspak

I po śmierci tego życia poczuję smak!

 

Jestem wciąż z wami! Lecz czemu tak lekko?

Na czas przybyłem… Tu nikt się nie spóźnia…

Wszystko w porządku… Wyśniłem swe Piekło…

Została na dole po mnie ciemna próżnia,

Płaczą gazety, lecz nie ma obawy,

Skończyły się obławy!

 

Szaleni myśliwi stanęli w pół kroku,

Umilkły skowyty posłusznej psiej sfory!

Pociągną saniami po strunie pomroku

Cztery czarne konie, przez lasy i bory.

Bezlitośnie płozy jęczą po kamieniach,

Jak grzechu wyrocznia schowana w sumieniach.

 

To wiersz mój ostatni! To moja przestroga!

Dla tych po pręgierzem i dla tych w purpurach!

Wciąż wyję umarły na drodze do Boga,

Ja śpiewak bezczelny wyrosły na murach.

 

Nie płaczcie więc po mnie wściekłe wilki młode,

Zduszone swym strachem, zaszczute strzelbami,

Przegniłe cierpieniem, obcej krwi wciąż głodne!

Ból z serca wykrzyczcie smutnymi wierszami.

 

Ja będę wciąż z wami! Ja wilk niepokorny,

Brzemieniem kłów śmierci obdarty z szaleństwa

I chociaż bezwładny, docześnie skończony,

Żył będę wciąż z wami w pamięci i pieśniach.

 

12.04.2004

List pożegnalny

Droga Dezerterko!

Nie tak wyobrażałaś sobie powrót do szkolnej ławki, kiedy jesienią otwarłaś drzwi najstarszego polskiego uniwersytetu. Pewnie nasza elitarna grupa nie zrobiła na Tobie wrażenia, a może zawiedli wykładowcy? Zazwyczaj pożegnania niosą ze sobą smutek. Po obu stronach czai się strata. Nie stoję nad Tobą, jak Fortynbras w wierszu Herberta, nad porozrzucanym ciałem Hamleta i nie czyham jak sęp, aby zająć Twoje miejsce. Dopóki żyjesz możesz podejmować decyzje.

Nie zdążyliśmy poznać się lepiej. Nie wiem czy masz męża, nie rozmawialiśmy także o Twoich kochankach i jakie masz upodobania… Szkoda, mogło być ciekawie. Tak szybko minęło tę parę spotkań, że nawet nie pamiętam, czy zdążyłaś porządnie wbić szpilę prowadzącym zajęcia. Czy wymyślałaś naprędce wymówki, kiedy nie zrobiłaś zadania. Pamiętam za to kolor Twoich włosów i  nasze indywidualne konsultacje w kawiarni przy ulicy Brackiej. Tak – to ta ulica na której pada deszcz. Teraz ten deszcz pada między Tobą, a nami. Szkoda…

Pamiętaj, że Kraków najpiękniej pachnie w maju. O trzeciej nad ranem warto się przetoczyć ostatni raz po Rynku, kiedy kwiaciarki wracają do ogrodów sadzić kwiatki, a dorożki zamieszkują stajnie. Wtedy ciepły deszcz obmywa strudzone ciała. Zachodni turyści pokazują, jak można się niehigienicznie bawić. Jest tak pięknie, że sen nie ma odwagi zapukać do naszych drzwi. Jednak wybrałaś inną drogę, inny rynek, inny maj… Szkoda… Pamiętaj, że młodsza już nie będziesz…

Za to zostanie Ci więcej czasu na seriale, może siatkówkę lub piłkę nożną, jogę i inne takie – nie zdążyłem zapytać. Nikt już nie każe oglądać teatru. Ale czy ktoś będzie Ci tego zazdrościł? Na pewno nie my – zgarbieni nad klawiaturami, wyciskający atrament w wersy nowego superwiersza, czytający przy latarce Ibsena, Berlin, Sonnenberg czy dziadka Szekspira.

Któż Cię teraz będzie mobilizował do podniesienia klapy laptopa? Kto krytykował Twoje wiekopomne dzieła? Czy przez tę parę miesięcy zdołałaś powrócić z nieboskłonów na ziemię? Może Twoje marzenia okazały się nazbyt trudne do spełnienia. Ale przecież jeżeli człowiek nie marzy – to umiera. Mogliśmy śnić nasze sukcesy razem, jeszcze przez półtora roku. Uwierz, że nie różnimy się tak bardzo, jak mogłoby Ci się wydawać. Wszak pojedyncze sny nie są tak piękne. Szkoda…

Może zobaczę Cię jeszcze kiedyś, kiedy będziesz odbierać nagrodę za książkę sezonu. Wtedy na pewno patrząc w euforii w stronę zazdrosnej szarej masy, zapełniającej stołki przeznaczone dla publiczności, nie dostrzeżesz mojej skromnej osoby. Ja także nie będę się spieszył, żeby złożyć Ci gratulacje. Ot taki egoistyczny kaprys. Szkoda…

Każde rozstanie pociąga za sobą możliwość powrotu. A co Ty wybierzesz? Masz dwie ręce i dwa sznurki. Pociągnij, tak abyś nie żałowała…

 

Do zobaczenia/żegnaj*

 

                                               Paweł

* Niepotrzebne skreślić

Hamlet w Berlinie 1989

Kuć albo nie kuć? – oto jest pytanie,

Otwierać okna niewybite w ścianie

I drogę z drogą łączyć korytarzem,

Siłą ukrytą w monologu zdarzeń.

 

Matka Hamleta jeszcze w garderobie

Słucha, jak kilof tynk ze ściany skrobie.

Na scenę wchodzą powoli żołdacy,

Nawet próbuje przemawiać Horacy,

Niepewne jutra wibruje podłoże,

Jakby się walił zamek w Elsynorze.

 

Duch ojca lata życiem opętany,

Nie widzi – czuje, jak miękną kajdany,

Tu, gdzie nienawiść, trucizna i zdrada,

Nowe otwarcie dumnie przepowiada.

 

Kuć albo nie kuć? – oto jest pytanie,

Wszak tam i tutaj mordercy i dranie,

Czy Berlin w Danii, czy Dania w Berlinie

Za wór idei i wolność – ktoś zginie.

 

Która śmierć lepsza? – pytają Hamleta,

Na pewno nie tamta, ani też nie ta!

Zachodzi w głowę, walczy z sumieniem;

Zginąć na murach, czy umrzeć na scenie?

 

Ozyrk jedynie wyszedł bez gadania,

Mury Europy na mapie rozganiać,

Patrząc w scenariusz leżący na stole

Reżyser inną rozpisał mu rolę.

 

Fortynbras czeka, Fortynbras się krząta,

Nieświadom ile będzie musiał sprzątać.

 

2019-03-28