Kanios Mariusz – Uczynkiem i zaniedbaniem

 

Debiutancka powieść Mariusza Kaniosa to wielowarstwowy kryminał, starający się wydostać poza ramy typowe dla tego gatunku.

Już na samym początku morderca ujawnia swoją zbrodnię, spowiadając się księdzu Piotrowi, jednak zaznacza, że obowiązuje go tajemnica. Targany wewnętrznymi rozterkami kapłan, niczym Kmicic z Potopu, postanawia pozostać wierny zasadom panującym w kościele katolickim. Ponosi przez to wysokie koszty, zarówno psychiczne jak i fizyczne.

Złoczyńca uprowadza z domu dziecka siedmioletniego wychowanka, a w międzyczasie dokonuje kolejnych zbrodni. Lokalna policja, posiłkowana funkcjonariuszką ze stolicy, stara się znaleźć zaginionego chłopca. To dosyć niespotykana sytuacja we współczesnych kryminałach. Często się powtarza, że jak „nie ma ciała, to nie ma zbrodni”. Śledczy nie wiedzą, czy została dokonana zbrodnia, czy tylko ścigają nieznanego przestępcę, za uprowadzenie nieletniego. Najwięcej informacji musi dusić w sobie ksiądz. Przez niego właśnie pomiędzy policjantami powstaje konflikt, który nie pomaga posunąć się do przodu. Popełnione przez nich błędy hamują śledztwo.

Główny bohater, podobnie jak ksiądz, posiada w sobie konflikt wewnętrzny, dzięki czemu staje się postacią barwną, nieoczywistą i, co najważniejsze dla czytelnika, nieprzewidywalną. Kierowany chęcią zemsty, wymierza swoim ofiarom bolesne kary. Sceny katowania uprowadzonych osób opisane zostały w brutalny sposób. Mściciel działa w sposób konsekwentny i przemyślany. To od nas zależy, czy go skreślimy, czy będziemy mu kibicować. Myślę, że zdania mogą być podzielone, co niewątpliwie podnosi wartość powieści.

Poza postacią głównego bohatera, mocną stroną książki jest wartka akcja. Autor nie sili się na wprowadzanie dwóch osi czasowych, dzięki czemu nie mamy możliwości złapania oddechu. Podział na krótkie rozdziały także nadaje tempa. Narracja prowadzona jest głównie z dwóch punktów widzenia: złoczyńcy i policji, sporadycznie ksiądz dochodzi do głosu. Przeszłość ściganego poznajemy stopniowo, przez co nasz stosunek do niego może się zmieniać. Fabuła została przez autora starannie przemyślana i zaplanowana. Bohaterzy często podejmują zaskakujące decyzje. Ich działania są nieprzewidywalne i, kiedy wydawałoby się, że mają dwa wyjścia, znajdują trzecie. Porozsypywane puzzle w stopniowo trafiają na swoje miejsce i autor nie pozostawił niedokończonych wątków.  Na uznanie zasługuje także brak banalnych scen z serii „zabili go i uciekł”, jakże często wplatanych w kryminałach, jako ubarwienie akcji.

Modny ostatnio temat pedofilii, można w tym przypadku, określić jako fundament powieści. Ukazany został jednak z nieco innego punktu widzenia, niżbyśmy się mogli tego spodziewać. Mechanizmy przenikania dobra i zła są wszechobecne w tej powieści. Tragedie mające miejsce w dzieciństwie, rzutują na całe życie i domagają się sprawiedliwości.

Przytłaczający klimat ciężkich i brutalnych scen, od czasu do czasu, został rozładowany zabawnymi dialogami pomiędzy policjantami. Nie jest ich dużo, ale trafiają w punkt i można się parę razy głośno roześmiać.

Jako, że cała książka jest niekończącym się pasmem zaskoczeń, nie inaczej mogło być z finałem. Zatem nawet na dobicie, dostajemy kolejną, ostatnią już, porcję emocji.

Podsumowując, „Uczynkiem i zaniedbaniem” trzeba uznać za bardzo udany debiut. Nieoczywiste, rozdarte wewnętrznie postaci, nieprzewidywalne zwroty akcji i zaskakujące decyzje bohaterów to niewątpliwe atuty tej powieści kryminalnej. Z czystym sumieniem mogę polecić, nie tylko sympatykom tego gatunku.

Wieteska Mariusz – Obserwator

 

Do powieści „Obserwator”, wydanej przez Novea Res, podszedłem z nadzieją, że przeczytam kryminał z niekonwencjonalnymi wstawkami, napisany w oryginalnym stylu. Może niekoniecznie pasującym do tego gatunku, ale powszechnie niespotykanym.

Co nieco z tego dostałem, jednak w najgorszej możliwej konfiguracji. Wątek kryminalny, wprawdzie pojawia się na początku książki, ale chyba tylko po to, żeby za chwilę zginąć jak ciotka w Czechach. Po przebrnięciu przez kilkadziesiąt stron, można zapomnieć, kto zginął i, że w ogóle toczy się jakiekolwiek śledztwo, które przez całą książkę przewija się niczym didaskalia, żeby na końcu potwierdzić, że w zasadzie go nie było. Niewątpliwie bardzo oryginalny scenariusz na powieść kryminalną, szkoda tylko, że ten wątek można było zamknąć w notatce, opublikowanej w rubryce „kronika kryminalna”. To tyle, jeżeli chodzi o rzekomo dominujący wątek.

Więcej uwagi autor skupił na głównym bohaterze, niejakim tajemniczym Joe. Opisuje, w sposób oryginalny, jego losy od przybycia do niemieckiego miasta i objęcia dowództwa nad planowanym śledztwem, aż do momentu jego zakończenia. Pojawia się tu wątek miłosny i muzyczny, ale podobnie, jak w przypadku morderstwa, nie zachwyca. Pomiędzy partnerami nie ma napięcia, a zaserwowany tutaj jazz, wydaje się być gatunkiem na tyle niszowym, że mała garstka czytelników wie, o kim była mowa.

Przypuszczam, że najwięcej pracy wykonał Wieteska, nad dobieraniem stylu i kształtowaniem narracji. W „Części Pierwszej” szarpnął się na opisywanie wydarzeń w drugiej osobie. Narrator, niby duch głównego bohatera, latał nad nim, za nim, koło niego i wchodził w jego wnętrze. Nie wiem, czemu miało to służyć, jak dla mnie to tzw. „sztuka dla sztuki”. Dobór czasu narracji też budzi pewne kontrowersje. Część pisana jest w czasie teraźniejszym, część w przeszłym, sporadycznie w przyszłym. I w taki sposób z koktajlu powstają pomyję. Oczywiście to dosyć niestandardowe podejście do pisania. Jednakże, czas teraźniejszy można wpleść do narracji pisanej w standardowym czasie przeszłym, ale na krótko, żeby przyspieszyć akcję. Sprawdza się to np. przy scenach bójki czy gwałtu. W tym konkretnym wypadku, operowanie czasami i osobami, ma na celu chyba tylko zmęczenie czytelnika. A biorąc pod uwagę tytuł, może to narrator miał być głównym bohaterem?

Oprócz miszmaszu narracyjnego, mamy do czynienia także z gatunkowym. „Część Druga” pisana jest prozą zbliżoną do poetyckiej. Dla mnie, jako poety, był to najlepszy fragment książki. Mam jednak wątpliwości, jak odbiorą to zagorzali zwolennicy czystej prozy. Zastosowany został manewr opisywania jednej sceny z dwóch punktów widzenia, dwojga bohaterów. Taki chwyt się jak najbardziej sprawdza. (Być może autor wzorował się na S. Kingu). Niestety, jak wspomniałem wcześniej, brakowało tu popychania akcji kryminalnej do przodu.

Ogólnie sposób przekazywania czytelnikowi informacji zbliżony jest raczej do dramatu, niż prozy gatunkowej. Zauważyłem pewne podobieństwa np. do sztuki Doroty Masłowskiej. Jednak dramat rządzi się swoimi prawami. Między innymi jest o wiele krótszy. Czytelnik czy widz musi poświęcić mu więcej czasu, żeby się zastanowić, przetrawić przekazywane przesłania. Czytając powieść, nie wchodzi się głębiej. W kryminale skupiamy się na wyszukaniu tego jednego szczegółu, który pozwoli nam odgadnąć, kto jest mordercą. Tak samo proza poetycka nie może mieć rozmiarów powieści. (Nagrodzona „Polka” Roberta Króla ma zaledwie 44 strony).

Największym plusem książki jest język. Zdania zbudowane poprawnie, nie zauważyłem powtórzeń, tak często występujących u innych autorów. Poprawna polszczyzna na zdecydowany plus. Niestety i w tym obszarze zdarzały się pewne czarne dziury. Akcja dzieje się w Niemczech, bohaterowie rozmawiają po polsku, a tu sporadycznie pojawiają się wtrącone zdania w języku niemieckim. Po co?

Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że bardziej poznaję jej autora, niż bohaterów. Wydaje mi się (choć niekoniecznie mam rację), że Wieteska w zamieszczonych opisach i rozważaniach, przemycił bardzo dużo siebie. Fascynacja jazzem, filozofią czy poezją nie wzięły się znikąd. Tak samo przypuszczam, że autor opisuje miejsca za granicą, które poznał osobiście (przynajmniej niektóre). Także inne przemyślenia, zawarte głównie we fragmentach pisanych prozą poetycką, wydają się być odzwierciedleniem samego Wieteski.

Podsumowując, „Obserwator” to bardzo ciężka książka. Absolutnie niewciągająca. Eksperyment, polegający na namieszaniu gatunków i stylów, nie wypalił. Sympatycy kryminałów na pewno nie będą zachwyceni. Trudno mi nawet znaleźć grupę docelową dla tej powieści. Może niektórzy zwolennicy poezji, psychologii czy też filozofii.

Arczyńska Zuzanna – Niania lekkich obyczajów

 

Tytuł sugeruje, że możemy mieć do czynienia z opiekunką do dzieci, która zamiast przykładać się do swoich obowiązków, w czasie pracy flirtuje z kolegami, ewentualnie z ojcami podopiecznych. Mając na uwadze wcześniejsze dokonania autorki („Dziewczyna bez makijażu”), byłem niemal przekonany, że akcja pójdzie w tym kierunku. A tu już na początku pewne zaskoczenie…

W książce zostały przestawione losy pięciu samotnych kobiet, mieszkających w jednym bloku, w pierwszych dniach pandemii (marzec 2020). Niania Ewelina jest postacią spinającą ich nieszczęścia i rozterki.

Długo zastanawiałem się kto lub co, w tej powieści gra pierwsze skrzypce. Wiele elementów zostało dobrze przemyślanych, wymieszanych ze sobą i zebranych w spójną całość. Tytułowa niania przedstawiona jako osoba doskonale zarządzająca swoimi podopiecznymi, pięciorgiem dzieci sąsiadek w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, a także nastoletnią młodzieżą. W końcu jest studentką ostatniego semestru zarządzania, jednak na tym kierunku nie uczą takich rzeczy, a raczej na pedagogice lub psychologii. Jej ciemne strony, nazwane lekkimi obyczajami, zostały zaledwie zasygnalizowane i to w dość delikatny sposób. Cztery pozostałe bohaterki, bardzo przeciętne kobiety z krwi i kości, zmagają się z samotnością, każda na inny sposób, za to wszystkie próbują, z lepszym lub gorszym skutkiem, jej zaradzić.

Poza losami sąsiadek autorka zgrabnie wplata przytłaczającą wszystkich sytuację z pierwszych dni pandemii, która de facto jest zarzewiem całej fabuły. Przewija się jednak przez całą powieść, pokazując kolejne obostrzenia wprowadzane w kraju. Oprócz tego przemyca swoje osobiste spostrzeżenia i komentarze do niektórych sytuacji. Dosyć wyraźnym wydaje się być jej antagonistyczny stosunek do ludzi noszących sutanny i obnoszących się na pokaz z chrześcijańskimi symbolami. Także system zdalnego nauczania został po cichu skrytykowany. Zastanawiałem się ile Zuzanny Arczyńskiej kryje się w poszczególnych postaciach i ile własnych doświadczeń zdołała przemycić.

Sądząc po tytule, mogła by to być powieść z pogranicza erotyki. Pewne delikatne jej zarysy zostały wkomponowane, jednak nie w losach tytułowej bohaterki, ale w postaci jednej z sąsiadek oraz nastolatków, którzy przeżywają pierwszą miłość. Osobiście ten wątek uważam za najbardziej udany. Można go uznać za sentymentalną podróż po zakamarkach wspomnień.

Kompozycyjnie akcja toczy się na przestrzeni kilkunastu dni, jednak w dialogach mamy nieliczne nawiązania retrospektywne. Poza tym kilkukrotnie jedna z bohaterek opowiada swoje bieżące przeżycia w formie wieczornej rozmowy ze Stwórcą, a druga robi w zasadzie to samo, pisząc pamiętnik nastolatki. Uważam to za bardzo dobre posunięcie, dzięki któremu następuje załamanie jednostajności.

Z kolei najsłabszą stroną powieści wydaje się być zbyt długa faza wstępna. Akcja rozwija się dość monotonie, bez wyraźnych napięć, czy większych konfliktów. Pierwsza bomba wybucha dopiero po przeczytaniu 20% książki. Za to wybucha dość mocno i od tego momentu napięcie zaczyna rosnąć.

Podsumowując, „Niania lekkich obyczajów” prezentuje losy czterech samotnych kobiet, czterech matek, w których czytelniczki za pewne znajdą odbicie własnych cech i słabości. Całość spaja postać niani oraz pierwsze dni sytuacji pandemicznej w kraju. Wbrew tytułowi, lektura nie jest już taka lekka. Niewątpliwie zmusza czytelnika do przemyśleń. Można też zaryzykować stwierdzenie, że została napisana dla pokrzepienia serc, być może nawet nie do końca zamierzenie.

Starosta Małgorzata – Kwestia czasu

„Kwestia czasu” jest trzecią częścią losów rodziny Prusków, zapoczątkowanych w „Pruskich babach” i kontynuowanych w „Wesela nie będzie!”. Serię polecał inny znany autor komedii kryminalnych i na szczęście wiedział, co robi.

Tym razem ludzie giną w rodzinnej miejscowości ciężarnej Edyty Prusko, Augustowie. Na dodatek pojawia się tam też jej mąż, z którym zamierza się rozwieźć. Nieszczęścia zaczynają się pięknie sypać jak z rękawa.

Akcja toczy się na dwóch przeplatających płaszczyznach, kryminalnej i obyczajowej. Czasami można odnieść wrażenie, że nawet ta druga nieco dominuje, na szczęście nie jest już tak zawikłana, jak w pierwszej części, gdzie autorka wgryzała się głęboko w drzewo genealogiczne głównej bohaterki. Jednak wychodzi na jaw tajemnica rodu, której nie znała nawet sama pani Krystyna.  Śledztwo, podobnie jak we wcześniejszych częściach, prowadzą połączone siły policjantów z Augustowa i Wrocławia, a także miesza się w nie bliższe i dalsze otoczenie Edyty. Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Nie ma nudniejszych i przegadanych fragmentów. Autorka ponownie postawiła na sprawdzoną wcześniej metodę zbiegów okoliczności i przypadków, które jak podkreślają co chwilę bohaterowie, nie istnieją.

Kreacje bohaterów są niewątpliwie bardzo silną stroną powieści. Bezkompromisowa i energiczna starsza pani, nestorka rodu Prusków, Krystyna. Jej spokojny mąż Henryk, były policjant, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Pomimo, że przebywa już w stanie spoczynku, może załatwić dużo więcej i szybciej, niż czynni policjanci. Edyta, która charakter otrzymała chyba bezpośrednio po swojej babce, powoli się do niego przyzwyczaja. Fakt, że jest w ciąży i to bliźniaczej, daje jej dodatkowe możliwości wyrażania swoich sprzeciwów i frustracji. Kucharz, który ma pewien wkład w śledztwo, co chwilę serwuje coraz bardziej wymyślne potrawy. Mimo, że pani Krystyna co chwile każe mu wracać do kuchni, stara się czynnie uczestniczyć w rozmowach odbywających się w salonie. Także wrocławski, świeżo awansowany podkomisarz Bączek jest wyrazistą pełną humoru postacią. Do tego łajza Rafałek, który w tej części został przedstawiony nieco inaczej, można zaryzykować, że dość zaskakująco. Bohaterowie świetnie prowadzą czytelnika przez książkę.

Humor jest kolejną mocną stroną. Pisanie komedii jest o tyle trudne, że ciężko trafić w gusta odbiorców. Każdy ma nieco inne poczucie humoru. Mnie osobiście przypadły do gustu dialogi Prusków, a także policjantów. Również narracja prowadzona jest w zabawny sposób, np. Bączek dzwoniący zadkiem.

Sam wątek kryminalny, jak już wspomniałem, nie jest elementem dominującym, a raczej spajającym całość. Może trochę brakuje wprowadzenia podejrzanych osób tak, aby czytelnik mógł obstawiać złoczyńcę. Jednak główny nacisk został położony na wszechobecny humor, prze co odbiorca jest nieco inaczej ukierunkowany.

Pod uwagę należy także wciąć język, jakim została napisana powieść. Trzeba podkreślić, że jest on dopracowany i nie sposób znaleźć jakichkolwiek błędów, co niestety często się ostatnio zdarza, nawet u uznanych pisarzy. Także pod względem merytorycznym, wszystko wydaje się być w porządku. Nie ma nielogiczności i wszystkie wydarzenia zdają się być prawdopodobne. Jedynie jedna ze scen szpitalnych została przedstawiona, być może, z za małą dawką dramatyzmu. Przypuszczam, że autorka nie chciała przecinać humorystycznych scen, mocno nostalgiczną.

Podsumowując, „Kwestia czasu” jest zgrabnie napisaną komedią kryminalną, z rozbudowanym wątkiem obyczajowym, świetnymi kreacjami głównych bohaterów i przede wszystkim dużą dawką humoru, czasem czarnego.

Najsmutniejsza informacja pojawia się na samym końcu, ale jak autorka napisała nieco wcześniej „denat nigdzie nie ucieknie”. Mam nadzieję, że da nam szansę, żeby go poznać.

Puzyńska Katarzyna – Śreżoga

 

Dwunasta odsłona sagi o Lipowie nawiązuje bezpośrednio do wydarzeń, które miały miejsce w finale poprzedniego tomu, Pokrzyku. Autorka zaskakuje od samego początku, poświęcając połowę powieści akcji toczącej się dwa lata wcześniej, z udziałem zabitej policjantki, Emilii Strzałkowskiej. Myślę, że takiego obrotu sprawy nie spodziewali się liczni fani twórczości Katarzyny Puzyńskiej.

Najdłuższa część sagi (ponad 884 strony) podzielona jest na krótkie rozdziały oraz na czternaście części. Do wymieszania wydarzeń toczących się na różnych płaszczyznach czasowych autorka zdążyła nas już dawno przyzwyczaić. Jednak w tym tomie powieści zrobiła to nieco odmiennie. Morderstwa mające miejsce w roku dwa tysiące dwudziestym, są  powiązane ze zbrodnią sprzed dwóch lat.

Książka, podobnie jak kilka przeczytanych przeze mnie wcześniej (innych autorów powieści kryminalnych) jest bardzo nierówna. Są momenty fascynujące i maksymalnie wciągające czytelnika, są też nieco monotonne, długie i przegadane. Te ostatnie znalazłem w obszernych fragmentach opisujących wydarzenia z roku dwa tysiące osiemnastego. Poza tym zauważyłem w nich dość niedbały język, jak na autorkę tego formatu. Kilkakrotnie częste powtórzenia sprawiały, że tempo czytania spadało. Mam wrażenie, że pierwsza część powieści została napisana, kiedy druga (akcja w 2020 roku) była już skończona.

Autorka postawiła na sprawdzone wcześniej chwyty, którymi udało się jej ująć czytelnika w poprzednich częściach. Ponownie mamy masę podejrzanych osób. Prawie każdy bohater ma jakieś swoje ciemne strony, o których dowiadujemy się stopniowo. Mnogość postaci sprawiała, że czytelnik mógł się niejednokrotnie zgubić. Na obronę muszę wysunąć kilka argumentów, taki jak: potężna objętość całości oraz zapiski Strzałkowskiej, które zostały podane na początku. W wersji papierowej można było łatwo do nich wrócić, żeby łatwiej kojarzyć postaci, gorzej jeżeli czytał ktoś (tak jak ja) na czytniku.

W drugiej części powieści pojawia się (przynajmniej jak dla mnie), najbardziej wyrazista bohaterka sagi, Klementyna Kopp. Bezkompromisowa stara-głupia-baba. Emerytowana komisarz wraz z innymi kobietami prowadzi prywatne śledztwo. Uważam, że jest ona mocną siłą napędową tej powieści, choć słyszałem opinię, że niektórzy czytelnicy wręcz jej nienawidzą.

Także podobnie, jak w niektórych poprzednich częściach, zostały wprowadzone elementy grozy. Dom jak z horroru, kurze łapki, wrzeciono zwiastujące nieszczęście, czy wiedźmi kamyk. Nie obyło się też bez odwołań do muzyki. Podgórki tradycyjnie słucha Master of Puppets, a jeden z młodszych bohaterów South of Heaven Slayera.

Narrator, wzorem wcześniejszych odsłon, w każdym rozdziale wchodzi w głowę jednego bohatera i razem z nim myśli, czuje i opisuje to co widzi. Wydaje się, że nie jest wszechwiedzący i obiektywny.

Natomiast wątki obyczajowe zostały nieco wypłaszczone. Owszem perypetie głównych bohaterów (Podgórskiego, Strzałkowskiej, ich syna i Podgórskiej/Nowakowskiej) występują, ale mam wrażenie, że zeszły na nieco dalszy plan, niż miało to miejsce wcześniej.

Nietrudno się domyśleć, że autorka jak zawsze wodzi za nos czytelnika i nie pozwala mu przewidzieć rozwiązania śledztwa. To nic nowego. Jednak tym razem mistrzowsko podrzuca jeden tak mylny trop, że zostawia nas w ciemnym lesie, bardzo daleko od potencjalnych prawidłowych domysłów, żeby w finalne zaskoczyć kilkakrotnie z jeszcze większą siłą, niż miało to miejsce dotychczas.

Podsumowując, mam wrażenie, że opinie o tej książce mogą być skrajnie różne. Faktycznie w pewnym momencie lektury, można stwierdzić, że jest ona nazbyt monotonna i przegadana. Jednak im bliżej końca, staje się coraz bardziej wciągająca, nieprzewidywalna i zaskakująca. Kończąc ją, chciałoby się przeczytać jeszcze z pięćset stron.

Ostaszewski Robert – Ukochaj na śmierć

 

Powieść jest kontynuacją losów nadkomisarza Polańskiego i jego drużyny (zapoczątkowanych w Zabij ich wszystkich), do której dołącza nowa koleżanka, podkomisarz Renata Łukowska, karnie zesłana do powiatowej komendy z CBŚ.

Książka rozpoczyna się podczas kręcenia rekonstrukcji wydarzeń historycznych, kiedy zostaje śmiertelnie postrzelony jeden ze statystów, Zaręba, student historii. Polański od razu stwierdza, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, tylko zaplanowane morderstwo. Akcja śledztwa prowadzona jest w ciekawy, wciągający czytelnika sposób. Policjanci nie mają zbyt wielu wskazówek i sprawdzają kilka tropów naraz. Czteroosobowy zespół (Polański, Łukowska, Tyszka i Mateja) dobiera się w różne konfiguracje i rozpytuje rodzinę i przyjaciół Zaręby oraz ekipę filmową. Jeden z tropów prowadzi do wnuka oprawcy w obozie koncentracyjnym Zgoda, obecnie lokalnego polityka. W ten sposób autor przemycił do powieści wątek historyczny, w którym przedstawił ten mało znany obóz, utworzony po Drugiej Wojnie Światowej. Mam wrażenie, że te wątki z przeszłości nieco hamują dynamikę akcji, tym bardziej, że niektóre fakty są powtarzane kilkukrotnie. Jednak autor rozłożył ten wtrącenia w czasie, przez co tempo powieści jest zmienne. Bardzo dobrym zabiegiem okazało się podzielenie rozmowy z pracownikiem muzeum na dwa etapy.

Poza śledztwem i wątkiem historycznym, kolejną warstwą powieści jest umiejscowienie jej w Świętochłowicach. Osoby związane z tą miejscowością znajdą tutaj znajome miejsca i ulice. Zakotwiczenie akcji na Śląsku wiąże się oczywiście z wprowadzeniem tutejszej specyficznej gwary. Ujawnia się ona u niektórych osób, jednak poszczególne charakterystyczne słowa i zwroty są zgrabnie wplecione w dłuższe wypowiedzi, przez co nie wymagają dodatkowych wyjaśnień, a z pewnością dodają barwności całej powieści.

Kolejną odskocznią od śledztwa, są szeroko pojęte sprawy rodzinne i osobiste czwórki policjantów. Wprowadzane są dosyć systematycznie, a przy tym niezbyt często, przez co nie zaburzają tempa wątku detektywistycznego. Służą głównie pokazaniu drugiego (domowego czy też prywatnego) oblicza śledczych.

Dosyć ciekawie zostali przedstawieni bohaterowie powieści. Jak się im dokładniej przyjrzy, można zauważyć, że postaci kobiece są bardziej charakterne i wyraziste, natomiast mężczyźni nieco bardziej neutralni. Być może takie było założenie autora, a może po prostu tak wyszło. W kryminałach zwykle śledztwo prowadzi dwójka głównych bohaterów, a tutaj mamy ich aż czworo. Wracając do charakterów, najbardziej szczeżujowato została przedstawiona pani prokurator, ale w tego typu powieściach to norma. Nowoprzybyła podkomisarz Łukowska także okazuje się ostrą kobietą, choć po początkowym, mocnym wejściu, mam wrażenie, że nieco mięknie. Także bezkompromisową kobietą jest matka Polańskiego. Z męskich postaci, tylko ojciec ofiary został scharakteryzowany na twardego, klnącego i z nikim nieliczącego się faceta oraz kilku rozpytywanych, pojawiających się epizodycznie. Natomiast trzej główni śledczy są mocno neutralni. Różnią się w zasadzie wiekiem, stopniem i doświadczeniem życiowym. Trochę brakuje u nich konfliktów wewnętrznych oraz między nimi. Można przypuszczać, że autor zauważył to pod koniec pracy nad tekstem i zrobił świństwo jednemu z nich. Myślę, że to trochę za mało, choć z drugiej strony odbieram taką charakterystykę postaci jako wyjście ponad obecne stereotypy, gdzie policjant musi być alkoholikiem, zawalać śledztwo lub mieć mroczną przeszłość. Polański nie jest bezkompromisowym komisarzem Deryłą, czy chamskim Pawłem Kamińskim, z kolei Tyszka czy Mateja nie są dupowatymi partaczami pokroju Bertila Melberga.

Wątek kryminalny został tak rozegrany, że czytelnik, w pewnym momencie akcji, może się zastanawiać i obstawiać mordercę (w przeciwieństwie do tego, co dostaliśmy w Zabij ich wszystkich). Autor przemyca nam dwie dość czytelne wskazówki dotyczące złoczyńcy. Zastanawiam się na ile zostały one zakamuflowane pośród tysięcy zdań i kliku przedstawionych możliwości oraz, ilu czytelników je wychwyci.

Podsumowując, Ukochaj na śmierć jest niewątpliwe ciekawą propozycją dla sympatyków zagadek kryminalnych. Śląskie klimaty oraz rys historyczny obozu Zgoda stanowią mocno tło tej powieści. Może trochę brakuje zgrzytów i niejednoznaczności w charakterystyce głównych postaci. Autor nie daje powodów, żeby część czytelników kogoś nienawidziła, a druga część mu kibicowała.

Jedną z najistotniejszych zalet zostawiłem na koniec. Nic w tej powieści nie wydaje się być przesadzone. Wszytko wygląda bardzo realnie. Chuck Norris z pewnością nie zagrałby w filmowej adaptacji. Nikt nie ucieka w „ostatnim momencie”, nikt nie zostaje niezabity, tylko dlatego, że bohater musi przeżyć.

Powieść jest dość krótka, zatem polecam na jesienny długi wieczór (celowo liczba pojedyncza).

Mróz Remigiusz – Halny

 

 

Po najpłodniejszego polskiego pisarza sięgnąłem dopiero po raz drugi i głównie ze względu na to, że akcja powieści dzieje się w okolicach mojego miejsca zamieszkania.

„Halny” jest powieścią bardzo nierówną, z dobrymi i bardzo słabymi momentami. Przez swą obszerną objętość znalazło się dużo miejsca na jedne i drugie. Na początku wspomnę o nieco utartych standardach we współczesnych kryminałach. Policjant z mroczną przeszłością, odstawiony na boczny tor, powraca, aby zająć się pokłosiem sprawy, w którą był wcześniej zaangażowany. Udaje mu się to dosyć łatwo. Do tego postać posiada konflikt wewnętrzny oraz utrudnione relacje z byłą kobietą, poza tym pewną sprawność fizyczną. Klasyk.

Powieść rozpoczyna się od morderstwa w Tatrach podczas halnego. I tu mamy do czynienia z pierwszym zgrzytem. Ów halny wieje z wielką prędkością (chyba jednak nieco przesadzoną) w początkowym rozdziale, potem milknie i powraca po kilku dniach. Góry, wbrew pozorom, są ciężkim terenem do osadzenia akcji. Oczywiście niewątpliwie atrakcyjnym, jednak włączenie ich jako tła powieści, wymaga od autora pewnej uwagi i tej mi tu zdecydowanie zabrakło. Śledczy idą na miejsce zbrodni, które znajduje się na wysokości 2000+ m. n.p.m bez żadnego wcześniejszego przygotowania i w dodatku częściowo po zmroku. Nie zapominajmy także o halnym, o którym autor najwyraźniej w tym momencie zapomniał. Wydawać się może, że szli po Krupówkach, a nie po trudnym terenie w Tatrach. O ile ktoś chodzący na co dzień po górach (Forst) byłby się w stanie na coś takiego szarpnąć, to pani prokurator z Krakowa już nie bardzo. Ta wyprawa nie przeszkadza jej nazajutrz wstać rano i przystąpić do kolejnych czynności bez żadnego zmęczenia. W końcowych rozdziałach powraca wiatr i kolejna wyprawa jest opisana dużo bardziej realistycznie. Zupełnie nie rozumiem tego dysonansu.

Akcja powieści jest dość dynamiczna i często zmienia kierunek. Pisarz wodzi czytelnika za nos i całkiem dobrze mu się to udaje. Podejrzani zmieniają się co chwilę i pomysły autora na kolejne zwroty są niewątpliwie dużym atutem Halnego. Niestety potyka się on o dość prozaiczne knoty. Nie wiem, czy nie można było pewnych kwestii z kimś przedyskutować, czy nikt na poziomie redakcyjnym nie wyłapał rozbieżności? Np. jeden z bohaterów obsługuje telegazetę nie używając do tego pilota, tylko przycisków bezpośrednio na telewizorze. Nie spotkałem się z takim odbiornikiem. A nawet jeżeli byłby takowy wyposażony w guzik włączający telegazetę, to użytkownik naciskałby go raz, a potem używał przycisków ogólnofunkcyjnych, do poruszania się po stronach.

Kolejną dla mnie całkowicie niezrozumianą sceną, była akcja w jaskini w Tatrach, w której miał przebywać jeden ze złoczyńców i żeby doszło do spotkania, kazał przyprowadzić pewną osobę. Przecież nie miało tam dojść do żadnej wymiany i, skoro miał tam czekać, można było go ująć bez przyprowadzania kogokolwiek.

Następnym niedopatrzeniem autora i redaktora, jest fakt, że mieszkaniec Kościeliska (gmina sąsiadująca z Zakopanem), ma być pochowany na cmentarzu w Zakopanem. Uspokoję czytelników, że mimo sugestii autora, na cmentarzu na Pardałówce nie wypływają trumny z ziemi. Rozumiem intencję pisarza, że akurat tam chciał rozegrać akcję, ale niepotrzebnie kwaterował umarlaka w sąsiedniej miejscowości (chyba, że mieszkał tam w poprzedniej części, której nie czytałem).

Na przeciw tej dość obszernej krytyce z mojej strony, muszę stwierdzić, że ogólnie powieść nie jest zła. Akcja na pewno rozegrana ciekawie. Mróz wiele razy zaskakuje. Myślę, że robi to nawet częściej, niż inni autorzy kryminałów, w których zazwyczaj najbardziej niespodziewane jest zakończenie. A tu można powiedzieć, że wręcz na odwrót. Oczywiście, oprócz wątku kryminalnego, który jest tu zdecydowanie dominujący, delikatnie został zarysowany wątek miłosny. Narrator często wchodzi do głowy bohaterów i na tyle się w nich wczuwa, że zaczyna mówić ich językiem. Autor zrezygnował z gwary góralskiej. Uważam to za dobre posunięcie, ponieważ używanie jej jest zabiegiem niebezpiecznym, przez co można się narazić na krytykę ze strony jej znawców. Niemniej padają pojedyncze słowa, np. stwierdzenie, że halny duje.

Podsumowując, mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony wartka akcja, często zmieniająca kierunki i gubiąca pogoń czytelnika, wciągająca i na pewno nienudząca. A z drugiej błędy merytoryczne, o których wspomniałem powyżej. Uważam, że autor nie dopracował pewnych kwestii i szczegółów, a szkoda, bo efekt końcowy mógłby być dużo lepszy.

Rogoziński Alek – Babka z zakalcem

 

Patrząc na tytuły dwóch ostatnich książek Alka Rogozińskiego, można stwierdzić, że zaprzestał pisania komedii kryminalnych i przerzucił się na podręczniki, czy też literaturę edukacyjną. Nie dziwię się mu, bo to zawsze jakaś odmiana, a po rekomendacji MEN, kasa powinna płynąć strumieniami. Tytuł „Teściowe muszą zginąć” niewątpliwie sugerował, że zawiera ona instrukcje dla zięciów. Natomiast sięgając po „Babkę z zakalcem” miałem wrażenie, że trzymam w ręce przewodnik kulinarny. Zastanawiałem się nawet, czy nie będzie profanacją, jeżeli nie będę jej czytał w kuchni. Nikt mnie nie przyłapał, więc nie powiem, że większość pożarłem na balkonie.

Ponieważ, wbrew temu co sądzi duża część czytelników, książka nie kończy się na okładce i tytule, ewentualnie na dedykacji autora, zagłębiłem się do, można w tym wypadku powiedzieć, samego pieca i zobaczyłem co się tam upiekło.

Pierwszą babeczką okazuje się seniorka Luiza Mirska, właścicielka firmy cukierniczej i gwiazda programów kulinarnych. Z racji tego, że powoli szykuje się do przejścia na emeryturę, postanawia ogłosić, komu w udziale przypadnie prowadzony przez nią interes. Mirska jest matką czwórki dzieci, jak się okazuje, w zaistniałej sytuacji nie wiedzieć czemu, niepowstałych przez pączkowanie oraz babką dwojga wnucząt. To na kogoś z nich ma paść szczęśliwy traf. Wybór nie jest prosty, a nawet można powiedzieć, że go za bardzo nie ma. Pomimo, że Luiza jest świetna w kuchni, to jej potomstwo należałby śmiało nazwać zakalcami. Żeby się upewnić w swoich przekonaniach babka wynajmuje prywatnego detektywa, który dokumentuje ciemne strony potomstwa.

Na przyjęciu, podczas którego ma obwieścić światu długo wyczekiwaną wiadomość, pojawia się Róża Krull i na wszelki wypadek trup, a następnie komisarz Darski. Ten nierozłączny trójkąt gwarantuje dobrą zabawę. Najbardziej pechowa postać w książkach Alka i w tym przypadku nie zawodzi. Już od samego początku ma problemy natury wizualnej, a potem jest już tylko gorzej.

Kompozycja książki, wydawałoby się, typowa dla tego autora. Najpierw opis postaci, potem trochę rozbrajającej fabuły, dzięki której poznajemy bliżej bohaterów, a wszystko po to, żeby przygotować czytelnika na zbrodnię. Jednak, na pewno fani tego autora nie będą rozczarowani. Jeżeli chodzi o wątek kryminalny, Alek wodzi czytelnika za nos. Typując mordercę, nie radziłbym stawiać dużych pieniędzy. Lepiej je przeznaczyć na babeczkę…

Podsumowując, muszę stwierdzić, że jest to kolejna świetna komedia kryminalna. Z żartów, których oczywiście nie brakuje, najbardziej utkwił mi taki jeden, o Remigiuszu Mrozie. Lekka narracja, dobrze zarysowane postacie (nie jest ich za dużo, więc się czytelnik nie gubi i nie zastanawia, jak na dwusetnej stronie wyskoczy jakiś Filip z konopi, o którym były dwa zdania na początku). Dobrze rozpracowana strategia wątków kryminalnych i bezsprzecznie zaskakujące zakończenie, którego myślę, że mało kto się spodziewał.

Na koniec muszę potwierdzić prawdziwość powiedzenia – nie oceniaj książek po okładce. Sugerowany w tytule poradnik dla cukierników, w rezultacie okazał się poradnikiem dla przedsiębiorców. Może jakiś biznesmen skorzysta z zaproponowanych w nim rozwiązań?

Polecam wszystkim lubiącym lekką lekturę z dreszczykiem emocji. I niecierpliwie czekam na kolejny poradnik, tym razem może dla rolników, pt. „Rozgrabiony”?

Pora wycofać się z branży

najlepiej z samego rana
kiedy jeszcze nie ma korków
i zaspany kierowca może pomylić trasę
nie zatrzyma się przy śmietniku ani koło cmentarza

wczoraj zaszyłem w kieszeniach banalne metafory
które strugałem razem z palcami
więc jeszcze pachną krwią
brud pod paznokciami patrzył z niedowierzaniem
jak wróbel na parapecie
kiedy nawlekałem nitkę

pora wycofać się z branży
zamknąć drzwi od zaplecza
w rolety wcisnąć ostatnie zdanie
herbatę smakującą jak klęska
niezalaną wyrzucić przez okno
na szczęście nie muszę pakować dyplomów
jak na amerykańskich filmach
kiedy tu przyszedłem byłem lekki i nagi
teraz kiedy odchodzę nadal jestem lekki
odziany jedynie w pajęczynę porażki
z braku ambitniejszych pomysłów
latami podpierałem drętwy długopis
i starzałem się

więcej grzechów nie pamiętam

dzisiejsi chłopcy z nudów
chodzą po mieście i zapuszczają wąsy
po których skapują okrągłe zdania
katar modnie rozbryźnięty w zeszycie
to przed nimi rozstąpi się Wisła
litery przejdą suchymi strofami na drugą stronę
w ich czaszkach szamani nie będą sporządzać serum
pomniki krążące po placach także ich nie zauważą

teraz jest ich pięć minut liczone w sekundach

ale co mnie to obchodzi
przecież wycofuje się z branży

zapnę ostatni guzik pod szyją
(choć chyba wolałbym sobie wbić długopis w dupę)
brud spod paznokci odprowadzę na banicję
i pójdę do korpo
jak wszyscy
zawsze byłem jak wszyscy
a dziś to zrozumiałem

2020-08-02

Krzyżanowska Gaba – Cover. Mój wyśniony koniec świata

 

Książka zakwalifikowana jako literatura młodzieżowa. Według mnie mylnie, bo jest to opowieść o młodzieży, ale niekoniecznie ona jest docelową grupą czytelniczą. Raczej można się doszukać tu powieści psychologicznej, ewentualnie obyczajowej z elementami romansu i erotyki.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, z dwóch punktów widzenia: Elwiry (zwanej Elą lub El) oraz Maksymiliana (Maksa). Głównych bohaterów łączy miejsce zamieszkania, szkoła, rok urodzenia a przede wszystkim wzajemna nienawiść. Nazywają się, niekoniecznie pieszczotliwie, dziwką i chujem. Od razu zaznaczę, że postaci są mocno zarysowane, mają w sobie konflikt wewnętrzny i przechodzą przemianę. Ona, dziewczyna z dobrego domu, gdzie niczego nigdy nie brakuje, on z biednej patologicznej rodziny.

Główna część akcji toczy się, kiedy są w drugiej klasie liceum, ale początki ich znajomości sięgają dzieciństwa i wprowadzone zostały wątki toczące się w szóstej klasie szkoły podstawowej.

Na wielkie uznanie zasługuje zastosowanie swobodnego języka, którym posługują się bohaterowie. Jest on wulgarny, przez co jak najbardziej prawdziwy. W podobnych książkach tego rodzaju, zazwyczaj rozmowy prowadzone są ładnym, delikatnym językiem, co zawsze trąciło sztucznością i asekuracyjnością ze strony autora. Dialogi serwowane przez Gabę są szorstkie, autentyczne, można powiedzieć, że bezczeszczące polszczyznę, ale przecież tak na co dzień wyraża się współczesna młodzież. Jednak nawet tu język trzynastolatków wydaje się nieco podciągnięty na wyższy poziom.

Losy bohaterów muszą być zaburzone poprzez wprowadzenie przeciwności i konfliktów. W tym przypadku na Elę i Maksa czyha niebezpieczeństwo. Nie jest to byle rozterka miłosna czy niepowodzenie w szkole. Niebezpieczeństwo jest realne, ociera się o kryminał i w tym momencie powstaje napięcie oraz niepewność, co stanie się dalej. Ono właśnie powoduje, że kolejne linijki i rozdziały jesteśmy zmuszeni przeczytać. I jest to bardzo przyjemny przymus. Porównując do innych książek, ten pazur, który nas drapie, pojawia się wcześnie, a nie w połowie lektury.

Książka została podzielona na rozdziały, trochę większa część przeznaczona jest na opowieści ze strony Elwiry (w końcu powieść pisała kobieta), jednak dla mnie (faceta) mocniejsze kwestie przekazywał Maks. Dużym atutem książki jest także stopniowanie napięcia. Czytelnik zostaje na chwilę zaciskany w sidła, po czym może odpocząć przez kilkanaście stron. Autorka wprowadziła także chwyt przeciągania akcji, kiedy już czekamy na rozwiązanie konfliktu, a ono nie chce nadejść. Niejednokrotnie czytelnik zostanie też zaskoczony, łącznie z finałem.

Trzymające w napięciu sceny erotyczne również zostały opisane dużo lepiej i dokładniej, niż w standardowych romansach. Może dla niektórych będą one zbyt wulgarne, ale za to kochankowie zaraz po dwóch pocałunkach i rozpięciu bluzki nie budzą się rano w ciepłej pościeli.

Na chwilę wróćmy jeszcze do bohaterów i stosunku czytelnika do nich. To przecież od nas zależy, czy ich polubimy, czy będziemy im kibicować lub, czy ich przekreślimy jak błędny rachunek. Dla wielu z nas oznacza to powrót to przeszłości, do często najpiękniejszych naszych chwil, choć dla Eli i Maksa nie były to wymarzone czasy. I chociaż, miejmy nadzieję, że nie byliśmy w podobnych sytuacjach, to powinny się w nas obudzić sentymenty.

Recenzowanie książki w samych superlatywach należałoby uznać za co najmniej stronnicze i nieszczere. Zatem za największy minus można uznać okładkę i opis powieści, a także zakwalifikowanie jej, jako powieść młodzieżową. Kolejny – mam wrażenie, że początkowe rozdziały odbiegają jakością od pozostałych. Z zawodowego punktu widzenia, widzę też pewne rozbieżności z przepisami Prawa Oświatowego, ale to już moje zboczenie i w zasadzie niezbyt istotny szczegół.

Podsumowując, Cover, to świetna książka! Trzymająca w napięciu, napisana z dwóch punktów widzenia, szczerym, choć wulgarnym językiem. I tak ma być! Przecież, do cholery, nie żyjemy w enklawie piewców poprawnej polszczyzny. Tym bardziej nie żyją w niej osoby, dla których największą wartością jest wypicie hektolitrów wódki i trzymanie się na nogach. Chęć poznania dalszych losów bohaterów jest tu dominująca. Cover stoi w opozycji do wszystkich innych romansów i obyczajówek, których ich autorzy czeszą, a raczej ulizują swoich bohaterów tak, aby po ich włosach skapywała piękna, poprawna polszczyzna.

Gratuluję autorce odwagi do przedstawienia i nazywania rzeczy po imieniu. Czekam na kolejne czterysta stron!

 

Suchocka Agata – O jeden krok za daleko

„O jeden krok za daleko” – to druga powieść Agaty Suchockiej zakwalifikowana jako literatura obyczajowa z wątkami romansu. Pisząc „Jesiennego motyla” zawiesiła wysoko poprzeczkę. Zastanawiałem się, czy też uda się jej utrzymać ten poziom.

Ale po kolei. Główna bohaterka Ada, dobrze zapowiadająca się amazonka, ulega wypadkowi podczas zawodów jeździeckich. Uraz jest na tyle dotkliwy, że przekreśla jej karierę oraz, po trzech operacjach, znacznie utrudnia codzienne funkcjonowanie. Po wszczepieniu endoprotezy, porusza się o kuli. Poza fizycznymi dolegliwościami podupada także psychicznie i popada w alkoholizm. Środki znieczulające zapija piwem, przybiera na wadze, zupełnie nie dba o wygląd.

W pobliżu jej miejsca zamieszkania sprowadza się Robert, także człowiek po przejściach. Ich drogi powoli się schodzą.

Ada została wprowadzona jako postać zdecydowanie negatywna. Zapatrzona w siebie i w we własną karierę sportową, zapomina o rodzinie, rozwodzi się z mężem, a córkę wychowuje jej matka. Wypadek pociąga ją na dno. Podobnie jak jej potłuczone kości, trudno jest poskładać życie. Co może odmienić jej los, skoro sama niewiele już oczekuje?

Autorka pokazuje beznadzieje oraz bezsilność jednostki, spowodowane upadkiem. Szybko się przekonujemy, że ów upadek fizyczny, staje się upadkiem metaforycznym. Następnie droga prowadzi tylko w dół. Ból i zło są wszechobecne. W tym miejscu jesteśmy zmuszeni postawić sobie pytania. Czy powinniśmy kibicować tak zepsutej bohaterce, czy ją skreślić? W którym momencie jej życia znajdujemy się my? Czy może ona przechodzi obok nas, a my jej nie zauważamy? Czy wreszcie warto zwracać uwagę na kuśtykającego, pijanego kaszalota, z brudnymi włosami i w pomiętym dresie? Może najlepiej przejść na drugą stronę ulicy?

Los Ady na pewno nie jest do końca wyimaginowany i niejeden z nas i nie raz znajdował się w podobnej sytuacji. Czasem potrzeba pieprznięcia z dużej wysokości, żeby inaczej popatrzeć na świat. Potrzeba też czegoś więcej. Czy Ada znajdzie to coś i uda się jej wykorzystać sytuację do powrotu?

Przedstawione w książce wydarzenia dają czytelnikowi dużo do myślenia. Główni bohaterowie mocno zarysowani, z konfliktem wewnętrznym. Trochę brakuje napięcia w początkowych fragmentach. Pojawia się ono później i może dzięki temu z większą siłą.

Matyszczak Marta – Las i ciemność

 

Las i ciemność to już ósma część Kryminału pod psem, autorstwa Marty Matyszak.

Pisarka konsekwentnie zabiera nas w miejsca, które odwiedziła. Tym razem jedziemy rozwalającą się skodą Solańskiego na Mazury, gdzie detektyw ma zamiar wziąć ślub z Różą Kwiatkowską. Oczywiście musi im towarzyszyć trójłapy Gucio.

Na miejscu napotykają same przeciwności losu i… trupa. Trójka Ślązaków zamieszkuje, w przedstawionej na okładce, przyczepie kempingowej. Solańskiemu pewnie wystarczyłaby jego skoda, ale gdzie Róża – tam kłopoty. Możemy się zastanawiać, czemu matka nie dała jej tak na drugie imię, Róża Kłopoty Kwiatkowska.

Autorka w każdej kolejnej części stara się wprowadzić coś nowego. W tym wypadku kompozycja powieści została podzielona na trzy okresy. Pierwszy – będący rodzajem pamiętnika Róży, sięga jej licealnych czasów (rok 1999), kiedy to z grupą koleżanek i kolegów z klasy, spędzała wakacje pod namiotem, właśnie w tym samym miejscu, w którym ma wyjść za mąż. Rozdziały te są napisane w narracji pierwszoosobowej. Akcja drugiego okresu rozgrywa się w 2014 roku. Trzeci – czasy obecne. Oczywiście, jak w poprzednich częściach, do głosu dochodzi Gucio, zostawia niespodzianki i szuka żarełka.

Róża Kłopoty Kwiatkowska w Lesie i ciemności została potraktowana wyjątkowo złośliwie. Zwłaszcza w rozdziałach opisujących jej wakacje z czasów licealnych, przedstawiona jest bardziej, jako postać tragiczna, niż niezdarna czy też pechowa. Jedyna korzyścią, jaką z tego czerpie, wydaje się wykreowanie jej na główną bohaterkę odcinka.

Z nowości, jakie dostajemy, warto nadmienić o scenie fekalnej. Może nie jest ona wyjątkowo niesmaczna, czy paskudna, ale myślę, że część czytelników choć raz się skrzywi.

Wątki kryminalny i osobisty (kwestie ślubu) oraz wspomnienia Róży zgrabnie się przeplatają. Podobnie, jak w poprzednich częściach spotykamy tu starych znajomych, Potomek-Chojarską,  aspiranta Barańskiego, dziennikarza Szpona, sąsiadkę Buchtową, poprzedniego prawiemęża Róży, Bóla i innych. Zestaw takich indywiduów gwarantuje dobrą zabawę! W tym miejscu trzeba podkreślić, że wszystkie postaci są wyraziste i dobrze skrojone. Smaku dodaje gwara śląska, którą operuje Buchtowa. Można by się zastanawiać nad proporcjami poszczególnych wątków. Mam wrażenie, że kwestia morderstwa została nieco przyćmiona przez osobiste zmagania Róży. Ale w końcu ma wyjść za mąż i to za samego Solańskiego.

Podsumowując, Las i ciemność to kolejna świetna komedia kryminalna, z Różą, Solańskim i Guciem w rolach głównych. Jeżeli ktoś myślał, że nic nowego nie może się im wydarzyć i żarty będą tylko odgrzewanymi kotletami, będzie niewątpliwie pozytywnie zaskoczony. I… czy w ósmej części Róża zostanie zaobrączkowana przez Solańskiego, czy jeszcze przyjdzie jej poczekać?

Śmigielska Krystyna – Kochanek pani Grawerskiej

Śmigielska Krystyna – Kochanek pani Grawerskiej

 

Kochanek pani Grawerskiej to druga książka autorstwa Krystyny Śmigielskiej, jaką miałem przyjemność przeczytać. Sądząc po samym tytule, możemy mieć wrażenie, że za chwilę zagłębimy się w kolejne romansidło. Jednak już na tym etapie autorka zaczyna grę z czytelnikiem. Ciężko jednoznacznie określić gatunek, do jakiego można zakwalifikować tę powieść. Najbezpieczniej będzie stwierdzić, że mamy do czynienia z literaturą międzygatunkową.

Tytułowa pani Marta Grawerska jest trzydziestoletnią, drugą żoną o wiele starszego, robiącego karierę polityczną Marka. W jego towarzystwie staję się dodatkiem do drogiego garnituru, który w towarzystwie ma ładnie wyglądać i drogo pachnieć. W domu jest, niemogącym mieć swojego zdania, obiektem zaspakajającym potrzeby seksualne męża. W zamian żyje na wysokim poziomie finansowym, zamknięta w symbolicznej złotej klatce. Z drugiej strony Marta jest niewykształconą podlotką, która dzięki swojej urodzie i wdziękom, w pewnym momencie złapała za nogi biznesmena, będącego w wieku jej ojca, mogącego zaspokajać  zachcianki młodej żony. Zatem już na starcie przed czytelnikiem staje bohater, któremu powinien współczuć, jednak z drugiej strony drwić z jego infantylności i sposobu, w jaki próbuje zdobyć swoje złote runo. W napełnianej przez jedną osobę szklance, zaczyna brakować miejsca i krople powoli się przelewają. Skapują w stronę próby uniezależnienia się i wzięcia życia w swoje ręce. Grawerska opuszcza swoją złotą klatkę i podczas pobytu w kawiarni, znajduje tytułowego kochanka. Jej życie odmienia się, jednak nie w sposób, który sobie wymarzyła.

Marek Grawerski jest uwikłanym w życie polityczne karierowiczem. Pierwszą żonę wymienia na znacznie nowszy model, którym zostaje Marta. Wredny i zakłamany kombinator na pierwszym miejscu stawia awans, zdobywając kolejne szczeble władzy. Przyjmuje strategię kurka na dachu, gdzie powieje możliwościami, tam się obraca. Ciążą jednak nad nim ciemne chmury zebrane podczas przekrętów, zrobionych w przeszłości.

Powieść rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Zdecydowanie negatywnie zostały przedstawione mechanizmy działające w rodzimej polityce. Asertywność wobec podwładnych i dążenie po trupach do wyznaczonego celu, a z drugiej strony pełna uległość wobec przełożonych. Mentalność karierowicza politycznego, w którego hierarchii człowiek jest na ostatnim miejscu. Kolejną płaszczyzną jest sfera uczuciowa i dążenie do odzyskania własnej tożsamości przez tytułową bohaterkę. Do głosu dochodzą także koledzy kochanka i była żona Marka.

Poza zagmatwanymi losami bohaterów, mocną stroną powieści jest też język, jakim się posługują. Autorka nie cenzuruje wypowiedzi polityków, którzy nie słodzą i nie owijają w bawełnę, zwłaszcza po wypiciu drugiej flaszki. Wciągnięci w politykę skurwysyny muszą się kochać i przy okazji nienawidzić, a swoje uczucia wyrażać swobodnym językiem.

Jeżeli chodzi o słabsze strony książki, to uważam, że zbyt późno został wprowadzony punkt kulminacyjny. Jednak po jego przekroczeniu czytelnik zostaje wynagrodzony serią zaskoczeń i trwa w niepewności już do końca.

Podsumowując – dostajemy całą galerię nieszczęśliwych ludzi (trochę jak u Czechowa w Trzech siostrach). Bogatych, biednych, oszukanych, zakłamanych, czy spadających z wysoka. Musimy się zastanowić, gdzie w tym całym tyglu jesteśmy my – czytelnicy. Zazwyczaj szarzy ludzie z czterdziestogodzinnym tygodniem pracy. Ile swojego życia możemy położyć na szali szaleństwa, a ile na szali rozsądku? Czy dalej chodzić na butach z płaskim obcasem, czy ryzykować złamanie nogi, wkładając stopę w podeszwę podkutą dziesięciocentymetrową wykałaczką? Pytań pozostaje wiele. Myślę, że dobrze będzie na nie odpowiedzieć po lekturze „Kochanka pani Grawerskiej”, którą oczywiście polecam.

Kasiuk Anna – W twoim cieniu

 

„W twoim cieniu” to trzecia książka Anny Kasiuk z serii „Oczami kobiet”. Poprzedziły ją „Ciebie szukam” i „Obok Ciebie”.

Tym razem autorka zaprasza nas do korporacji, w której sama zdobywała doświadczenie przez dwadzieścia lat. Główną bohaterką jest Agnieszka, skromna i nierozpieszczona jedynaczka, pochodząca z małej, fikcyjnej miejscowości Bieszczytki, osadzonej w malowniczych Bieszczadach. Po skończeniu studiów na wydziale zarządzania na jednej z krakowskich uczelni, wraca w rodzinne strony i podporządkowuje się oczekiwaniom matki, pracując w jej biurze rachunkowym. Jednak potajemnie przed rodzicami wysyła CV do warszawskich korporacji. Po pełnym zawodu oczekiwaniu,  w końcu zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną i zaraz po tym zatrudniona. Jej życie całkowicie się zmienia. Sama w obcym, dużym mieście, wynajmuje mieszkanie i rozpoczyna pracę w nowym dla niej świecie. Ambitnie znosi przeciwności losu i uparcie dąży do wyznaczonego przez siebie celu. Szybko przekonuje się, że nie będzie jej łatwo. Do tego zakochuje się w sąsiedzie.

Losy Agnieszki śledzimy jej oczami, poprzez wprowadzenie narracji pierwszoosobowej. Widzimy tylko tyle, co ona sama, obserwujemy jej wzloty i upadki. Poznajemy mechanizmy działające w korporacji, powszechnie znany nam wyścig szczurów. Poświęcenie podparte bezwzględną determinacją i dążeniem do wyznaczonego celu. Razem z bohaterką przeżywamy losy młodej dziewczyny, wyrzuconej, na własne życzenie, z ciepłego domu na głębokie i nieznane fale, która płynie, dryfuje, podtapia się, ale ciągle widzi suchy ląd, będący jednym z jej celów. Odskocznią od korpo staje się dla niej dom, a właściwie wynajmowane dwupokojowe mieszkanie i miłość. Niełatwa miłość, która trzyma czytelnika w napięciu. Autorka nie pozwala nam zapomnieć, że piękno rodzi się w bólach. Śledząc jej trudne decyzje, możemy się zastanawiać, co byśmy zrobili na jej miejscu.

Trzecia część „Oczami kobiet” wydaje się być najbliższa rzeczywistości. Myślę, że wiele młodych kobiet rozpoczynających karierę w korporacji, czy nawet pracujących tam dłużej, znalazło się w bardzo podobnej sytuacji, a losy niektórych z nich, mogły potoczyć się tak, jak Agnieszki. Uważam, że wspomniany realizm jest mocną stroną tej książki. Czynnikiem przyciągającym zapracowane panie z korpo i zachęcającym je do sięgnięcia po tę pozycję. Tylko czy po wielu godzinach spędzonych w nosie z laptopem, będą miały jeszcze czas i siłę czytać? Myślę, że mimo wszystko powinny się do tego zmusić. Przecież to jest powieść dla nich, a przede wszystkim o nich. Agnieszka, mimo że nieco odosobniona w książce, nie jest osamotnionym przypadkiem. Na pewno drzemie w niej przynajmniej jakaś cząstka tysięcy korposzczurek. Patrząc z innej strony, jestem przekonany, że wiele czytelniczek, a może też czytelników, widziało w swoim korpo Agnieszkę, zgarbioną w open space, czy jedzącą sałatkę w pokoju socjalnym.

Podsumowując, w trzeciej i ponoć ostatniej części cyklu, Anna Kasiuk pokazuje nam zupełnie inną kobietę, niż bohaterki w dwóch poprzednich tomach. Może nieco podobną do dziewczyny z jej wcześniejszego cyklu o Łowiskach, Majki. W książce zabrakło mi może trochę scen erotycznych, do których wcześniej przyzwyczaiła nas autorka. Mogłoby być także trochę więcej Bieszczad, ale to już moje subiektywne odczucie, z uwagi na sentyment i osobiste przywiązanie do tego regiony kraju, także w sferze literackiej. Powieść polecam wszystkim, którzy chcą się zagłębić w świat widziany kobiecymi oczami i zobaczyć w niej siebie, albo koleżankę zza biurka. Myślę, że czytelnicy dwóch poprzednich części nie potrzebują specjalnego zaproszenia.

Śmigielska Krystyna – Pokurcz

Powieść „Pokurcz” Krystyny Śmigielskiej przeczytałem pod wpływem pozytywnych reakcji koleżanek z grupy facebookowej związanej z literaturą.

Tytuł oraz okładka jednoznacznie kojarzyły mi się z obejrzanym horrorem, o chłopcu trzymanym w piwnicy i chodzącym w worku na głowie, który odstawał od rówieśników.

Tytułowy Pokurcz jest kulejącym dwudziestosześciolatkiem, przybyłym nad morze z odległej małej miejscowości, z zamiarem znalezienia tam pracy. Kacper Rawicz szybko ją podejmuje w jednej z kawiarni i mimo, że legitymuje się dyplomem ukończenia zasadniczej szkoły zawodowej, okazuje się osobą dobrze mówiącą w języku niemieckim, przez co doskonale dogaduje się z licznymi klientami zza zachodniej granicy. Między nim a córką szefa, Olgą, zawiązuje się mezalians. Pokurcz świadom swojej niższości, ostrożnie podchodzi to tego związku. Dziewczyna traktuje go dość instrumentalnie, a on nie wie, że gra toczy się zupełnie gdzie indziej.

Kompozycyjnie książką jest wspaniale przemyślana. Rozdziały nieparzyste opisują bieżącą akcję nad morzem, a parzyste retrospekcje z małej miejscowości, gdzie urodził się i wychował Rawicz, razem ze swoim przyjacielem, Władkiem Zamberem. Relacje łączące ich rodziny oraz patologiczne stosunki tam panujące, tworzą smutne i zarazem jakże prawdziwe obrazy. W tym betonowym świecie znajdujemy biedę, alkohol, drobne przestępstwa, kopulację i śmierć. W całość scala je trudna przyjaźń Zambera i Rawicza, którzy są bardziej braćmi, niż przyjaciółmi. Kochają się i nienawidzą, biją się i chronią.

Autorka prawie od samego początku prowadzi z czytelnikiem przemyślaną grę. Podsuwa pewne niewiadome, których musimy się domyślać. Co więcej, te zagadki podrzucane są na dwóch poziomach. Pierwszy dotyczy losów Rawicza nad morzem, które mają ogrom możliwości potoczenia się w różnych kierunkach. Drugi zakorzeniony jest w samej osobie Pokurcza. Po drodze, powoli dostajemy pewne wskazówki, ale jeszcze nie rozwiązania. Przybliżamy się, ale nie dotykamy odpowiedzi. Można powiedzieć, że z każdą kartką czytelnikowi rośnie ochota, żeby przenieść się pod koniec książki i przeczytać zakończenie. Jednak w trakcie powieści jeszcze wydarza się dużo dobrego i złego. Kolejne wskazówki, kolejne elementy układanki, trochę jak w klasycznym kryminale, tylko że tu nie szukamy mordercy.

Kreacje bohaterów także są mocną stroną tej książki. Konflikt wewnętrzny, a przede wszystkim tajemniczość głównej postaci. Pewnego rodzaju dwulicowość i wydawałoby się niedojrzałość Olgi. Poza tym zdegenerowani bohaterowie z rozdziałów retrospektywnych, w większości negatywni, żyjący tak, jak potrafią, bez wyższych pobudek czy celów. Można by sobie zadać pytanie, której z tych postaci powinniśmy kibicować?

Podsumowując, trzeba stwierdzić, że jest to bardzo dobra powieść. Czytelnik łapany jest w sidła dość szybko i nie puszczany do końca. Kolejne rozdziały przynoszą odpowiedzi, których wypatruje i na które czeka. Polecam wszystkim.

Duda Andrzej – Człowiek a nie człowiek

 

Autora książki „Człowiek a nie człowiek”, Andrzeja Dudę poznałem podczas Jubileuszu 25- lecia Studiów Literacko-Artystycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pół roku później wydał debiutancką książkę, którą, jak zaznaczył w posłowiu, napisał właśnie dzięki tym studiom.

Na okładce zarośnięty mężczyzna z odmrożoną skórą twarzy, jednoznacznie skojarzył mi się z kreacją filmową Leonarda DiCaprio. Ale przecież nie po okładce oceniamy książkę.

Tytułowym bohaterem okazuje się Markijan Sowa, wykształcony pół Polak, pół Ukrainiec. Po pogrzebie matki na Ukrainie, wraca do Gliwic i z dnia na dzień staje się bezdomnym, bez środków do życia. Z dużej wysokości spada na samo dno i próbuje się nie rozpaść na kawałki. Ze świata, który znał, zostaje mu do dyspozycji dworzec kolejowy, z którego i tak jest przeganiany. Z człowieka staje się nieczłowiekiem. Rozpoczyna ciężką walkę z ludźmi, przez których stracił cały dobytek, z głodem, zimnem, w końcu z samym sobą. Walkę w której nie ma zwycięzców, a jedynym sukcesem może być brak przegranych. Uczy się gospodarować resztką pieniędzy i tak dawkować racje żywnościowe, żeby skutecznie oszukiwać organizm. Traci telefon i jedynym kontaktem ze światem, jest poczta internetowa, z której korzysta w kafejce, także nie bez przeciwności. W tym bohaterze autor zamknął cierpienie, spowodowane przez niezawiniony upadek. Wszedł w psychikę człowieka, będącego nad samym skrajem przepaści, między ochłapami życia, a stanem kiedy jest już wszystko jedno. Skąd na wyciągniecie ręki ma w zasięgu rzeczy ostateczne.

Z drugiej strony pokazane jest środowisko miejscowych hanysów, ze szczególnym skupieniem na niejakim Krzysztofie Wiśniowskim. Autor stworzył bardzo mocny portret psychologiczny kolejnego upadłego człowieka. Tym razem wygląda on jak dziecko w ciele czterdziestokilkulatka. Zupełnie nie bierze odpowiedzialności za swoje decyzje, albo ich brak.

Oprócz bohaterów przygniatających czytelnika swoimi problemami, Andrzej Duda wprowadza pewne rozluźnienie, za pomocą cytowania zapisków. Jedna z bohaterek prowadzi sekretny dziennik. Nie jest on pisany wybitnym językiem literackim, za to zawiera różne zabawne sytuację. Drugim satyrycznym przerywnikiem są notatki policjantów. Posterunkowi, także piszą, tak jak potrafią. Do tego dochodzą zeznania światków, częściowo spisane, częściowo nagrane na taśmie. Kolejnym zabiegiem podnoszącym wartość książki, są dialogi gliwiczan wypowiadane śląską gwarą. Autor nie dodał słowniczka ani przypisów, ale z kontekstu wypowiedzi można się domyśleć o co chodzi.

W przedstawionej historii dotarcia na margines społeczeństwa, przeplatają się także kobiety. Jedna pozostała na Ukrainie i w marzeniach, a druga jest fizycznie obecna na dworcu, w której Markijan wypatruje ostatnią nadzieję.

Kompozycyjnie dostajemy kilka ujęć ludzkich nieszczęść. Akcja właściwa upadku Sowy toczy się w jesieni. Autor retrospekcjami powolutku doprowadza czytelnika do przyczyny jego opłakanej sytuacji, w której się znalazł.

Książka jest napisana bardzo poprawnym językiem, czyta się ją bardzo szybko. Kolorytu dodają wstawki gwarowe, sekretny pamiętnik, zapiski policjantów oraz maile. Są to niewątpliwe jej zalety. Poza tym kreacja bohaterów zasługuje na uznanie, ich tragizm i infantylność. Także do końca nie wiadomo, co się stanie z głównym bohaterem. Czytelnik czeka i snuje domysły. Być może stawia się w jego położeniu. Zastanawia. Największą wadą wydaje się jej objętość. Mogłaby być nieco dłuższa.

Podsumowując, powieść Człowiek a nie człowiek uważam za bardzo udany debiut książkowy Andrzeja Dudy. Mam nadzieję, że pójdzie za ciosem i będzie dalej pisał.

Fleszar Paweł – Powódź

Kryminał „Powódź” to debiut literacki  Pawła Fleszara, o którego recenzję zostałem poproszony przez samego autora.

Objętościowo dosyć krótka powieść, nieco powyżej dwustu stron, szczególnie biorąc pod uwagę, że w tym gatunku literackim, książki mają co najmniej trzysta. Ale oczywiście od ilości ważniejsza jest jakość. Tu niestety też możemy zauważyć pewne braki. Najprościej nazwałbym – powodzią bez wody. Zarówno metaforycznie, jak i dosłownie. Kraków tonie w wodzie, Wisła wylewa, a bohaterowie przez większość akcji chodzą suchymi nogami i bez nakryć głowy czy parasoli.

Kompozycyjnie powieść podzielona jest na siedem części, będących siedmioma kolejnymi dniami rozgrywania się akcji. Każda część rozpoczyna się notką prasową. Ciekawy zabieg, stanowiący pewien przerywnik w akcji właściwej, a przy okazji nie będący fabułą retrospektywną, co ma często miejsce w dzisiejszych kryminałach. Niestety mam wrażenie, że jest tych wstawek za dużo. Początkowy, dość mocny wstęp, dotyczy handlu kobietami oraz mrocznej strefy darknetu i do tego odnoszą się pewne późniejsze wątki. Natomiast zbyt rozbudowane aktualności pogodowe, a czasem też inne informacje prasowe nie wiele wnoszą, poza tym, że wytrącają czytelnika z rytmu.

Główna oś wydarzeń skupiona jest wokół Krisa, wojskowego i przyjaciela z dzieciństwa ofiary, prowadzącego śledztwo na własną rękę. Jego postać jest dość mocno zarysowana, ma też w sobie wewnętrzny konflikt. Może trochę brakuje cech negatywnych, jakiejś choroby psychicznej, której nabawił się na misji w Kosowie, jednak świętym nie jest, co jest niewątpliwie na plus.

W pierwszych kliku rozdziałach wkrada się niepotrzebny chaos. Chwilami trudno się zorientować kto jest kim. Myślę, że to efekt objętości. Akcja toczy się zbyt szybko, dostajemy tylko najważniejsze fakty. Czytelnik nie ma czasu na zapoznanie się z postaciami. Mogliby robić więcej rzeczy nieistotnych dla fabuły.

Przechodząc do głównego wątku, czyli do śledztwa zamordowanego Kuby, który rzekomo popełnił samobójstwo, trzeba pochwalić pomysł debiutującego w literaturze kryminalnej Pawła Fleszara. Do  samego końca ciężko znaleźć złoczyńcę, a i zakończenie niewątpliwe zaskakuje. Jednak sam przebieg poszukiwań przebiega zbyt łatwo. Brakuje ślepych uliczek, lewych sanek i przeciwności, to znaczy są ale dosyć delikatne, mało zdecydowane.

Elementami mającymi dodatkowo przyciągnąć uwagę czytelnika, są przewijające się w tle zespoły muzyczne oraz Kraków. Autor stawia na klasykę, typu Deep Purple, przywołuje też nazwisko dziennikarza muzycznego, Tomasza Beksińskiego. Sam Kraków jest pomieszaniem faktów z fikcją. Na przykład bohaterzy spotykają się w Morskim Wilku, będącym w rzeczywistości pubem Stary Port. Poza tym Wawel, mosty, Krakowska Akademia (ta współczesna, a nie poprzedniczka Uniwersytetu Jagiellońskiego).

Na słowa uznania zasługuje płynny język, jakim posługuje się autor. Powieść jest napisana jak najbardziej poprawną polszczyzną. Poszczególni bohaterowi używają charakterystycznych dla pewnych grup zwrotów (innym językiem mówią nastolatkowie, a innym wojskowi).

Podsumowując – debiut rządzi się swoimi prawami i tak, jak w tym przypadku, daje autorowi możliwość poprawienia się w przyszłości. Jestem też przekonany, że „Powódź” znajdzie swoich zwolenników, przede wszystkim w czytelnikach lubiących krótsze pozycje i pałających niechęcią do przeciągniętych i przegadanych scen, których tu po prostu nie ma (poza zbyt rozbudowanymi wstawkami prasowymi). Także myślę, że autor napiszę kolejną książkę, tym razem może trochę dłuższą, bardziej dopracowaną, poszerzoną o doświadczenia, których nabył po opublikowaniu „Powodzi”, czego bardzo serdecznie mu życzę!

Kasiuk Anna – Obok ciebie

Obok ciebie – kolejna pozycja w dorobku literackim Anny Kasiuk, w której opisuje burzliwy wycinek życia oczami pewnej kobiety, podejmującej decyzje pod wpływem czynników niezależnych od niej, a niezmiernie ingerujących w jej poukładaną od lat codzienność.

Książka została zakwalifikowana jako literatura obyczajowa i romans. Niewątpliwie prawidłowo. Niektórzy mogą ją podciągnąć także pod erotykę. Czytając Obok ciebie, oprócz wymienionych gatunków miałem wrażenie, że jest to rozbudowana przypowieść. Pewne przedstawione zjawiska, osoby, miejsca, czy sytuacje można odbierać na płaszczyźnie metaforycznej. Nieprzewidziane, a przy tym oczywiście niezaplanowane sytuacje życiowe, nie tylko zaburzają ustalony przez nas latami ład i porządek, ale potrafią wywołać niekontrolowane reakcje, którym nie do końca świadomie się poddajemy.

Główną bohaterką, której oczyma jesteśmy prowadzeni przez całą książkę, jest czterdziestokilkuletnia Izabela. Pielęgniarka, szczęśliwa żona lekarza i matka trójki dzieci. Wiedzie ona spokojnie, stateczne życie. Poza konfliktem z teściową wszystko w jej życiu układa się idealnie. W chwili, kiedy ją poznajemy, dowiaduje się o swojej chorobie. Nie jest ona śmiertelnie niebezpieczna, ale na tyle poważna, żeby pozwolić kobiecie spojrzeć na swoje życie z zupełnie innego, dotąd nieznanego punktu widzenia.

Podążając za Izabelą, jesteśmy zmuszani do postawienia się w jej sytuacji, zadania sobie pytania, co byśmy wtedy zrobili? Czy postawili wszystko na jedną kartę, czy starali się zachować rozsądek? Na ile jesteśmy w stanie zapanować nad kruchością życia? Postawy przedstawione przez autorkę pozwalają nam spojrzeć wstecz, do własnych przeżyć, do pewnych punktów kulminacyjnych, po przekroczeniu których nasze życie już nigdy nie było takie samo. Możemy się zastanowić i spróbować sobie odpowiedzieć na powszechnie znane pytanie: czy lepiej zrobić coś i tego żałować, czy żałować, że się tego nie zrobiło. Autorka zmusza do tego swoją główną bohaterkę, a za razem swoich czytelników. Powieść można, a myślę że nawet trzeba, odczytywać na głębszych płaszczyznach, niż tylko poprzez pryzmat przedstawionych prozaicznych wydarzeń, w których bierze udział Izabela.

Obok ciebie jest swoistą złotą klatką, w której jesteśmy bezpiecznie zamknięci i właśnie obok której przechodzi nasze życie. Nasze ukryte pragnienia, których się boimy zrealizować. Dylematy wyborów, podszyte z jednej strony strachem, z drugiej pragnieniem czegoś nowego, szczęścia, czy też rozkoszy, zmieniają swoje położenie, podyktowane wizją naszej przyszłości czy też zagrożeniem ze strony spraw ostatecznych.

Konstrukcyjnie powieść Obok ciebie jest prowadzona narracją pierwszoosobową. Wszystkie wydarzenia skupiają się wokół osoby głównej bohaterki, Izabeli. Poznajemy także jej rodzinę, koleżankę oraz obiekty wobec których będzie zmuszana podejmować trudne decyzje. Poza konfliktem buzującym we wnętrzu Izabeli, drugi zatarg pojawia się na linii synowa-teściowa. Pozwala on na zbudowanie dodatkowego napięcia. Całość napisana jest gładkim językiem, pozwalającym na sprawne zagłębianie się w treść książki. Dynamiczne, choć delikatne sceny erotyczne napędzają akcję, systematycznie dawkując napięcie.

Na zakończenie warto poruszyć jeszcze jedną kwestię. Mianowicie, czy jest to literatura kobieca, czy też adresowana głównie dla tej płci? Przypuszczam, że odbiór powieści przez przedstawicieli żeńskich i męskich jest różny, inaczej niż ma się to w przypadku innych gatunków literackich. Jednak w przerwach pomiędzy czytaniem kryminałów, sensacji, czy też poezji, warto się zorientować, co wyprawiają bohaterki romansów, choćby na możliwość odbioru literatury na zupełnie innych płaszczyznach. Takie doświadczenie bywa o tyleż zaskakujące, co przyjemne.

Puzyńska Katarzyna – Pokrzyk

Pokrzyk – już jedenasta część sagi o policjantach z Lipowa. Czytelnicy powinni sobie postawić pytanie: czy Katarzyna P. może ich jeszcze czymś zaskoczyć. Odpowiedź od dawna pozostaje niezmienna. Nieprzewidywalność rozwoju akcji, ale przed wszystkim zakończenia, od zawsze była jedną z najsilniejszych stron książek tej autorki.

Książka od samego początku trzyma w napięciu, rozdziały w większości zakończone na ostro, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić wcześniej. Wiele niewiadomych, czy też nawet tajemnic, stopniowo się wyjaśnia, często niespodziewanie. Poza akcją główną oczywiście toczy się dodatkowa, nieokreślona w czasie – kolejny zastosowany chwyt, który siedzi z tyłu głowy i pobudza wyobraźnie oraz każe snuć domysły. Podejrzanych, podobnie jak w poprzedniej części jest wielu. Autorka zgrabnie wyprowadza nas niejednokrotnie w pole.

Powieść podzielona jest na cztery części. Trzy tytuły zaczerpnięte z Boskiej komedii Dantego Alighieri, a ostatni to po prostu Pokrzyk. Nie mają one raczej większego znaczenia jeżeli chodzi o przebieg całej akcji, służą głównie wprowadzaniu dodatkowej akcji, a także nadaniu pewnej tajemniczości i mistyczności.

Z przytupem wraca do łaski Klementyna Kopp, sprowadzona lekko na margines w poprzednich kilku częściach. Jej postać jest niewątpliwie bardzo mocnym akcentem powieści. Charyzmatyczna, bezkompromisowa, wyrazista, z silnym konfliktem wewnętrznym, oczywiście tajemnicza i nieprzewidywalna, jak sama autorka.

Pozostali bohaterowie, poznani we wcześniejszych odsłonach sagi (Podgórski, Nowakowska/Podgórska i Strzałkowska) ponownie przeżywają rozterki, po raz kolejny przechodzą przemiany, a wszystko po to, żeby czytelnik miał możliwość wyrazić o nich swój osąd, pokochać albo znienawidzić, utożsamić się z poszczególnymi bohaterami lub postawić na nich kreskę.

Sam wątek kryminalny, który można powiedzieć, jest lekko dominujący, na tle społeczno-obyczajowo-miłosnym, jak zwykle mistrzowsko przemyślany i poprowadzony bocznymi ścieżkami. Do tego czuć pewną atmosferę grozy. Las, mrok, klaun, tajemnicze napisy na ścianach. A pośrodku tego wszystkiego samotny czytelnik, pociągany jak za sznurki.

Pokrzyk to moim zdaniem najlepsza część sagi od czasów Utopców. Mroczna, tajemnicza, trzymająca przez długi czas w napięciu, z mocno nakreślonymi charakterami bohaterów. Kawał dobrej, literackiej roboty. Pozostaje jedno pytanie: co będzie dalej?

Matyszczak Marta – Trup w sanatorium

Trup w sanatorium to szósta część Kryminału pod psem – autorstwa Marty Matyszczak.

 

Ty razem trójka głównych bohaterów ze Śląska udaje się na wakacje nad morze. Oczywiście dostają w prezencje bonus, czyli zagadkę kryminalną do rozwiązania. Trup znajduje się w sanatorium Krecik, w Świnoujściu, w którym Solański z Kwiatkowską mieli spędzić romantycznie czas, w towarzystwie trójłapego Gucia. Jasnym jest, że jeżeli denatka skończyła w solance, to sprawcę może znaleźć tylko Solański.

Akcja powieści toczy się w czasach obecnych oraz w 1977 roku. Autorka nawiązuje do Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej, na którym (poza Festiwalem Piosenki Studenckiej) debiutowały ówczesne gwiazdy, głównie z nurtu poezji śpiewanej czy piosenki aktorskiej. Przedstawione są nawet dokumenty inwigilacyjne tajnych służb z tego okresu. Choć sama FAMA nie ma znaczącego wpływu na przebieg śledztwa, to miło przeczytać nazwiska artystów, których dorobek muzyczny cenię bardzo wysoko.

Dostajemy klasyczny kryminał z podwójną fabułą i trzema narratorami. Przeszłość opisuje jedna z bohaterek, a czasy obecne narrator właściwy i oczywiście Gucio. Niezastąpiony Gucio, jak zawsze ubarwia akcję psim poczuciem humoru, do którego przyzwyczaił nas w poprzednich pięciu częściach. Z resztą zapowiedź wątków komediowych dostajemy już na początku, w nazwie reklamowanego proszku pomagającego w procesie wypróżniania.

W początkowej części powieści autorka bardzo trafnie komentuje natłok turystów zmierzających na wypoczynek nad polskie morze. W sposób trochę prześmiewczy krytykuje ten owczy pęd, w miejsce o niskim standardzie, wysokich cenach i jeszcze wyższym stopniu zaludnienia. Ja jako mieszkaniec miejscowości turystycznej (w prawdzie na drugim końcu Polski) znam z autopsji te dantejskie sceny opisane w książce.

Należy wspomnieć jeszcze o parze głównych bohaterów. Autorka nie pała sympatią do Róży Kwiatkowskiej. Jak zawsze jest ona poniewierana i poobijana. Analizując jej fizjonomię pod koniec książki, można by dojść do stwierdzenia, że składa się ona głównie z siniaków. Natomiast Szymon Solański jest głównym obiektem krytyki swojego trójłapego podopiecznego. Nie mają łatwo. Ale za to czytelnik ma ubaw po pachy.

Porównując Trupa w sanatorium do poprzednich części Kryminału pod psem, należy stanowczo stwierdzić, że autorka nie obniża lotów, jak ma to często miejsce podczas kontynuacji serii kryminalnych. Czytelnik jest prowadzony bardzo sprawnie przez akcje książki. Być może nie zaskakuje nas jakimiś nowościami, ale też nie nudzi. Powtarzają się pewne pomysły, czy też nawet schematy z poprzednich części, takie jak opisywanie miejsc odwiedzanych przed laty przez pisarkę, czy zbiegi okoliczności. Ale czemu nie korzystać, ze sprawdzonych sposobów.

Fani Gucia z poprzednich części na pewno nie potrzebują specjalnego zaproszenia do przeczytania kolejnych losów dzielnie walczącej grupy detektywistycznej. Pozostałym jak najbardziej polecam.

Wybiegając do przodu, jestem bardzo ciekawy, jak autorka wybrnie w kolejnej części, z tego co zainicjowała na końcu Trupa. Jest to niewątpliwe zaproszenie do niecierpliwego czekania na siódmą sprawę, z którą gotowe jest poradzić sobie tylko biuro detektywistyczne Solan.

Sitko Marcin – Rysiek Riedel we wspomnieniach

W ostatnich czasach obserwujemy spory wysyp wywiadów z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, zebranych w kilkusetstronicowe książki. W mojej osobistej kolekcji są już, między innymi, wywiady-rzeki z Markiem Piekarczykiem, Romanem Kostrzewskim, czy już ś.p. Zbigniewem Łapińskim.

Marcin Sitko zauważył, że brakuje w tym panteonie, wielkiej muzycznej postaci, jakim bez wątpienia był Rysiek Riedel. Ponieważ wszelka rozmowa z nim jest już niemożliwa, postanowił przemówić za niego, głosami rodziny, przyjaciół, dziennikarzy, ludzi związanych z przemysłem rozrywkowym.

Dla wszystkich fanów Dżemu i Ryśka jest to oczywiście pozycja obowiązkowa. Postać wokalisty opisana we wspomnieniach niemal pięćdziesięciu osób. Migawki z młodości, z koncertów, ze współpracy muzycznej, aż w końcu z nierównej walki i pobytów w szpitalach.

Spróbuję tę wypowiedzi skonfrontować z filmami „Skazany na bluesa” – Jana Kidawy Błońskiego, który z resztą pojawia się w książce oraz „Się macie ludzie” – dokumentu o Ryśku. Z wywiadów przedstawionych w książce, jasno wynika, że pierwszy film jest tylko oparty na losach legendy śląskiego bluesa. Wiele scen zostało opisanych, jako niemających miejsca w życiu muzyka, m.in. wymiana przez ojca zamków w czasie wesela, czy desperacki zakup strzykawki. W końcowych scenach dochodzi także do pojednania Ryśka z ojcem, jednak udzielający wywiadów raczej są zdania, że do takowego nigdy nie doszło. Natomiast w drugim filmie, tym razem całkowicie biograficznym, została przedstawiona postać Ryśka, trochę podobnie jak w tej książce. Z resztą część osób wypowiadających się w filmie, udzieliła także wywiadów do publikacji, tyle że czternaście lat później.

Książka zawiera wiele anegdot z życia artysty. Część z nich znałem wcześniej z wyżej wspomnianego filmu dokumentalnego, duża część nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. Może poza epizodem, kiedy Pudel wywoływał ducha w mieszkaniu Riedlów. Poza tym z tych wszystkich wypowiedzi, a często jest to wprost powiedziane w podsumowaniu przez poszczególne osoby, wyłania się bardzo wyrazisty obraz piosenkarza, znany od dawna praktycznie przez wszystkich fanów zespołu. Czytając, miałem wrażenie, że jeden narrator przemawia głosami czterdziestu osób, które znały Ryśka w poszczególnych etapach jego życia. Jedyny odbiegający od schematu obraz, został nakreślony przez jednego z menedżerów Dżemu, w przedostatnim rozdziale. Poza obrazem samego piosenkarza, można się trochę dowiedzieć o powstawaniu niektórych piosenek, zarówno od warstwy tekstowej jak i muzycznej.

Osobiście czuję pewien niedosyt konkretnych anegdot, także uważam, że za mało muzyków (głównie z Dżemu) opisuje swoje wspomnienia. Tylko Beno i Gier udzielili wywiadów i to raptem tylko na kilka stron.

Jeżeli chodzi o samo wydanie książki, to jest ono solidne, w twardej oprawie i bardzo dobrze się czyta, tzn. publikacja się sama nie zamyka. Dodano nawet kolorową wstążeczkę, jako zakładkę. Książka zawiera wiele czarno-białych fotografii, jednak niestety większość z nich jest fatalnej jakości. Część bardzo ciemna, a część tak mała, że niewiele na nich widać. Wiadomo, że zdjęcia sprzed 40 lat nie były powalającej jakości i nawet takie stanowią cenne pamiątki, ale można je było choć trochę podciągnąć. Być może to uczyniono i nic więcej się nie dało. W każdym razie niestety jakość nie powala. Możemy być za to pewni, że wcześniej nie były one publikowane.

Ostatnim wielkim minusem, a w zasadzie pierwszym, jest dołączona płyta CD, którą wpakowałem od razu do odtwarzacza. I jakież mnie spotkało rozczarowanie, kiedy po niecałych dwunastu minutach przestała grać. Tylko dwie piosenki, za to nigdy wcześniej nie publikowane.

Podsumowując. Kupując tę książkę myślałem, że dużo więcej dowiem się o legendarnym muzyku. Trochę odgrzewanych kotletów (z filmu „Się macie ludzie”, czy z wywiadów na Youtube), za mało anegdot typu wywoływanie duchów przez Pudla, poza tym prawie jednolity obraz artysty i słabej jakości zdjęcia.

Nie mniej jednak nie żałuję, że zostałem szczęśliwym posiadaczem tej publikacji. Na pewno zawarta w niej obszerna treść dopełniła wyobrażenie o wielkim muzyku, jakim bez wątpienia był Rysiek Riedel.

Obserwacja

widziałem ludzi kuszonych przez diabła

jedni cerowali skarpetki sadzili kapustę jedli wodnistą zupę zagryzali chlebem choć ich zęby były rzadkie jak sukcesy

drudzy kopali małego psa na łańcuchu pili samogon kopulacja nie sprawiała im przyjemności – jednak szli na ilość

 

w niedziele kropidło konfrontowało wyprasowane dresy z zapachem naftaliny

 

a ja widziałem ludzi kuszonych przez diabła

rozciągnął skrzydła od wschodu prawie po zachód przez tę szparę wpadało trochę nadziei

srebrniki kapały jak częstomocz rzucili się zatem do nocników

 

kiedyś będą żałować oddanej duszy bez ekwiwalentu rozkoszy

ludzie których widziałem kuszonych przez diabła

Matyszczak Marta – Tajemnicza śmierć Marianny Biel

Matyszczak Marta – Tajemnicza śmierć Marianny Biel

Tajemnicza śmierć Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak to pierwsza część serii „Kryminałów pod psem”. Pies w tym przypadku ma kilka ukrytych znaczeń. W połączeniu z kryminałem może się oczywiście kojarzyć z policjantem, w metaforycznym ujęciu zdaję się być przemyślaną antyreklamą cyklu. Jednak na pierwszy plan wysuwa się zwykły pies w ujęciu słownikowym. Gucio – bo tak wabi się ten sympatyczny prawie czworonóg (jedną tylną łapkę stracił w konfrontacji ze złym czworonogiem).

Głównym ludzkim bohaterem jest Szymon Solański, były policjant, obecnie prywatny detektyw, niemal przymierający głodem. Sprowadza się on do śląskiego familoka, w którym przypadkowo zamieszkuje Róża Kwiatkowska, redaktorka, przez lata podkochująca się w detektywie. I właśnie w tej kamiennicy ma miejsce pierwsze morderstwo, którym w czynie społecznym zajmą się wyżej przestawieni bohaterowie.

Jak przystało na współczesny kryminał, autorka wprowadza wielowątkowość. Poza jakby się zdawałoby głównym torem, którym jest prowadzone śledztwo, mamy do czynienia z mocno zacieśniającymi się relacjami pomiędzy Różą i Szymonem. Nie bez znaczenia jest także miejsce akcji, obskurny chorzowski familok, w którym mieszkają różne typy, które nierzadko można by nazwać spod ciemnej gwiazdy. Poza społecznym tłem zwaśnionych lokatorów, czytelnik bez problemu zauważa watki satyryczne, głównie wprowadzane przez Gucia. Niektórzy mogli by się tu doszukiwać czarnego humoru, rodem z Monty Pytona.

Na pewno dużym plusem książki jest barwna kreacja bohaterów, kontrastująca z szarym, kamiennym otoczeniem. Na pierwszy plan wysuwa się Gucio, dziesięcioletni pies-geniusz, którego intelekt został podniesiony niemal do ludzkiego. Pies potrafi myśleć nie gorzej niż spora część pozostałych bohaterów, dedukować, a nawet czytać. Poza tym jest narratorem sporej części książki. Opowiada, co zdoła zobaczyć swoim psim wzrokiem. Jego wywody kierowane bezpośrednio do czytelnika, przeplatają się przez całą powieść z opisami narratora właściwego. Trochę nadpsie zdolności kontrastują z ułomnościami fizycznymi, takimi jak brak jednej łapy, bielmo na oku (mimo którego wszystko wspaniale widzi i opisuje) czy niepierwsza już młodość. Gucio ma dziesięć lat, a dalej dorównuje kroku swojemu panu. Niemniej wywody piesia bawią nas do łez.

W Szymonie Solańskim na pierwszy rzut oka można doszukać się pewnych stereotypów; były policjant, wdowiec, któremu w życiu nie bardzo wyszło, jednak nie stoczył się po równi pochyłej i oczywiście jak się uprze, to śledztwo musi doprowadzić do końca. Jeździ, jak wielu śledczych, starą skodą. Wyróżnia go jednak miłość do zwierząt, kiedy już na początku adoptuje kalekiego kundelka ze schroniska, a przecież mógł się pokusić o bardziej pasującego do detektywa, psa-mordercę. Róża Kwiatkowska (zapewne autorka nieprzypadkowo w jej nazwisku wprowadziła grę słów) jest redaktorką, niestroniącą od kieliszka, koleżanką Solańskiego z lat liceum, w którym się kiedyś podkochiwała. A jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje…  Połączenie prowadzącego śledztwo i osoby związanej z pisarstwem też jest często spotykane w literaturze gatunkowej, choćby u Camilli Lackberk (policjant i pisarka), ale czegóż jeszcze nie było…

Pozostali bohaterowie też są bardzo wyrazistymi postaciami. Na szczególną uwagę zasługuje na pewno Brygida Buchta, której wypowiedzi w całości są prowadzone w śląskiej gwarze, co niewątpliwie dodaje książce dodatkowego kolorytu. Co więcej, są one na tyle jasne i czytelne, że nie trzeba sprawdzać znaczenia poszczególnych słów oraz wprowadzone zostały w niewielkiej ilość, przez co na pewno nie męczą czytelnika.

Być może rasowi pożeracze kryminałów poczują pewien niedosyt, związany z zawiłością śledztwa i mnogością wątków prowadzących do mordercy. Jednak muszę podkreślić, że jest to kryminał odbiegający od utartych standardów, naszpikowany soczystym humorem ze śląskim krajobrazem w tle. Myślę, że po jego przeczytaniu, z niecierpliwością sięgniecie po kolejne części przygód Gucia i jego pana, co też i ja uczyniłem.

Vilanella startowa

Żyjmy zawsze tak, jakby życie było majem,

Nie bacząc na włos siwy, stanowisko, zdrowie,

Choć kręte drogi życia pchają na rozstaje

 

I cięższy w rękach bagaż , choć nam się wydaje,

Że została już tylko pustka w głowie,

Żyjmy zawsze tak, jakby życie było majem!

 

Nawet idąc samotnie, wąskiej ścieżki skrajem,

Nawet jeśli przydrożny Chrystus sam nam powie,

Że kręte drogi życia pchają na rozstaje

 

I kroki nasze będą w kokonie motaniem,

A w najlepszym przypadku zakończymy w rowie,

Żyjmy zawsze tak, jakby życie było majem!

 

Będą straszyć jesiennych wilków wrogie zgraje,

Zimą prostata swoje trzy grosze dopowie,

A kręte drogi życia pchną nas na rozstaje.

 

My – przeciwności łajać będziemy nahajem,

Choćby zlecieli sami śmierci aniołowie,

Żyć będziemy tak, jakby życie było majem,

A kręte drogi życia połączą rozstaje.

 

2019-04-28

Tramwaj

Jechali ściśnięci krakowskim tramwajem,

Jednemu znienacka odbiło się jajem,

Złowieszcze spojrzenie wśród kilku podróżnych,

Udanej niedzieli na pewno nie wróży.

 

Katolik morderstwo przywołał w pamięci,

Nie ważne, że jaja co roku sam święcił,

Twarz jego najczystszą nienawiść wyraża,

Bo przecież w tramwaju nie mają ołtarza.

 

Sadysta po trochu się cieszy i smuci,

Sam chciałby ciut czadu wypuścić do ludzi

I myśli mrowisko po głowie mu goni,

Że dzisiaj wyprzedził go jakiś anonim.

 

Patolog się zbudził, choć kimnął w przelocie,

Po woni poznając, że jest już w robocie

I aż się przestraszył, gdy podniósł swą szyję,

Nie wierząc, że tylu w około wciąż żyje.

 

Morderca powoli szykował swe dłonie,

Złoczyńcy szukając po całym wagonie,

By podróż mógł nazwać ostatnią podróżą,

Lecz zwątpił, bo światku tu było za dużo.

 

Laleczka też chciała twarz skrzywić z odrazą,

Lecz razem z botoksem  trzymają swój fason

I niechże nie pęknie nadęta jej duma,

Ukryta, jak co dzień w tych samych perfumach.

 

Poeta chciałby to wszystko opisać,

A potem dramatem się chwalić w kulisach,

Lecz problem banalny wystąpił niestety,

W tym czasie w tramwaju nie było poety.

 

Filozof żył sznury napina naprędce,

Chcąc myśli wyhaczyć, jak rybę na wędce

I gotów je schłostać, jak ruską nahajką,

By wiedzieć, czy była wpierw kura, czy jajko.

Läckberg Camilla – Złota klatka

Autorka sagi o policjantach z miasteczka Fjällbacka, po niezbyt udanej dziesiątej części sagi, „Czarownica” postanowiła zrezygnować z klasycznego kryminału i dla odmiany spróbować swoich sił w innych gatunkach literackich. Książka jest zakwalifikowana jako thriller psychologiczny, niestety niezbyt trafnie. Jeżeli ktoś się nastawiał na mocniejsze wrażenia, będzie niewątpliwie zawiedziony. Powieść trudno jednoznacznie zaszufladkować. Dostajemy zatem zbitek różnych gatunków, takich jak: literatura obyczajowa, erotyczna, czy też romans ze wstawkami elementów kryminalnych, od których zaczyna się powieść i ci, którzy nie czytają opisów reklamowych, w połączeniu z nazwiskiem autorki, mogliby przypuszczać, że zaraz rozpocznie się śledztwo.

Kompozycyjne książka została podzielona na trzy przeplatające się okresy czasowe. Obecny – najbardziej obszerny, rozgrywający się w przeciągu kilku lat, rok 2001, kiedy poznaje się para głównych bohaterów, czyli Jack i Faye, której oczami w tym etapie poznajemy wydarzenia oraz trzeci, najstarszy okres, lata dzieciństwa Faye.

Pomimo, że na pewno nie będzie to moja ulubiona pozycja w księgozbiorze autorstwa Läckberg, a nawet przypuszczam, że także wielu sympatyków jej kryminalnej sagi, to nie należy Złotej klatki od razu skreślać. Książka ma swoje słabsze i mocniejsze momenty. Do lepszych stron na pewno można zaliczyć zaskakujące zakończenie, nagromadzenie emocji, których czytelnik może doznać podczas czytania  jednego z wątków, poza tym akcja jest dość zgrabnie prowadzona i po prostu łatwo się czyta. Kolejnym plusem jest dawkowanie emocji. Być może jest to element niezauważalny, na który czytelnik raczej nie zwraca uwagi, ale można tutaj wyczuć momenty napięcia i rozluźnienia. Minusów zauważamy niestety więcej. Chociaż książka nie jest nudna, nie jest także zaskakująca. Dostajemy za to dawkę przewidywalnych sytuacji, które nastąpią w krótszym lub dłuższym czasookresie. Można powiedzieć, że scenariusz jest sztampowy, przypominający nieco amerykańskie filmy familijne o podwórkowej drużynie baseballowej, złożonej z nieudaczników lub wyrzutków, która na końcu zdobywa puchar. Do tego nieudolnie przedstawiony świat wielkiego biznesu.

Postaci mocno przerysowane, szczególnie pierwszoplanowa para. Człowiek zarabiający miliony, nie czyni podstawowych zabezpieczeń swojego interesu. Zastanawiające są natomiast metamorfozy, które przez całą powieść kształtują Faye. Postać jest zlepkiem przeróżnych charakterów i postaw, w różnych etapach swojego życia, kształtowanych przez jej najbliższe otoczenie.

Autorka wprowadza wątek niskiej próby hakerstwa komputerowego. Jednak w przeciwieństwie np. do Millenium, wydaje się on w miarę prawdopodobny. Kilkukrotnie obserwujemy sceny erotyczne. Nie stanowią one jednak próby wysokich lotów. Przez całą powieść przewija się kilka miniwątków kryminalnych. Szczególnie w ostatnim z nich można odkryć, że napisany został przez uznaną autorkę kryminałów. Niektóre zbrodnie są tylko opisane tak, że się wydarzyły, ale nie pociągnęły za sobą żadnych konsekwencji. Ani dla sprawcy, ani nie toczy się śledztwo, ani nic. Wydarzenie, jak każde inne. Jakby ktoś śmieci wyrzucił.

Podsumowując, nie można uznać ucieczki jednej z mistrzyń kryminału w kierunku innych gatunków za udaną. Powieść jak najbardziej przeciętna, której jednym z największych atutów jest nazwisko autora.

Epitafium dla Jacka Kaczmarskiego

Jestem tu z wami! – Ja wilk wasz trójłapy,

Zawziętym strzelcom pokazuję swe kły,

Z lasów na łąkę wyciągam ochłapy,

Na żywej ranie pulsuje kropla krwi!

 

Pływałem po mitach na statku Telemacha,

Za ogień wątrobę zżerały mi sępy,

Z Ofreuszem szedłem po strupach i strachach,

Z Ikarem niebiańskie badałem ustępy,

Księgowej Owida piórem pisałem wiersz,

W Pomejach zastygły szczekał na mnie pies.

 

Jestem tu z wami – wilczysko rubaszne,

Szczęki wypchane najszczerszą z moich kpin,

Las był nasz zawsze – teraz łąki nasze!

Lepcie więc wilki wiersze z wolności glin.

 

Warczałem na władców skaczących przez płoty,

Jęczałem dzwonkami na błazeńskiej czapie,

Na Krymie wykpiłem caryckie zaloty,

Premiera głos milczał na śmiełowskim czacie,

W drodze do koryta próbując wspiąć się wzwyż,

A ja ich wszystkich chciałem wysłać na krzyż!

 

Jestem tu z wami! Ofiara gonitwy

Przed nagonką, gdzie kula wyje i strach,

Spragniony grzechu, spragniony modlitwy

Złowieszcze głosy wspominałem w swych snach.

 

Szukałem tu Boga z Bibilią i Rublowem,

Pod Golgotą wino piłem z Barabaszem,

Na Wieży Babel Bóg poplątał mi mowę,

A w Konfesjonale toczyłem bojarze,

Lecz Chrystus z mej ręki nie uniknął chłost,

Dla ciała – karnawał, a dla duszy – post.

 

Jestem tu z wami – wciąż niezakończony,

Lecz wyje czasem jak porzucony pies,

Kiedy wspominam wilczy ród stracony

Przewodników na których nadszedł kres.

 

Na koniu z Wysockim pędziłem przez Piekło,

Okudżawa poszedł przysłużyć się mitom,

Ciało Witkacego na obczyźnie legło,

Ja wszedłem podstępie w sarkofag Cogito,

By pamięć o Mistrzach nie poszła w siwy dym

Najkrwawszy mym sercem skreśliłem dla nich rym!

 

Jestem tu z wami – oglądam pejzaże,

Drzew symbolicznych, alegorycznych łąk,

Które wnet spłoną w ludzkości pożarze,

Zamilkną w krzyku ostatniej stypy mąk.

 

Na Sybir jechałem, z Sybiru wracałem,

Wodę życia mi dała Zatruta Studnia,

Na Goi z balwierzem żyłę otwierałem,

Pognałem orszaki w Samosierry turniach,

Sobaka skakała gdy oficer ją bił,

Synagogi ściany rozsypały się w pył.

 

Jestem tu z wami! Szalone wilczysko,

Wciąż nieuchronnie spragnione skoków w bok,

Nie ufam nadal złowieszczym psim pyskom,

Chociaż chce z nimi szaleć w rozkoszy łąk.

 

Alkohol od zawsze balował z mym piórem,

Rzygając po wódzie, rzygałem więc światem,

Trzeźwiałem powoli, by złapać za skórę

Wstrętną mordę kaca, który był mi katem,

I z jego szafotów wracałem żeby żyć,

Przeklinać i pisać, śpiewać i znowu pić.

 

Jestem tu z wami w historycznym lecie,

Z którego słychać przeszłych pokoleń jęk

A jego echo dreszcz po plecach niesie,

Niosąc przestrogę, klątwę, popiół i lęk.

 

Ja w czasach sarmackich stworzyłem warchoła!

Na sutych obrusach biesiłem docześnie,

Szyszaków, sygnetów  szukałem w stodołach,

Na elekcjach kreskę składałem boleśnie

I na drugą stronę zmieniałem słucki pas,

Wierząc że nadejdzie dla ludzi lepszy czas.

 

Jestem tu z wami – wilczysko kochliwe,

W stronę samiczki wyostrzam wilczy wzrok,

Nie baczę wcale, że ciało leciwe,

W stronę rozkoszy kierujęrówny krok.

 

U Felliniego ja byłem Casanovą,

Następnie księżniczkę swatałem z parobkiem,

Zauroczony Mickiewicza mową,

Z rękawa sypałem erotyki słodkie,

Gdym ujrzał Boginie, jak w świecie niesie wieść,

Podkuliłem ogon i skomlałem jak pies.

 

Jestem tu z wami – miłosierny wilczek,

Mojemu sercu zawsze bliski był brat,

Ostrzegałem was przed myśliwskim obliczem

Kiedy rozrywał na strzępy wilczy świat.

 

Ileż to szafotów musiałem postawić,

By rozum zacisnął pętle na głupocie?

Ileż dusz niewinnych starałem się zbawić?

A ileż skonało w bólu i sromocie?

Iluż pochłonęły: zaraza, trąd i mór

Wszak śpiewałem żeby nareszcie runął mur.

 

Jestem tu z wami! Lecz mrok już nadciąga!

To nie obława, a jeży mi się sierść,

Czuję jak klątwa mnie zżera od środka

I gapi się na mnie z kosą wilcza śmierć.

 

Przekpiłem już wszystko –  łącznie z własną śmiercią!

Zamknąłem swe życie w wierszydłach i pieśniach,

Czekam na kostuchę z bujną pełną piersią,

Wszak moje nie będzie skostniale obleśna,

Całe moje życie obracało się wspak

I po śmierci tego życia poczuję smak!

 

Jestem wciąż z wami! Lecz czemu tak lekko?

Na czas przybyłem… Tu nikt się nie spóźnia…

Wszystko w porządku… Wyśniłem swe Piekło…

Została na dole po mnie ciemna próżnia,

Płaczą gazety, lecz nie ma obawy,

Skończyły się obławy!

 

Szaleni myśliwi stanęli w pół kroku,

Umilkły skowyty posłusznej psiej sfory!

Pociągną saniami po strunie pomroku

Cztery czarne konie, przez lasy i bory.

Bezlitośnie płozy jęczą po kamieniach,

Jak grzechu wyrocznia schowana w sumieniach.

 

To wiersz mój ostatni! To moja przestroga!

Dla tych po pręgierzem i dla tych w purpurach!

Wciąż wyję umarły na drodze do Boga,

Ja śpiewak bezczelny wyrosły na murach.

 

Nie płaczcie więc po mnie wściekłe wilki młode,

Zduszone swym strachem, zaszczute strzelbami,

Przegniłe cierpieniem, obcej krwi wciąż głodne!

Ból z serca wykrzyczcie smutnymi wierszami.

 

Ja będę wciąż z wami! Ja wilk niepokorny,

Brzemieniem kłów śmierci obdarty z szaleństwa

I chociaż bezwładny, docześnie skończony,

Żył będę wciąż z wami w pamięci i pieśniach.

 

12.04.2004

List pożegnalny

Droga Dezerterko!

Nie tak wyobrażałaś sobie powrót do szkolnej ławki, kiedy jesienią otwarłaś drzwi najstarszego polskiego uniwersytetu. Pewnie nasza elitarna grupa nie zrobiła na Tobie wrażenia, a może zawiedli wykładowcy? Zazwyczaj pożegnania niosą ze sobą smutek. Po obu stronach czai się strata. Nie stoję nad Tobą, jak Fortynbras w wierszu Herberta, nad porozrzucanym ciałem Hamleta i nie czyham jak sęp, aby zająć Twoje miejsce. Dopóki żyjesz możesz podejmować decyzje.

Nie zdążyliśmy poznać się lepiej. Nie wiem czy masz męża, nie rozmawialiśmy także o Twoich kochankach i jakie masz upodobania… Szkoda, mogło być ciekawie. Tak szybko minęło tę parę spotkań, że nawet nie pamiętam, czy zdążyłaś porządnie wbić szpilę prowadzącym zajęcia. Czy wymyślałaś naprędce wymówki, kiedy nie zrobiłaś zadania. Pamiętam za to kolor Twoich włosów i  nasze indywidualne konsultacje w kawiarni przy ulicy Brackiej. Tak – to ta ulica na której pada deszcz. Teraz ten deszcz pada między Tobą, a nami. Szkoda…

Pamiętaj, że Kraków najpiękniej pachnie w maju. O trzeciej nad ranem warto się przetoczyć ostatni raz po Rynku, kiedy kwiaciarki wracają do ogrodów sadzić kwiatki, a dorożki zamieszkują stajnie. Wtedy ciepły deszcz obmywa strudzone ciała. Zachodni turyści pokazują, jak można się niehigienicznie bawić. Jest tak pięknie, że sen nie ma odwagi zapukać do naszych drzwi. Jednak wybrałaś inną drogę, inny rynek, inny maj… Szkoda… Pamiętaj, że młodsza już nie będziesz…

Za to zostanie Ci więcej czasu na seriale, może siatkówkę lub piłkę nożną, jogę i inne takie – nie zdążyłem zapytać. Nikt już nie każe oglądać teatru. Ale czy ktoś będzie Ci tego zazdrościł? Na pewno nie my – zgarbieni nad klawiaturami, wyciskający atrament w wersy nowego superwiersza, czytający przy latarce Ibsena, Berlin, Sonnenberg czy dziadka Szekspira.

Któż Cię teraz będzie mobilizował do podniesienia klapy laptopa? Kto krytykował Twoje wiekopomne dzieła? Czy przez tę parę miesięcy zdołałaś powrócić z nieboskłonów na ziemię? Może Twoje marzenia okazały się nazbyt trudne do spełnienia. Ale przecież jeżeli człowiek nie marzy – to umiera. Mogliśmy śnić nasze sukcesy razem, jeszcze przez półtora roku. Uwierz, że nie różnimy się tak bardzo, jak mogłoby Ci się wydawać. Wszak pojedyncze sny nie są tak piękne. Szkoda…

Może zobaczę Cię jeszcze kiedyś, kiedy będziesz odbierać nagrodę za książkę sezonu. Wtedy na pewno patrząc w euforii w stronę zazdrosnej szarej masy, zapełniającej stołki przeznaczone dla publiczności, nie dostrzeżesz mojej skromnej osoby. Ja także nie będę się spieszył, żeby złożyć Ci gratulacje. Ot taki egoistyczny kaprys. Szkoda…

Każde rozstanie pociąga za sobą możliwość powrotu. A co Ty wybierzesz? Masz dwie ręce i dwa sznurki. Pociągnij, tak abyś nie żałowała…

 

Do zobaczenia/żegnaj*

 

                                               Paweł

* Niepotrzebne skreślić

Hamlet w Berlinie 1989

Kuć albo nie kuć? – oto jest pytanie,

Otwierać okna niewybite w ścianie

I drogę z drogą łączyć korytarzem,

Siłą ukrytą w monologu zdarzeń.

 

Matka Hamleta jeszcze w garderobie

Słucha, jak kilof tynk ze ściany skrobie.

Na scenę wchodzą powoli żołdacy,

Nawet próbuje przemawiać Horacy,

Niepewne jutra wibruje podłoże,

Jakby się walił zamek w Elsynorze.

 

Duch ojca lata życiem opętany,

Nie widzi – czuje, jak miękną kajdany,

Tu, gdzie nienawiść, trucizna i zdrada,

Nowe otwarcie dumnie przepowiada.

 

Kuć albo nie kuć? – oto jest pytanie,

Wszak tam i tutaj mordercy i dranie,

Czy Berlin w Danii, czy Dania w Berlinie

Za wór idei i wolność – ktoś zginie.

 

Która śmierć lepsza? – pytają Hamleta,

Na pewno nie tamta, ani też nie ta!

Zachodzi w głowę, walczy z sumieniem;

Zginąć na murach, czy umrzeć na scenie?

 

Ozyrk jedynie wyszedł bez gadania,

Mury Europy na mapie rozganiać,

Patrząc w scenariusz leżący na stole

Reżyser inną rozpisał mu rolę.

 

Fortynbras czeka, Fortynbras się krząta,

Nieświadom ile będzie musiał sprzątać.

 

2019-03-28

Dwa pięćdziesiąt

O moje imię nikt mnie nie pyta wprost,

Nie baczy jaki kolor ma mój włos

I nie przygląda się policzkom.

Choć przed nazwiskiem nie ma mgr

I nie zarabiam w miesiąc czterech zer,

 To tutaj jestem kierowniczką!

 

Kiedy otwieram rano zacny kram,

Klientów różnych zawszę kupę mam,

Starannie każdy pieniądz liczę.

W kolejce wszyscy muszą grzecznie stać

I nikt tu rzucić nie śmie żadną mać,

To przecież dobro jest publiczne.

 

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Tyle warte moje trony,

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Kasa pluje paragony.

 

Wszak u mnie każdy jeden równy jest,

Czy się w garnitur wbija, czy też w dres.

Lub okiem do mnie skrycie mruga.

Zasadę tutaj jedną twardą mam:

Panowie wchodzą do mnie bez swych dam,

Bo tylko dla nich ta usługa.

 

Sam pan minister mym klientem był,

W paniki siodle do mnie gnał co sił,

Bym go obsłużyć mogła godnie.

I nie zrozumie cały durny świat

Tradycji, którą mamy tu od lat,

Że chłop rozpina u mnie spodnie.

 

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Tyle warte moje trony,

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Kasa pluje paragony.

 

Każdy potrzeby swoje różne ma,

Na posterunku zatem ciągle trwam,

By mogli upust dać ciśnieniu.

Niejeden jurny już dziękował mi,

Że przed nim szybko swe otwarłam drzwi,

Nie mogąc uciec przeznaczeniu.

 

Ten mój biznesik jakoś kręci się,

Matka natura wciąż klientów śle

I tylko czasem mydło kradną!

Lecz nagle skandal straszny – mówię wam!

Na Facebuku wrzucił jakiś cham,

Że tam w Galerii dają darmo!

 

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Tyle warte moje trony,

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Kasa pluje paragony.

 

2019-03-27

Bal w Operze (XXI w.)

Znów w Operze zabalują,
Nim na polu zacznie świtać,
Dać zarobić trzeba zbójom,
Wiek dwudziesty pierwszy wita!

Dziewki z majtek skrobią futro,
Chętnie pędzą między ludzi,
Żadna nie wie gdzie się jutro
Ani nawet z kim obudzi.

500+ ma swoje prawa,
Nie trza bimbru wnosić skrycie,
Ale kiwnąć na barmana,
Aby nalał do szkła picie.

Cóż, że wódki krople kapnie,
Drugą musi zaoszczędzić,
Grunt, że drink wygląda ładnie
I elyta nie chce zrzędzić,

Tajniak stoi pod filarem,
Drapie się pod lewym jajem,
To od wieku taka ściema,
W tej materii zmiany nie ma.

Scena czeka na artystę,
On się spóźnia – ale jazda,
Czeka poseł i minister,
Pewnie przyjdzie wielka gwiazda.

Chłopcy stoją podjarani,
Obserwują białogłowe,
Myśląc o tym, która pani
Pójdzie z nimi w ciemną stronę.

Wysnuć można wniosek jeden:
W mieście krawców dobrych nie ma,
Bo gdzie wzrokiem swym nie sięgniesz,
Z bluzek cycek się wylewa.

Lecz nie tylko biedne cyce,
Nędza sklepy żre pomału,
By dokończyć szyć spódnicę
Brakło krawcom materiału.

Wybór spódnic bardzo wąski
I cóż zrobić mają laski?
Na wierzch wyszły im podwiązki,
Dobrze, choć że nie podpaski.

Wreszcie gwiazda rozświetliła
Reflektory ponad sceną,
Już w mikrofon mordę wbija
I zachwyca swoją weną.

Playback jeszcze daje radę,
Większość dawno się nabrała,
Gwiazdor ręką pięści zadek,
Nie! To jego durna pała.

Naród teraz ma ambicje,
W sali słychać disco polo,
Nikt nie dzwoni po policję,
Chociaż ludziom słuch partolą.

Zbrodnia tutaj niesłychana,
Choć w paragraf nie wskakuje,
To słuchając tego pana,
Człowiek rozum swój morduje.

Nagle Józek powstał z martwych,
(Wcześniej rzygnął ze dwa razy)
Trochę przez to menu z karty
Wibrowały mu obrazy.

Teraz jednak trzeźwo stanął,
Patrząc na półnagie panie,
Lecz gdy dźwięk trząsł jego pałą,
Myślał – dzisiaj mi nie stanie.

Choć na scenie wyższa sztuka
Naród zmusza do kochania,
To nie każdy dziś postuka,
Tylko ten, kto nie ma zdania.

2019-03-03

Czy to miasto potrzebuje poety?

kroki na szarych nogawkach
wzrok wbity w kolorowe rękawy
trochę betonowo-szklanych guzików

żywe komórki zostały zaprogramowane
praca-sklep-dom

dzieci składają linie papilarne
na kolorowym ołtarzu

galerie kuszą obrazami
główny temat wystaw:
obniżka 50%

biblioteki hurtowo podają się do dymisji
wydział kartografii ma dużo roboty

w domach kultury
grają kasy fiskalne w rytmie disco polo
i wreszcie wódka przepisowo skonfigurowana
ostatni przystanek przed kopulacją

bezkarni mordercy języka polskiego
uskuteczniają zbrodnie w smsach
i piśmie Thotha
kwitnie handel na rynku mikronoelogizmów

pomimo wszystko śmiertelność niska

zatem gdzie w tym mieście szukać poety?

może między chińskim misiem
a tureckim kebabem

miejsce zaszczytne
jak wyrok skazujący na banicję

2018-12-26

Popiór

Epitafium dla Zbigniewa Łapińskiego

Wielu poetów chciało dla siebie
Kusztyk natchnienia skraść od Bogini,
Lecz On z nich wszystkich umiał najlepiej
Wiersze układać na pięciolinii.

Tam zapisywał los ludzi słabych,
Niosących ciężar ziemskiej pokuty,
Z ciał ich wyciągał nagie sylaby,
Aby je ubrać z powrotem w nuty.

Kiedyś się znowu otworzy skrzydło,
Jak szukająca sensu powieka,
Kość w strunę walnie, by można było
Na nowo w sobie odkryć człowieka.

A my będziemy słuchać latami,
Patrząc przed siebie na dróg rozstaju,
Czy te wypchane statki nutami
Płyną z Muzeum czy może z Raju?

2018-08-28

Gwiezdne Wojny

Gwiezdne Wojny
wg George’a Lucasa

Niebo równo rozświetlane
Mknące statki obserwuje,
Galaktyce lepszą zmianę
Imperator proponuje;
Ład, porządek w jednej ręce
Trzymającej gwiezdne lejce.

Drży rebelia pochowana
Po lepiankach i systemach,
Już ich przecież nie ochrania
Wyniszczony Zakon Jedi,
Tak nastały czasy mroczne,
Które mają swą wyrocznie.

Gwiazda Śmierci rośnie w siłę
Jakiej dotąd nikt nie widział,
Jej wrogowie już za chwilę
Otrzymają pierwszy przydział,
W jednej chwili ciał ochłapy
I planeta znikną z mapy.

Kenobiego siwe skronie
Czują mocy zaburzenie,
Czy znów rękę pchnie do broni
I odeprze zagrożenie?
I czy ktoś po tylu latach
Zechce słuchać znów wariata?

W R2D2 chowa Leja
Tajne plany Gwiazdy Śmierci,
Nowa rodzi się nadzieja,
Co w reaktor pocisk wkręci,
Jednak wcześniej musi wolą
Jej przysłużyć się Han Solo.

Siła kryje w sobie władzę,
Ciemna strona mocy kusi
I Lord Vader tkwi w niej, zatem
Szefa racji bronić musi.
Może im się nawet uda,
Razem idą więc po trupach.

Stary człowiek priorytety
Złoży wkrótce na dwie szale,
Z jednej – to co nie ma ceny
Z drugiej – długi ojczyźniane.
I raz niech się nie zawaha,
Jakby miał przez płoty skakać.

Czas odpalać już maszyny,
Wrogom patrzeć prosto w oczy,
Lecz czy słowa wcielą w czyny?
Czy zdołają się zjednoczyć?
Czy Skawalker celnie strzeli
I zło zginie wśród płomieni?
Czy Skawalker celnie strzeli…

2017-01-14

30. Nauczyciel – poeta

Z atramentu na kartce zapuszcza korzenie,
Sieje myśli zagony i rymów mrowiska,
Sławy embriony trzyma z dala od pastwiska,
By ciągle mógł mieć jeszcze najskrytsze marzenie.

W poniedziałkowy ranek znów schodzi na ziemię,
Tonąc w lekturach, książkach, notatkach, zapiskach
Belfrowskim młotem wiedzę w głowy uczniów wciska,
Próbując żyć nauczyć młode pokolenie.

Ma tylko własny kubek od gorącej kawy,
Wie, że w nim nie zaparzy biletu do sławy,
I na ministra go nie będą koronować.

Lecz ma pięć wdowich groszy za posługę w szkolę
I pięć minut radości gdy pisze wieczorem,
Dlatego pewnie jeszcze nie zdążył zwariować!

29. Requiem

Mieli wręcz błyszczeć – młode mózgi, sól tej ziemi,
Spragnieni fleszów, kamer, rautów, piedestałów,
Zdolni magistrzy – więksi od swych ideałów
Z workiem pomysłów, które miały światy zmienić.

Lecz weszli po cichutku do pokoju cieni,
W którym wiele podobnych do nich materiałów
I pośród nich dopiero pojęli pomału,
Że życie na wszechwładnych i poddanych dzieli.

Wszak trzeba życie przeżyć – oby jak najlepiej
I tym życiem zasłużyć na swą dziurę w glebie,
Wierząc, że nie na darmo serce kłuli włócznią.

Koleżanki, Koledzy! Wiemy, że niestety
Po naszej śmierci płakać nie będą gazety,
Bo mamy tylko lub aż siebie dać Uczniom!

28. Wspomnienia

Dzwonek, mrówek marszruta, smutne miny, krzyki,
Labirynt korytarzy, kiepski podział godzin,
Ogoleni na łyso, wściekli, gniewni, młodzi,
Mapa Imperium, cyrkiel, sala od fizyki.

Trudne pytania, stopnie, klasówki, dzienniki,
Szyderczy uśmiech belfra, przemądrzały młodzik,
Płacz, nerwy, strach, zaćmienie, gorączka półroczy,
W garniturze polonez, matura, wyniki.

I poszli, tak jak przyszli w eleganckich strojach
Na studia, do Irlandii, ołtarza lub woja,
By włos facetom siwiał i tyły im żony.

A my wciąż tu ślęczymy, jak ciul w oślej ławie,
Chociaż lat nie ubywa i już łupie coś w stawie,
Czasem chcemy z powrotem usiąść z drugiej strony…

27. 21 marca

Wstali rano ochoczo – zaczęła się wiosna!
Dwudziesty pierwszy marca – nie prosi do klasy,
Poszli więc drogą, której nie znają atlasy,
Gdzie zamiast smutnych tablic leży dzika rosa.

Będą kwiaty sadzili na rozwianych włosach,
Wrót zwykle zakazanych nie zamkną im lasy,
Rozbudzone kukułki dodadzą okrasy
I do ziemi się zbliżą odległe niebiosa.

Najgorzej jest z tą piątką cholernych kujonów,
Którzy w tym dniu do szkoły poszli po kryjomu,
Żeby się podlizać profesorom starym.

Lecz jednak bardzo się na tym przejechali,
Bo ich na każdej lekcji dokładnie pytali,
Wszak belfrzy także chcieli wybyć na wagary.

26. Tablica

Zazwyczaj przy niej stoi wredna, brzydka baba
W kostiumie jak od sekty wiedźmina Rydzyka,
Na własnym cieniu myśli się często potyka
I oczy wytrzeszcza, jak rozjechana żaba.

Czasem wyjmie z umysłu (mniejszego niż kraba)
Myśl patetyczną, która niebiosów dotyka
I kredą po tablicy nieśmiało popryka,
Czekając kiedy woźny zadzwoni na sabat.

Ciężki jest los tablicy – wiedzy oceanu,
Na którym kredy kiecka się puszcza do tanów
Na liter piruety zamieniając rąbki.

Jakim by ona była nadnauczycielem,
Zamkniętym w prostokątnym płaskim, martwym ciele,
Gdyby nie ta cholerna władza w ręce gąbki.

25. Internat przy Modrzejewskiej

Stoi bezradny, szary jak papier w WuCecie
I chociaż chciałby jeszcze raz zatętni życiem,
To w płucach starych murów odczuwa gruźlicę
I częściej o Zaduszkach myśli niż o lecie.

Gołębi stado siedzi tam na parapecie,
Jedzą i wydalają zarazem obficie
Od kapelusza dachu po szarą piwnicę
Większy magazyn gówna, niż w miejskim szalecie!

Pomyślmy, kto jest winny, że się tak ześcierwił?
I że nagle zabrakło mu życiowej werwy
I zdycha, jak przy panu stara suka wierna!

A ja ostrożnie, żeby nie narażać pyska,
Całą śmierdzącą winę zwalę na ptaszyska,
Wszak to one dokładnie zasrały internat!

24. www.nasza-klasa.pl

Idą starzy koledzy do klasy bez ławek,
Gdzie koleżanki siedzą już z innym nazwiskiem,
Wszyscy trochę zdziwieni niezwykłym zjawiskiem,
Na tablicy ekranu piszą wspomnień skrawek.

Nie ma już lekcji, chociaż jest życia kawałek,
Każdy się chwali, jaką zdołał zdobyć miskę
I tę twarze zmienione, ale nadal bliskie
Czatują znów na dzwonek, żeby wyjść na kawę.

Nie rozlejmy tej kawy, jak czary goryczy,
Pan Czas już w zmarszczkach swoją prowizję naliczył
I w życia krajobrazy wplótł prawdy banalne.

Zamiast siedzieć, jak drzewiej przed telewizorem,
Otwieramy laptopy sobotnim wieczorem
I przyswajamy wiedzę w klasie – wirtualnej…

23. Zastępstwa

Wywiesili zastępstwa w galerii radości,
Bo jeden na wycieczce, a drugi w szpitalu,
Sensacji tyle, ile w mydlanym serialu,
Więc mimowolnie w nogach zatrzęsły się kości.

Uczniowie tak szczęśliwi, że gotowi są pościć!
A chorowali, żeby ściągi schować w szalu,
Lesz raptem wyzdrowieli wszyscy w każdym calu.
Sprawdzianu nie ma! Mogą się cieszyć z młodości!

Będą pili wieczorem w kuflu nieumytym,
Od rąk cuchnących petem odpoczną zeszyty
I paw bezkształtny będzie największym z prestiży.

A my miejmy nadzieję – my z tej drugiej strony,
Że gdy znikniemy z zastępstw i z podziału godzin,
Dostaniemy w nagrodę choć minutę ciszy…

22. Prawa ucznia – prawa belfra

Belfer na krótkiej smyczy musi trzymać nerwy!
Te psiska obślinione, z zębami na wierzchu,
Które spać mu nie dają daleko po zmierzchu,
Bo od pierwszego dzwonka szczekają bez przerwy.

Codzienny łomot w głowie, jak marszruta werbli!
Wśród słów nieprzepisowych, jeszcze gorszych gestów,
Gdzie niecierpliwość żąda rychłego protestu,
Lecz spać musi zamknięta, jak puszka konserwy.

Teraz belfer podnosząc na ucznia prawicę
Wysyła swą osobę przed sądu oblicze,
W którym sam siebie będzie zmuszony katować!

Ucznia trzeba pogłaskać, złożyć dziękczynienie
I pokajać się chwilę. Wszak rozporządzenie
Nie weszło, które każe belfra uszanować.

21. Ponury poranek

Łzy anielskie stadami zlatują na ziemię,
Stuk–stuk, puk–puk w parapet, jak uczeń spóźniony
W drzwi kołacze, szykując litanię obrony,
Z której wyrosnąć musi niezwykłe zdarzenie.

Po grzbiecie ciągle chodzą przemoczone cienie,
Chociaż kark dawno ponad zeszytem schylony,
Pod ławką w butach szepcą hydrozabobony
Porannych łez anielskich przemokłe sumienie.

Bierny smutek, nostalgia, jak mgła zawieszona
Nad kotlinami lekcji, w których marznie wrona,
Jak czarny prorok myśli bezsprzecznie ponurych.

Lecz po dżdżu trzech kwadransach Woźny od koronek
Wszechwładną ręką złapie nareszcie za dzwonek,
By jego dźwiękiem pognać w diabły czarne chmury.

20. ADHD

Wąż się wije po ławce – obślizgły i wstrętny,
Szczeka, jak na złodzieja, choć sam kraść potrafi,
Rytmicznie klaszcze w dłonie lub kogoś w łeb trafi,
Z dumą pokazuje, że gad z niego konkretny.

Naprzeciw niego siedzi człekokształt przeciętny,
Choć przed trzydziestu laty ochrzczony w parafii.
Chętnie by węża nożem między oczy trafił
I ścierwo jego rzucił w czeluści odmęty.

Tego gada – bez klatki oswoić potrzeba
I nie krojąc skalpelem otworzyć mu głowę
Aby dostrzec, że myśli buzują w niej zdrowe.

Pamiętajmy, że trudna jest droga do nieba!
I nie każdy myśl prostą przyswoić da radę,
Wszak gada wina w tym, że narodził się gadem.

19. Pan z ksero

Ma pod swą jurysdykcją szatańską maszynę,
Nie jest to kilof, kielnia, spychacz czy koparka,
Los świata nie zależy od jego zegarka,
Lecz on sam czasem tyka, jakby połknął minę!

Uczniowie bardzo często przynoszą mu kpinę,
Na korytarzu czasem go któryś osmarka,
Potem po prośbie przyjdzie, jak knot do ogarka,
A kumplom powie, że był odwiedzić padlinę!

Wszak bez dziennika w szkole każdy jest bezbronny,
Choćby był doskonały, jak ten gaz bezwonny,
To wśród młodych bezczelnie wredną wzbudza śmiałość.

I zwykle go traktują, jak ten worek zgrzebny,
Lecz on jest jak biustonosz, niby niepotrzebny,
To jakby nie popatrzeć podtrzymuje całość.

18. Woźny

Lat temu ze dwie dychy dziadek z siwą brodą
Stał już od siódmej rano przy wejściowej bramie,
Sprawdzał, czy tarcze uczniom dobrze chronią ramię,
W łapie ściskał dyscyplinę i minę miał srogą.

Anioł Stróż schowany pod drelichową togą
Czas dzwonkiem, jak zegarmistrz odmierzał starannie,
Aż technika wyssała mu jego zadanie.
I teraz wisi taki na prąd Quasimodo.

Więc młode pokolenie korzysta z techniki,
Łaciną plując w siebie, bezczeszcząc dzienniki,
Kopiąc po drzwiach pokoju nauczycielskiego.

W tym starym garbie szkoły, który ciągnął sznurek,
Była pięść ładu i do belfrów szacunek.
Został chaos i pusty gabinet woźnego.

17. Dwadzieścia osiem

Już się nawet nie cieszył, pomimo że zdrowy,
Bo dzwonek dzwonił, jak ten na katedrze,
On niby zamyślony, udawał, że mędrzec
Siwe włosy ukradkiem wyrywa mu z głowy.

Jak Minotaur korytarz przemierza państwowy,
Rzadko mu się przydarza, że okular przetrze
I słów krytycznych kilka pociśnie na wietrze,
Banalnych, ścierą czasu wytartych, nienowych.

Jeszcze się wódki czasem napije wieczorem
I lat dwadzieścia osiem wspomni w oślej ławie,
Zmarnotrawionych przed tym zbiorowym potworem…

Dwadzieścia osiem… przecież to jeszcze niewiele,
Ale wystarczy, żeby mógł być pewnym prawie,
Że już nie zdąży dobrym być nauczycielem.

16. Rzadkość

Uśmiechnął się! To rzadkość!!! Przecież siedział w szkole,
Gdzie smutnych twarzy więcej, niż ziemniaków w zupie,
A dolna szczęka górnej siostrze zęby chrupie
I nerwy pogo tańczą, jak pijane trolle!

On śmiał się z tymi z ławki, z tych którzy przy stole,
Wolał być bandażem, niż wrzodem na strupie,
Który do taktu starszym kolegom przytupie
I powie, że wraz z nimi przeżywa niedole.

Wszak on w garści miał życie! I sam żył w tym życiu!!!
Psy kośćmi karmił, ale nie dał odgryźć ręki,
Gdy trzeba było szczekał wraz z nimi piosenki.

Chociaż widział, jak inni konają w przegniciu,
Głęboko wierzył, że on – młody i szalony
Za lat trzydzieści będzie szczęśliwie spełniony.

15. Pani profesor (kiepska)

Uśmiechała się rzadko – głownie do ważniejszych,
Jej kożuchy i suknie dawno wyszły z mody,
A makijaż z ironią ujmował urody,
Wzgardę budząc nawet u pokoleń wcześniejszych.

Bała się tych od siebie niby mniej mądrzejszych,
Dla których była pejczem, postrachem i wrzodem,
Bo zamiast wkładać mądrość, jak zupę pod brodę
Wibrowała w przestworzach – naokoło wiedzy.

Mogła zostać kucharą w barze byle jakim,
Lecz bałaby się pewnie obierać ziemniaki
I smażyć na patelni rozebrane woły.

Tak więc ambitnie – chociaż jakby od niechcenia
Pali na ruszcie lekcji młode pokolenia,
Bo dzisiaj wrzód jest trudno oddzielić od szkoły.

14. Młody nauczyciel

Młody Pan nauczyciel ma minę nietęgą,
Dumny magister dumę zanosi do szatni
I jest jak płód zwierzęcy wypuszczony z matni,
W której geniuszów sfory, jak wrzody się lęgną.

Niby wykładnik musi się zmierzyć z potęgą,
Skromny, durny, malutki, lecz jednak dodatni!
Wyrzeźbiony przez życie, zżarty przez podatki,
Czeka, gdy jego dłonie po wypłatę sięgną!

Odrzuć wreszcie złudzenia młody profesorze!
Masz niebanalny rozum, który ci pomoże!
Zatem rozumiesz, że wkraczasz w świat prawdziwy!

Tutaj nie będziesz kręcił własnym interesem,
Szkoła wszakże jest piekłem, a uczeń jest biesem.
Naucz go, co sam umiesz – a będziesz szczęśliwy.

13. Matura

Ubrali garnitury sto dni po studniówce
I stoją strasznie smutni, jakby do ołtarza
Ich ojciec panny młodej złowrogo zapraszał,
Wręczając rezerwacji kwit na porodówce.

Ręce im równo drgają, jak po dużej wódce,
Pot do wtóru ze strachem zsuwa się po twarzach,
W wyblakłych oczach rozpacz panikę pomnaża
I rozwścieczonych nerwów gromadzą się hufce.

Mogli się przecież uczyć przez te lata cztery
Zamiast powtarzać belfrom odwieczne bajery,
By teraz się nie miotać, jak szalona bestia.

Pozostało im liczyć na ściągi i cuda,
Więc muszą teraz wierzyć, że może się uda,
A jeśli nawet noga… to przecież amnestia…

12. Renesansowy polonista

A co mi tu pan mówi?! Że jakiś Czechowicz???
I Homerem szpanuje! Czy pan wszedł do transu?
Z jakiej pan jest epoki? Chyba z renesansu…
Tak, jak ten taki jeden… No ten… Gombrowicz!

Niech pan już nas nie pyta co robił Kasprowicz,
Nie nasze tęgie głowy do takich niuansów.
I żeby wyjść na ludziów mamy wiele szansów.
A czy pan wie kto to jest Krzysztof Kononowicz?

Masz racje synu! Wszak nie dla was Mickiewicze,
Herberty, Kochanowscy, Reje, Sienkiewicze,
Słowaccy! NIE DLA CHAMÓW JEST SCHEDA KULTURY!!!

Lecz musisz synu głowę pochylić przed władzą,
Bo mimo, że nie czytasz, to oni ci dadzą
Zbezczeszczony papierek erzacem matury.

10. Lektury

Na półce stoją równo niezliczone tomy,
A w nich mężni Wokulscy, tchórzliwi Kmicice,
Zboczeniec Stolnik, który śmiał zabić Soplicę
I łódź Teletubisów płynie do Werony.

Nieznajome nazwiska szpecą pierwsze strony,
Jak glut z nosa spuszczony na modną spódnicę,
A pod nią zamiast halki – kartki niewolnice,
Tylko po to, by produkt stał się wypasiony!

Krew męczeńską, łzy matek nad mogiłą synów,
Wieki niewoli, zbrodnie, obozy, pięść Krymu
Na listę własnych zasług minister zamienia.

Bo przecież można teraz pominąć lektury,
Analfabeci mają prawo do matury!
Więc spalmy biblioteki! Wystarczą streszczenia.

09. Zima

Jeszcze ciemno – a drugie śniadanie zrobione
I nogi wolno drepcą w śniegu po kolana,
Wiatr w nim ziarna przebiera, jak w styczniowych łanach,
Ręka mrozu naciąga na uszy koronę.

Krzewy palców głęboko w kieszeniach zgarbione,
Słońce jeszcze wystygłe – pięć po siódmej z rana,
Cisza jęczy nad światem i droga zaspana
I wszystko od snu szczęścia bardzo oddalone.

Tak ciężko trzeba dreptać po lekcjach i książkach,
Choć nadziei nie widać w najmniejszych zalążkach
I jeszcze spory drogi kawałek do końca.

Kręgosłup wytrwałości niejedno wytrzyma,
Kręgów w nim nie połamie nawet ostra zima,
Bo wie, że kiedyś ujrzy pierwszy pomyk słońca.

08. Jesień

Wrzesień. Słońce zachodzi i wietrzyk zachłanny
Na pajęczynach włosów sentencje wyplata,
Do snu utula zapach minionego lata,
Liście zmęczone trwaniem składa w ikebany.

Mocniej biją gorące serca zakochanych,
W parku grupa młodzieży z butelką się brata,
Stada ptaków spragnione szerokiego świata
Zaczynają zaprzęgać do skrzydeł rydwany.

A ja siedzę już starszy o pół pokolenia,
Zdarnie łapię gołymi garściami wspomnienia,
Zakurzone w pamięci przerzucam toboły.

I wstyd mi teraz trochę – mówiąc między nami,
Że sentymentalnymi nie studzę się łzami,
Wszak, tak jak wtedy – jutro znów pójdę do szkoły.

07. Lato

Noc krótka, jak pyknięcie – nie kończy się z brzaskiem!
Słychać pieśń bez melodii, do wtóru z kogutem,
Jak dwa bratanki, chociaż każdy swoją nutę
Rozkoszy chce pointować innym szczęścia wrzaskiem.

Tuż obok fale toczą odwieczny bój z piaskiem,
Dzieciaki w nich się babrzą – z ubranek wyplute,
Zamki łapkami rzeźbią, jak stolarskim dłutem,
Słońce rumieńce wlewa na ich buźki dziarskie.

I tak trwają na krosnach beztroski rozpięci,
Rozciągnięci między czerwcami – wrześniami,
Szczęśliwi, jak dwa ciała na sianie w stodole.

Bardzo dobrze, że właśnie tak się ten świat kręci
I pozwala nie walczyć nam ze słabościami.
Wszak dwa miesiące można nie myśleć o szkole.

06. Wiosna

Na wiosnę czarne płoty wychodzą spod śniegu,
Matula Ziemia rodzi świeżutkie pokusy,
Na łące w berka grają młodziutkie krokusy,
Przebiśnieg wątłą nóżkę szykuje do biegu.

Bałwan nie mogąc znaleźć taniego noclegu
Postanowił opłynąć w słoneczne luksusy
I razem z zimnym smutkiem się udał w lamusy,
Zostawiając po sobie kilka czarnych piegów.

Tak, jak i on odchodzą kolejne tematy
I topnieją pod gąbką na tablicy daty,
Horyzont nosa sprytnie wącha koniec roku.

Na uczniów teraz łatwiej polują wagary,
Lecz wiosną trzeba jeszcze złapać los za bary
I przez czarny płot nogi szykować do skoku.

05. Rok szkolny

Gnają po grani grzbietu każdego z miesięcy,
Czasem zmęczeni grzęzną w mieliznach tygodni,
Gdy dzida w dziennik trafi, jak narzędzie zbrodni
I podmuch wiatru klęski swoje dzieło zwieńczy.

We wrześniu o kęs lata każdy gorzko jęczy,
W grudniu szukają wytrycha, żeby uciec z chłodni,
Na skraju wiosny wszyscy odpoczynku głodni,
By wreszcie czerwiec mógł się za wszystko odwdzięczyć.

I tak lata mijają, jak ziarnka różańca,
Po żniwobraniu pędzi kolejna szarańcza,
W małych, żółtych kurczętach rozkwitają kury.

Aż się dopełni w końcu ostatnia z koronek,
Ministrant do zakrystii odwiesi swój dzwonek
I niechybnie się zaczną dożynki matury…

04. Liceum

Jest lato piękne, ciepłe, błękit nieba, ptaki,
Jezioro czyste, fale, w oddali pagórek,
Brzdąc w krótkich gatkach ciągnie latawiec za sznurek,
Tuż obok zieleń łąki, a na łące maki.

Właśnie teraz zakwitły – tak niby dla draki,
Chociaż chciałby pewnie oszukać naturę,
W pąku zamknąć ponownie swych płatków kapturek,
Ukryć nim niecierpliwe dojrzałości znaki.

Niestety – już niedługo je zetną sierpami,
By flakony zdobiły pięknymi płatkami,
Kurząc się w gabinecie, jak mumie w muzeum.

Niestety! Los piękności i czasu kordonek
Życie na szpulę nawija, który ciągnie dzwonek,
Rozkazując niezwłocznie opuścić liceum.

03. Gimnazjum

To już nie jest skrzek marny, ale jeszcze nie żaby!
Słodkie słońce nad stawem rozświetla poranek,
W mętnej wodzie buzuje wataha kijanek,
A na brzegu ropucha obserwuje szkraby.

Maluchom wyrastają niebosiężne graby,
Powoli zaczynają łapać co jest grane
I staw dla nich za mały – niby stary dzbanek,
Z którego chcą się wydostać na świat – płazów sztaby.

To trzyletnie terrarium za słabo chronione
Musi wycierpieć młode pomysły szalone
I hamulca lewarek znaleźć na pokusy.

Bo jak tłumaczyć synom w szkolnym uniformie,
Że przed laty paroma w szkolnictwa reformie
Chodziło o to, żeby wprowadzić gimbusy.

02. Szkoła podstawowa

Żółte pisklaczki jeszcze w skorupkach na głowie
Idą równo gęsiego za matulą kwoką,
Ciekawe świata główki podnoszą wysoko,
Słuchając co nowego podwórko im powie.

Czasem strach ich ogarnie w spacerku połowie,
Gdy pies zaszczeka, albo cień zasłoni oko,
Wtedy do matki pędzą – naprzeciw wyrokom
I żółte ciałka kryją pod skrzydeł sitowie.

Tak przez sześć lat ta kwoka nierzadko zrzędliwa
Boje z własną słabością zmuszona wygrywać
I do dzióbków im wkładać mądrości wszechnicę.

Nie może baczyć na to, że piór mniej na grzbiecie,
Że bieda zamieszkała na dobre w powiecie
I gospodarz jej gorszą podaje pszenicę.

01. Wstęp

Zaraz tu przyjdą stwory czternastopalcowe,
Na czterech płaskich łożach zalegną wygodnie,
Dwie pierwsze pary, kiedy tylko ściągną spodnie,
Nagości faktów będą opisywać słowem,

Między udami uda wetkają zmysłowe,
Ponętą rymów słodkich złączą się swobodnie,
By zmysły budzić, kiedy pióro frazę skrobnie,
Wyjmując z kałamarza końcówki stalowe.

Embrion refleksji skapnie na mniejsze łóżeczka,
Gdzie będzie wzrastał w bólu, cierpieniu i krzyku,
Niecierpliwy, jak ciepła w granacie zawleczka.

W końcu, jak wrzód wybuchnie w niemałym mozole,
Pointy nagie piszczele zawiesi na stryku,
By mógł Poeta pisać sonety o szkole.

12. Postarzała się wiosna…

Postarzała się wiosna,
Z łatwych pytań wyrosła,
Bohomaz mordy schowała w korycie.
Już się krzywi i marszczy
I z grymasem na paszczy
Nogi wyciąga w pogoni za życiem.

Wściekłość grzęźnie jej w gardle
Zniża czoło zadarte,
Kohorty nerwów wycofuje z boju.
Zmienia przekleństw grymasy
Na wyblakłe wyrazy
I prosi, prosi o chwilę spokoju.

Jadło gryzie powoli,
Wszak niejeden ząb boli,
Choć wczoraj jeszcze kąsał bez wysiłku.
A dziś to rodzaj dzieła,
Lecz ona już pojęła,
Że szczęk grzebienie służą do posiłków.

Oglądając ołtarze,
Szanuje świętych twarze,
W pokory sadło obrasta pomału.
Na rowerze sumienia
Jedzie drogą zdziwienia
Z tobołem grzechu – do konfesjonału.

Brnąc na życia paradę,
Szyję ściska krawatem
I protestuje przeciwko przeciwku!
W pędzie pędu pędzi
Pędząc nadzieję rzęzi,
By w zdaniu życia usiąść na przecinku.

Myśl samobójczą w głowie
Zdominowało zdrowie
I wizja jutra – świetlana jak troski.
Tam gdzie rosła frywolność,
Toast wznosząc za wolność,
Teraz ogromem kwitną obowiązki.

Zestarzała się wiosna,
Jak kartoteka posła
I żaden sąd nie zmieni wyroku.
Nikt także nie pomoże
Vetować dzieło Boże,
Które jej każe przyspieszać kroku.

My idziemy z nią w parze,
Jak dzieciaki na plażę
Trzymając mądrość naszych rodzicieli.
Lecz z tych dzieciaków tylko
Nam zostało nazwisko
I trochę życia, któreśmy widzieli.

Kogóż dzisiaj obchodzi,
To, że byliśmy młodzi
I życie wiedli od zmierzchu do rana!
Przyszłość była daleka,
Bo nam czas nie uciekał
I rozsadzała energia, jak granat!

Teraz straszy nas lustro,
Jak zaklątwione bóstwo,
Cholerna prawda – plakacik na ścianie!
Odbiornik brzydkich gestów
Nie przyjmuje protestu
Co dzień na gorsze zmienia o nas zdanie.

Płaski antagonista
Włos z czaszki nam wyciska,
Dumy, bo przecież oprawiony w ramy.
Leżąc na brzytwie losu
Cieszmy się z siwych włosów,
Bo to oznacza, że jeszcze je mamy!!!