Obserwacja

widziałem ludzi kuszonych przez diabła

jedni cerowali skarpetki sadzili kapustę jedli wodnistą zupę zagryzali chlebem choć ich zęby były rzadkie jak sukcesy

drudzy kopali małego psa na łańcuchu pili samogon kopulacja nie sprawiała im przyjemności – jednak szli na ilość

 

w niedziele kropidło konfrontowało wyprasowane dresy z zapachem naftaliny

 

a ja widziałem ludzi kuszonych przez diabła

rozciągnął skrzydła od wschodu prawie po zachód przez tę szparę wpadało trochę nadziei

srebrniki kapały jak częstomocz rzucili się zatem do nocników

 

kiedyś będą żałować oddanej duszy bez ekwiwalentu rozkoszy

ludzie których widziałem kuszonych przez diabła

Tramwaj

Jechali ściśnięci krakowskim tramwajem,

Jednemu znienacka odbiło się jajem,

Złowieszcze spojrzenie wśród kilku podróżnych,

Udanej niedzieli na pewno nie wróży.

 

Katolik morderstwo przywołał w pamięci,

Nie ważne, że jaja co roku sam święcił,

Twarz jego najczystszą nienawiść wyraża,

Bo przecież w tramwaju nie mają ołtarza.

 

Sadysta po trochu się cieszy i smuci,

Sam chciałby ciut czadu wypuścić do ludzi

I myśli mrowisko po głowie mu goni,

Że dzisiaj wyprzedził go jakiś anonim.

 

Patolog się zbudził, choć kimnął w przelocie,

Po woni poznając, że jest już w robocie

I aż się przestraszył, gdy podniósł swą szyję,

Nie wierząc, że tylu w około wciąż żyje.

 

Morderca powoli szykował swe dłonie,

Złoczyńcy szukając po całym wagonie,

By podróż mógł nazwać ostatnią podróżą,

Lecz zwątpił, bo światku tu było za dużo.

 

Laleczka też chciała twarz skrzywić z odrazą,

Lecz razem z botoksem  trzymają swój fason

I niechże nie pęknie nadęta jej duma,

Ukryta, jak co dzień w tych samych perfumach.

 

Poeta chciałby to wszystko opisać,

A potem dramatem się chwalić w kulisach,

Lecz problem banalny wystąpił niestety,

W tym czasie w tramwaju nie było poety.

 

Filozof żył sznury napina naprędce,

Chcąc myśli wyhaczyć, jak rybę na wędce

I gotów je schłostać, jak ruską nahajką,

By wiedzieć, czy była wpierw kura, czy jajko.

Epitafium dla Jacka Kaczmarskiego

Jestem tu z wami! – Ja wilk wasz trójłapy,

Zawziętym strzelcom pokazuję swe kły,

Z lasów na łąkę wyciągam ochłapy,

Na żywej ranie pulsuje kropla krwi!

 

Pływałem po mitach na statku Telemacha,

Za ogień wątrobę zżerały mi sępy,

Z Ofreuszem szedłem po strupach i strachach,

Z Ikarem niebiańskie badałem ustępy,

Księgowej Owida piórem pisałem wiersz,

W Pomejach zastygły szczekał na mnie pies.

 

Jestem tu z wami – wilczysko rubaszne,

Szczęki wypchane najszczerszą z moich kpin,

Las był nasz zawsze – teraz łąki nasze!

Lepcie więc wilki wiersze z wolności glin.

 

Warczałem na władców skaczących przez płoty,

Jęczałem dzwonkami na błazeńskiej czapie,

Na Krymie wykpiłem caryckie zaloty,

Premiera głos milczał na śmiełowskim czacie,

W drodze do koryta próbując wspiąć się wzwyż,

A ja ich wszystkich chciałem wysłać na krzyż!

 

Jestem tu z wami! Ofiara gonitwy

Przed nagonką, gdzie kula wyje i strach,

Spragniony grzechu, spragniony modlitwy

Złowieszcze głosy wspominałem w swych snach.

 

Szukałem tu Boga z Bibilią i Rublowem,

Pod Golgotą wino piłem z Barabaszem,

Na Wieży Babel Bóg poplątał mi mowę,

A w Konfesjonale toczyłem bojarze,

Lecz Chrystus z mej ręki nie uniknął chłost,

Dla ciała – karnawał, a dla duszy – post.

 

Jestem tu z wami – wciąż niezakończony,

Lecz wyje czasem jak porzucony pies,

Kiedy wspominam wilczy ród stracony

Przewodników na których nadszedł kres.

 

Na koniu z Wysockim pędziłem przez Piekło,

Okudżawa poszedł przysłużyć się mitom,

Ciało Witkacego na obczyźnie legło,

Ja wszedłem podstępie w sarkofag Cogito,

By pamięć o Mistrzach nie poszła w siwy dym

Najkrwawszy mym sercem skreśliłem dla nich rym!

 

Jestem tu z wami – oglądam pejzaże,

Drzew symbolicznych, alegorycznych łąk,

Które wnet spłoną w ludzkości pożarze,

Zamilkną w krzyku ostatniej stypy mąk.

 

Na Sybir jechałem, z Sybiru wracałem,

Wodę życia mi dała Zatruta Studnia,

Na Goi z balwierzem żyłę otwierałem,

Pognałem orszaki w Samosierry turniach,

Sobaka skakała gdy oficer ją bił,

Synagogi ściany rozsypały się w pył.

 

Jestem tu z wami! Szalone wilczysko,

Wciąż nieuchronnie spragnione skoków w bok,

Nie ufam nadal złowieszczym psim pyskom,

Chociaż chce z nimi szaleć w rozkoszy łąk.

 

Alkohol od zawsze balował z mym piórem,

Rzygając po wódzie, rzygałem więc światem,

Trzeźwiałem powoli, by złapać za skórę

Wstrętną mordę kaca, który był mi katem,

I z jego szafotów wracałem żeby żyć,

Przeklinać i pisać, śpiewać i znowu pić.

 

Jestem tu z wami w historycznym lecie,

Z którego słychać przeszłych pokoleń jęk

A jego echo dreszcz po plecach niesie,

Niosąc przestrogę, klątwę, popiół i lęk.

 

Ja w czasach sarmackich stworzyłem warchoła!

Na sutych obrusach biesiłem docześnie,

Szyszaków, sygnetów  szukałem w stodołach,

Na elekcjach kreskę składałem boleśnie

I na drugą stronę zmieniałem słucki pas,

Wierząc że nadejdzie dla ludzi lepszy czas.

 

Jestem tu z wami – wilczysko kochliwe,

W stronę samiczki wyostrzam wilczy wzrok,

Nie baczę wcale, że ciało leciwe,

W stronę rozkoszy kierujęrówny krok.

 

U Felliniego ja byłem Casanovą,

Następnie księżniczkę swatałem z parobkiem,

Zauroczony Mickiewicza mową,

Z rękawa sypałem erotyki słodkie,

Gdym ujrzał Boginie, jak w świecie niesie wieść,

Podkuliłem ogon i skomlałem jak pies.

 

Jestem tu z wami – miłosierny wilczek,

Mojemu sercu zawsze bliski był brat,

Ostrzegałem was przed myśliwskim obliczem

Kiedy rozrywał na strzępy wilczy świat.

 

Ileż to szafotów musiałem postawić,

By rozum zacisnął pętle na głupocie?

Ileż dusz niewinnych starałem się zbawić?

A ileż skonało w bólu i sromocie?

Iluż pochłonęły: zaraza, trąd i mór

Wszak śpiewałem żeby nareszcie runął mur.

 

Jestem tu z wami! Lecz mrok już nadciąga!

To nie obława, a jeży mi się sierść,

Czuję jak klątwa mnie zżera od środka

I gapi się na mnie z kosą wilcza śmierć.

 

Przekpiłem już wszystko –  łącznie z własną śmiercią!

Zamknąłem swe życie w wierszydłach i pieśniach,

Czekam na kostuchę z bujną pełną piersią,

Wszak moje nie będzie skostniale obleśna,

Całe moje życie obracało się wspak

I po śmierci tego życia poczuję smak!

 

Jestem wciąż z wami! Lecz czemu tak lekko?

Na czas przybyłem… Tu nikt się nie spóźnia…

Wszystko w porządku… Wyśniłem swe Piekło…

Została na dole po mnie ciemna próżnia,

Płaczą gazety, lecz nie ma obawy,

Skończyły się obławy!

 

Szaleni myśliwi stanęli w pół kroku,

Umilkły skowyty posłusznej psiej sfory!

Pociągną saniami po strunie pomroku

Cztery czarne konie, przez lasy i bory.

Bezlitośnie płozy jęczą po kamieniach,

Jak grzechu wyrocznia schowana w sumieniach.

 

To wiersz mój ostatni! To moja przestroga!

Dla tych po pręgierzem i dla tych w purpurach!

Wciąż wyję umarły na drodze do Boga,

Ja śpiewak bezczelny wyrosły na murach.

 

Nie płaczcie więc po mnie wściekłe wilki młode,

Zduszone swym strachem, zaszczute strzelbami,

Przegniłe cierpieniem, obcej krwi wciąż głodne!

Ból z serca wykrzyczcie smutnymi wierszami.

 

Ja będę wciąż z wami! Ja wilk niepokorny,

Brzemieniem kłów śmierci obdarty z szaleństwa

I chociaż bezwładny, docześnie skończony,

Żył będę wciąż z wami w pamięci i pieśniach.

 

12.04.2004

Hamlet w Berlinie 1989

Kuć albo nie kuć? – oto jest pytanie,

Otwierać okna niewybite w ścianie

I drogę z drogą łączyć korytarzem,

Siłą ukrytą w monologu zdarzeń.

 

Matka Hamleta jeszcze w garderobie

Słucha, jak kilof tynk ze ściany skrobie.

Na scenę wchodzą powoli żołdacy,

Nawet próbuje przemawiać Horacy,

Niepewne jutra wibruje podłoże,

Jakby się walił zamek w Elsynorze.

 

Duch ojca lata życiem opętany,

Nie widzi – czuje, jak miękną kajdany,

Tu, gdzie nienawiść, trucizna i zdrada,

Nowe otwarcie dumnie przepowiada.

 

Kuć albo nie kuć? – oto jest pytanie,

Wszak tam i tutaj mordercy i dranie,

Czy Berlin w Danii, czy Dania w Berlinie

Za wór idei i wolność – ktoś zginie.

 

Która śmierć lepsza? – pytają Hamleta,

Na pewno nie tamta, ani też nie ta!

Zachodzi w głowę, walczy z sumieniem;

Zginąć na murach, czy umrzeć na scenie?

 

Ozyrk jedynie wyszedł bez gadania,

Mury Europy na mapie rozganiać,

Patrząc w scenariusz leżący na stole

Reżyser inną rozpisał mu rolę.

 

Fortynbras czeka, Fortynbras się krząta,

Nieświadom ile będzie musiał sprzątać.

 

2019-03-28

Dwa pięćdziesiąt

O moje imię nikt mnie nie pyta wprost,

Nie baczy jaki kolor ma mój włos

I nie przygląda się policzkom.

Choć przed nazwiskiem nie ma mgr

I nie zarabiam w miesiąc czterech zer,

 To tutaj jestem kierowniczką!

 

Kiedy otwieram rano zacny kram,

Klientów różnych zawszę kupę mam,

Starannie każdy pieniądz liczę.

W kolejce wszyscy muszą grzecznie stać

I nikt tu rzucić nie śmie żadną mać,

To przecież dobro jest publiczne.

 

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Tyle warte moje trony,

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Kasa pluje paragony.

 

Wszak u mnie każdy jeden równy jest,

Czy się w garnitur wbija, czy też w dres.

Lub okiem do mnie skrycie mruga.

Zasadę tutaj jedną twardą mam:

Panowie wchodzą do mnie bez swych dam,

Bo tylko dla nich ta usługa.

 

Sam pan minister mym klientem był,

W paniki siodle do mnie gnał co sił,

Bym go obsłużyć mogła godnie.

I nie zrozumie cały durny świat

Tradycji, którą mamy tu od lat,

Że chłop rozpina u mnie spodnie.

 

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Tyle warte moje trony,

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Kasa pluje paragony.

 

Każdy potrzeby swoje różne ma,

Na posterunku zatem ciągle trwam,

By mogli upust dać ciśnieniu.

Niejeden jurny już dziękował mi,

Że przed nim szybko swe otwarłam drzwi,

Nie mogąc uciec przeznaczeniu.

 

Ten mój biznesik jakoś kręci się,

Matka natura wciąż klientów śle

I tylko czasem mydło kradną!

Lecz nagle skandal straszny – mówię wam!

Na Facebuku wrzucił jakiś cham,

Że tam w Galerii dają darmo!

 

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Tyle warte moje trony,

Dwa pięćdziesiąt, dwa pięćdziesiąt,

Kasa pluje paragony.

 

2019-03-27

Bal w Operze (XXI w.)

Znów w Operze zabalują,
Nim na polu zacznie świtać,
Dać zarobić trzeba zbójom,
Wiek dwudziesty pierwszy wita!

Dziewki z majtek skrobią futro,
Chętnie pędzą między ludzi,
Żadna nie wie gdzie się jutro
Ani nawet z kim obudzi.

500+ ma swoje prawa,
Nie trza bimbru wnosić skrycie,
Ale kiwnąć na barmana,
Aby nalał do szkła picie.

Cóż, że wódki krople kapnie,
Drugą musi zaoszczędzić,
Grunt, że drink wygląda ładnie
I elyta nie chce zrzędzić,

Tajniak stoi pod filarem,
Drapie się pod lewym jajem,
To od wieku taka ściema,
W tej materii zmiany nie ma.

Scena czeka na artystę,
On się spóźnia – ale jazda,
Czeka poseł i minister,
Pewnie przyjdzie wielka gwiazda.

Chłopcy stoją podjarani,
Obserwują białogłowe,
Myśląc o tym, która pani
Pójdzie z nimi w ciemną stronę.

Wysnuć można wniosek jeden:
W mieście krawców dobrych nie ma,
Bo gdzie wzrokiem swym nie sięgniesz,
Z bluzek cycek się wylewa.

Lecz nie tylko biedne cyce,
Nędza sklepy żre pomału,
By dokończyć szyć spódnicę
Brakło krawcom materiału.

Wybór spódnic bardzo wąski
I cóż zrobić mają laski?
Na wierzch wyszły im podwiązki,
Dobrze, choć że nie podpaski.

Wreszcie gwiazda rozświetliła
Reflektory ponad sceną,
Już w mikrofon mordę wbija
I zachwyca swoją weną.

Playback jeszcze daje radę,
Większość dawno się nabrała,
Gwiazdor ręką pięści zadek,
Nie! To jego durna pała.

Naród teraz ma ambicje,
W sali słychać disco polo,
Nikt nie dzwoni po policję,
Chociaż ludziom słuch partolą.

Zbrodnia tutaj niesłychana,
Choć w paragraf nie wskakuje,
To słuchając tego pana,
Człowiek rozum swój morduje.

Nagle Józek powstał z martwych,
(Wcześniej rzygnął ze dwa razy)
Trochę przez to menu z karty
Wibrowały mu obrazy.

Teraz jednak trzeźwo stanął,
Patrząc na półnagie panie,
Lecz gdy dźwięk trząsł jego pałą,
Myślał – dzisiaj mi nie stanie.

Choć na scenie wyższa sztuka
Naród zmusza do kochania,
To nie każdy dziś postuka,
Tylko ten, kto nie ma zdania.

2019-03-03

Czy to miasto potrzebuje poety?

kroki na szarych nogawkach
wzrok wbity w kolorowe rękawy
trochę betonowo-szklanych guzików

żywe komórki zostały zaprogramowane
praca-sklep-dom

dzieci składają linie papilarne
na kolorowym ołtarzu

galerie kuszą obrazami
główny temat wystaw:
obniżka 50%

biblioteki hurtowo podają się do dymisji
wydział kartografii ma dużo roboty

w domach kultury
grają kasy fiskalne w rytmie disco polo
i wreszcie wódka przepisowo skonfigurowana
ostatni przystanek przed kopulacją

bezkarni mordercy języka polskiego
uskuteczniają zbrodnie w smsach
i piśmie Thotha
kwitnie handel na rynku mikronoelogizmów

pomimo wszystko śmiertelność niska

zatem gdzie w tym mieście szukać poety?

może między chińskim misiem
a tureckim kebabem

miejsce zaszczytne
jak wyrok skazujący na banicję

2018-12-26

Popiór

Epitafium dla Zbigniewa Łapińskiego

Wielu poetów chciało dla siebie
Kusztyk natchnienia skraść od Bogini,
Lecz On z nich wszystkich umiał najlepiej
Wiersze układać na pięciolinii.

Tam zapisywał los ludzi słabych,
Niosących ciężar ziemskiej pokuty,
Z ciał ich wyciągał nagie sylaby,
Aby je ubrać z powrotem w nuty.

Kiedyś się znowu otworzy skrzydło,
Jak szukająca sensu powieka,
Kość w strunę walnie, by można było
Na nowo w sobie odkryć człowieka.

A my będziemy słuchać latami,
Patrząc przed siebie na dróg rozstaju,
Czy te wypchane statki nutami
Płyną z Muzeum czy może z Raju?

2018-08-28

Gwiezdne Wojny

Gwiezdne Wojny
wg George’a Lucasa

Niebo równo rozświetlane
Mknące statki obserwuje,
Galaktyce lepszą zmianę
Imperator proponuje;
Ład, porządek w jednej ręce
Trzymającej gwiezdne lejce.

Drży rebelia pochowana
Po lepiankach i systemach,
Już ich przecież nie ochrania
Wyniszczony Zakon Jedi,
Tak nastały czasy mroczne,
Które mają swą wyrocznie.

Gwiazda Śmierci rośnie w siłę
Jakiej dotąd nikt nie widział,
Jej wrogowie już za chwilę
Otrzymają pierwszy przydział,
W jednej chwili ciał ochłapy
I planeta znikną z mapy.

Kenobiego siwe skronie
Czują mocy zaburzenie,
Czy znów rękę pchnie do broni
I odeprze zagrożenie?
I czy ktoś po tylu latach
Zechce słuchać znów wariata?

W R2D2 chowa Leja
Tajne plany Gwiazdy Śmierci,
Nowa rodzi się nadzieja,
Co w reaktor pocisk wkręci,
Jednak wcześniej musi wolą
Jej przysłużyć się Han Solo.

Siła kryje w sobie władzę,
Ciemna strona mocy kusi
I Lord Vader tkwi w niej, zatem
Szefa racji bronić musi.
Może im się nawet uda,
Razem idą więc po trupach.

Stary człowiek priorytety
Złoży wkrótce na dwie szale,
Z jednej – to co nie ma ceny
Z drugiej – długi ojczyźniane.
I raz niech się nie zawaha,
Jakby miał przez płoty skakać.

Czas odpalać już maszyny,
Wrogom patrzeć prosto w oczy,
Lecz czy słowa wcielą w czyny?
Czy zdołają się zjednoczyć?
Czy Skawalker celnie strzeli
I zło zginie wśród płomieni?
Czy Skawalker celnie strzeli…

2017-01-14