15. Ilu z nas… (Obserwatorzy 2)

 

Ilu z nas rękę wsadzi do wrzątku,

By gładką skórą świata nie głaskać,

Przecież w najlepszym nie jest porządku,

Że nawet kości kryjemy w maskach.

 

Iluż potrafi zedrzeć paznokcie,

Jak swoją starą koszulę z brata,

Jednych i drugich marnują krocie,

Przecież nikt nie chce, jak lwica drapać.

 

Ilu swe zęby wyrwie ze szczęki,

Dziąsła nieszczelne zostawi w ranach,

Po cóż nam w gębie szczegół niewielki,

Skoro nie chcemy ręki gryźć pana.

 

Ilu z nas język zetnie, jak trawę,

Przebitą wcześniej kosą kolczyków,

By się nie plątał jak źdźbło niemrawe,

Bo i tak nigdy nie wyda krzyku!

 

Ilu z nas nogi urwie w kolanach,

Choć zdrowe jeszcze są do cholery!

Lecz nie płacz po nich matko kochana,

Bo nigdy nie szły drogą kariery.

 

Jak psy zaszczute żyjemy w budach,

Kiedy pan idzie – tulimy ogon,

Czasem nam nawet szczeknąć się uda

I trochę szkoda, że dugą stroną.

 

Patrzymy w miskę, jak w oczy Boga,

W niej przecież życie i zmartwychwstanie,

A w duszach naszych tli się pożoga,

Jak tu wyszczekać najszczersze zdanie.

 

Kiedy nam zdjęli ciasne obroże,

Nikt z nas nie wiedział co z sobą zrobić,

Tak, więc stoimy w znajomych pozach,

Za które chyba nas lubią oni.

 

I tylko jedno ten nasz zwierzyniec

Pozwala uszyć miarą człowieka,

Który z lenistwa na świece słynie,

Za to na wszystko lubi narzekać.

 

2012-06-02

14. Zwierzyniec

 

kogut pieje jak cholera

folwark się do życia zbiera

 

uzda szkapę za pysk ściska

chłopy pędzą do mrowiska

 

bat się dorwał już do skóry

wysiadują jaja kury

 

by wśród bydła żyć godziwie

GOPS odwiedził już leniwiec

 

świnia pięknie w oczach tyje

gdy państwowe żre pomyje

 

a kukułka kryzys czuje

dzieci już nie wykukuje

 

ślimak spieszyć się nie może

pewnie żyje wciąż w zaborze

 

rak do tyłu odwłok wlecze

chyba wszedł już w średniowiecze

 

pająk w środkach nie przebiera

elektorat w sieci zbiera

 

muszy los jest nader marny

muszą zżerać kawior czarny

 

żeby poznać życie pieskie

słucha naród osłów z Wiejskiej

 

baran zamiast zjadać trawę

z łąki płoną tka ustawę

 

tylko człowiek w nocy kwili

kto zakazał zoofilii?

 

2012-10-18

13. Szpara

wg Tygodnika Podhalańskiego

 

Cóż to za szpara tak się uśmiecha

I bardzo kusi, by do niej wjechać?

 

Czy ona może zachwycić pana,

Gdy już tak bardzo jest rozjechana?

 

Czy też omami tą dziwną panią,

By się zabrała bezwstydnie za nią?

 

A może będzie chciała trzech na raz

By w nią chłopaki wdepnęli zaraz?

 

Albo powoli i tak namiętnie,

Narcyza uśmiech w niej nagle zmięknie?

 

Cóż to za szpara – jeszcze nie wiecie?

Wszak to największa… w naszym powiecie

 

Zazwyczaj mokra i obnażona

Kierowców prosi w swoje ramiona,

 

Mimo, że lekkie ma obyczaje

Chętnie na kredyt klientom daje,

 

Najbardziej lubią ją mechanicy,

Jak napędowe koło mennicy,

 

Wulkanizator, także ją święci,

Bo bez gumy nie wchodzą klienci,

 

Komu zawróci bezczelnie w głowie,

Chrzci ją w najbardziej powszechnym słowie,

 

Przypadki takie są bardzo liczne,

Ona to dobro i zło publiczne,

Czasem się patrzy jakiś znad wąsa,

Czy gdzieś nie widać pana Alfonsa?

 

Alfons przyjedzie najwcześniej w maju,

Tak to już bywa w tym pięknym kraju,

Zadowolony pokaże palcem,

Gdzie wylać asfalt i zrównać walcem!

 

Alternatywnych wyjść jest też parę,

Można na przykład zarybić szparę…

 

12. Oddajmy

Lekką fantazję oddajmy pisarzom,

Poetom – rymy, sonety i myśli,

Niech wniebowzięci w Parnasie wymarzą

Miłość piękniejszą od tej, która się wyśni.

 

Widmo rozpaczy oddajmy biedakom,

Studnie w ogrodzie, mieszkanie na strychu,

ZUSem postraszmy, kiedy przyjdzie lato,

By nie umarli przypadkiem w przepychu.

 

A emerytom oddajmy włos siwy,

Niech małolaty uznają w nich dziadków,

Dorzućmy potem na czole łysiny,

By łatwiej było im schodzić do kwiatków.

 

Młodym oddajmy nieprzespane noce

I wolną miłość na burcie szaleństwa,

Przed tym, jak Amor skieruje w nich procę,

Pocisk wypali na miarę małżeństwa.

 

Bogu oddajmy ołtarze i krzyże,

W Wielką Niedzielę ubrania dostojne

I gdy klęczymy przed Jego obliczem,

Wbrew możnowładcom nie idźmy na wojnę.

 

Władzę oddajmy krzyczącym idiotom,

Psom, które nigdy nie przestają szczekać,

Wszak politycy są nam tylko po to,

Abyśmy mieli na kogo narzekać.

 

Chorym oddajmy kolejki w przychodni,

Na dalsze życie odbierzmy nadzieję,

Niechże się cieszą, że odejdą głodni,

A NFZ się przez nich nie zachwieje.

 

Matkom żołnierzy oddajmy ich trupy,

Które wraz z życiem złożyli na szali,

Bo zamiast w domu kluski łowić z zupy,

W dżungli do mięsa ludzkiego strzelali.

 

Ojcom uczennic oddajmy wnuczęta,

By mieli w domu kwilące zabawki,

Niech się nie łudzą, że córka pamięta,

Kto śmiał nie zrobić dla dziecka wyprawki.

 

Durniom oddajmy głupotę i podziw,

By mogli sobie wybierać do woli,

Podziw im może bezwzględnie zaszkodzić,

Za to głupota, jak wiemy – nie boli.

 

Zdrowym na ciele oddajmy zasiłek,

Bo tylko oni go mogą wywalczyć,

Chorzy zaś – będą pracować na siłę,

Póki im życia do pracy wystarczy.

 

Co nam zostanie, gdy tyle oddamy?

Mogą nas teraz spytać przyjaciele,

Nieprecyzyjnie, lecz odpowiadamy:

Na pewno niewiele…

 

2014-02-17

11 Zaborcy

Po co nam wolność – do jasnej cholery,

Kiedy jak ludzie w niej żyć nie umiemy?

Gdy więzień brakło w sybirskiej otchłani

We własnym trudzie więzimy się sami

I nikt o kosy nie musi się starać,

Gdy krwi nie trzeba przelewać za cara,

Lecz Polak nigdy się w tryumfie nie pławił,

Zawsze niedosyt mu los pozostawił!

 

Historia na nowo się lubi powtarzać,

Jak drzewiej przez wieki podaje na tacy

Podobne niedole, przy innych cesarzach,

Przy których najbardziej wciąż cierpią Polacy.

 

W płuca wolności, jak sepy wessani,

Nawet zaborców wybraliśmy sami,

By mogli Polskę podzielić wśród siebie

Demokratycznie w protestów ulewie,

Po mapach kreślić nie potrzeba granic,

We własnym sosie będziemy się ranić,

Bo nic nie czyni większego wesela,

Niż Polak, który do Polaka strzela!

 

Historia na nowo się lubi powtarzać,

Jak drzewiej przez wieki podaje na tacy

Podobne niedole, przy innych cesarzach,

Przy których najbardziej wciąż cierpią Polacy.

 

Zaborcy dzielą, jak nauk królowa,

Mieczem ich PR – tarczą wielkie słowa,

Krzyż oczywiście w katedrze nie tęskni,

Tym razem modzie toruńsko-smoleński,

Dla nas Polaków to już nie pierwszyzna,

Że na kolana upada Ojczyzna,

Lecz nasze głowy rozsadza pytanie:

Przeciwko komu szykować powstanie?

 

Historia na nowo się lubi powtarzać,

Jak drzewiej przez wieki podaje na tacy

Podobne niedole, przy innych cesarzach,

Przy których najbardziej wciąż cierpią Polacy.

 

Pytania chodzą w dzień i w nocy wszędy,

Kto odpowiada za te wszystkie błędy,

Kto zajmie pomnik, a kto z niego spadnie,

By solidarnie z Ojczyzną być na dnie?

Kiedy odcisną wyzwolenia piętno,

By ustanowić narodowe święto?

Na koniec prawda, choć gorzka – kochani,

Naszych zaborców stworzyliśmy sami…

 

Historia na nowo się lubi powtarzać,

Jak drzewiej przez wieki podaje na tacy

Podobne niedole, przy innych cesarzach,

Przy których najbardziej wciąż cierpią Polacy.

 

2013-11-18

10. Ile są warte…

Ile są warte nasze patyki,

(Smutne, jak bosi święci z ołtarzy)

Na które jeszcze przed chrztem nabili

Niepewną kulę z fragmentem twarzy?

 

Stolnica ładnie mąką pokryta,

Jak śniegiem, który zasłania brudy,

Co jest pod spodem lepiej nie pytać,

Niechże się o to już martwią drudzy.

 

Na razie ciasto trzeba wyrabiać,

Bezwzględną dłonią wypieści czule,

Aby nie chciało w piecu rozrabiać,

Gdy drożdże zaczną kształtować kulę.

 

Po lewej drzewiej stał dąb i miasto,

A w nim pies szczekał strzegąc dziedziny,

Aż bunt człowieczy, jak piorun trzasnął,

Zostały zgliszcza, trąd i ruiny.

 

Po prawej rośnie sosna niezgody,

Z lasu wychodzą duchy, potwory,

Stawiać próbują drewniane grody,

Dokładnie według planu Pandory.

 

Słabi bogowie, mali bogowie

Przejęli władzę nad wielkim światem,

Szumią bezczelnie, jak wódka w głowie

I rwą z pijących na poły szatę.

 

Słabszy słabemu umrzeć pomoże,

Choćby miał brata rzucić weń czaszkę,

Przecież dokładnie oni wiedzą, że

Najtrudniej słabym ponieść porażkę!

 

Zejdźmy na chwilę do nas na ziemię,

Gdzie człowiek znów człowieka rani,

Bo nie zrozumiał jeszcze, że przecież

Bogowie mogą wyrżnąć się sami.

 

2012-11-19

09. Średniowieczny rynek

To było dawno, nawet nie wiem gdzie,

Brzask pełznął wolno, jak wilgotny gad,

Słońce za chmurą buntowało się

A kur do życia budził śnięty świat.

 

Na miejskim rynku zamieciono mrok,

I dostrzec można chciwych źrenic blask,

Buty prowadził pewny, raźny krok,

Wszak handel zacząć już najwyższy czas.

 

Bezwzględny spokój swój zobaczył grób,

Więc na rogatki w strachu gnał co sił,

Rynek znienacka zalał miejski lud,

Jakbyś w mrowisko gruby wtłoczył kij.

 

Baby, jak stare gacie w pył się drą,

Żeby usłyszeć mógł je cały kraj,

Lecz przecież one tylko tutaj chcą

Ludziom odsprzedać jak najwięcej jaj.

 

Obok rozterek w gębie mocnej płci

Wątłym parobkiem miota szary sznur

I jego koniec w żywe oczy kpi,

Wszakże tym końcem jest różowy knur.

 

Jak to przystało na XV wiek,

Zabawa w kupców i handlarzy trwa,

Z trzosów wychodzi dobrze znany dźwięk,

Na strunach zysku pierwsze skrzypce gra.

 

Baby się cieszą, poprawiają włos,

Z wrażenia wzdęty, jak na wietrze bór,

Po raz dwudziesty liczą z monet stos,

Które dostały za najmniejszą z kur.

 

Nagle zagrzmiało – pojawił się koń,

Wóz pełen fantów jedzie za nim w trop,

Na lejcach pewnie zaciśnięta dłoń,

Z tą twardą garścią – zespolony chłop.

 

Pozwolił sobie szybko wjechać tam,

Gdzie nigdy dotrzeć nie chciał nawet Bóg,

Babie przewrócił jej koślawy kram

A osiołkowi złamał jedną z nóg.

 

Na cały rynek z płuc wydobył krzyk,

Nie bacząc wcale, że jest pośród wron,

Lecz tej reklamie nie oparł się nikt

I cały towar sprzedał tylko on!

 

Baby płakały, tak jak jeden mąż,

Ze smutkiem patrząc na swój pełny kram,

Myślały – geniusz, czy to może wąż

Zdołał ludziskom, wcisnąć taki chłam?!

 

A jeden z mędrców zakrzyknął „O rety!

Patrzcie się ludzie! On stworzył marketing!”

 

2012-04-04

08. Kuchenne rewolucje

Kiedy próg knajpy wesoło przekroczy
I na wokandzie usiądzie za stołem,
Widać jak ogień patroszy jej oczy
I lokowanie produktu nad czołem.

Ta mała przed nią się trzęsie, jak kura,
Którą patroszą przed sauną w rosole,
Z nerwów kończyną w pantofelku szura
I myśli krótko: ja… już umrzeć wolę.

Gdy się zachwyci wszystkim co dostanie,
(Tak jak zachwyca się dziecko grysikiem),
Głodna od stołu niewątpliwie wstanie
I pójdzie zasiać na kuchni panikę.

A tam kucharze fiksują wzorowo:
Jeden marchewkę posiekał z palcami,
Drugi podpalił ze strachu szefową,
Trzeci do kota celuje sztućcami,

Mrożonki same pędzą do śmietnika,
Indyk w lodówce zrobił się ciut blady,
Najmłodszy kucharz zlew z nerwów przetyka,
Specsłużby niosą kosze na odpady.

Gdy już wyrzucą trzy czwarte z zaplecza,
Trenując przy tym najdziwniejszą minę,
Pora powrócić do tarczy i miecza,
Czyli nierówny zacząć pojedynek;

Ta pani nawet nie siedzi na smoku
I tajnych zaklęć z góry nie przemyca,
Nikt nie próbuje dorównać jej kroku,
Wszak wszyscy wiedzą, że ona – smoczyca!

Małe chucherko (właściciel lokalu)
Teraz topiony w łyżce własnej zupy,
Wnioski próbuje wysnuwać pomału,
Znaczy pojmuje, że wszystko do dupy!

Będzie rewolucja! Będzie rewolucja!
Mości dobrodzieju nie oszczędzaj kasy!
Będzie rewolucja! Będzie rewolucja!
Dla tej restauracji idą lepsze czasy!

Zagrzmiało w kuchni, jak na poligonie!
Wszystko tak świeże, że jeszcze się rusza,
Lis się potyka na własnym ogonie,
Futro zdejmuje i pędzi na ruszta!

Pośpiech oblicze bezczelne odsłania,
Bacząc, że wszystko być musi gotowe,
W szybkę od pieca puka wściekła łania;
Że zapomnieli odrąbać jej głowę!

Wreszcie przybyli wygłodniali gości
I po darmowe wyciągają ręce
(Niby topielcy do ludzi na moście)
Sami zatopić chcą zęby w wyżerce!

Zeżrą, wypiją – czym chata bogata,
Do torby resztki wsadzą po kryjomu,
Powiedzą, że dobre – bo tak wypada
I się nieczule rozejdą do domów.

Potem przeminie sześć chudych tygodni,
Aż pewna pani przełamie złą ciszę…
Wstrzymają oddech – słów wyroku głodni,
Czy też pod nimi się pani podpiszę?

A co wynikło z tej wojny talerzy?
Bardzo niewiele – mówiąc między nami.
Ale bezwzględnie powiedzieć należy:
Kucharki stały się celebrytkami…

2011-11-13

07. Kredyt

Ten śmieszny błazen w szarym garniturze
Na życie ludziom daje zapomogi,
Władzę ma prawie, jak ten gość w purpurze,
Choć głupi przecież, jak but z lewej nogi.

Wyszczerza zęby myte wybielaczem,
Gębą pracuje, by nie brudzić racic
I po kryjomu zaciska zwieracze,
Żeby z radości nie upaprać gaci!

Nim bladą szyję otuli szalem,
Całymi dniami szacuje skutki,
Liczy procenty, liczy wytrwale
I nie ma czasu – napić się wódki!

Ta młoda para idzie do błazenka,
Persony w naszych czasach znowu władczej,
Ona dwie grube teczki dźwiga w rękach,
On ma w rezerwie walizkę zaświadczeń.

Błazen podliczy cyfry i pieczątki,
Popatrzy w sufit, popatrzy w podłogę,
Popatrzy z góry, jak hetman na pionki,
I wreszcie młodym wyda zapomogę.

Gdy przyjdzie finał tego błazeństwa,
W sensie podstawa rodzinnej zrzutki,
Oni w ekstazie wielkiego szczęścia
Zapomną nawet napić się wódki.

Te cztery ściany – poniekąd ich własne
Codziennie czoło roszą zimnym potem,
By w ich rozumach zrobiło się jasne,
Że muszą teraz szanować robotę!

Zatem przed szefem potulni jak dziecko,
Udają głupszych, niż bracia goryle
I przy tym dają codziennie świadectwo
Na cud istnienia perpetum mobile!

Trwają, bo życiem nazwać nie można
Tej wątłych mięśni i nerwów grupki,
Której wieczorem tak zwana bieda
Już nie pozwala napić się wódki!

Przyszła tragedia, jak oddech teściowej,
Wieszcząc wszem-wobec nieszczęścia sto krocie
I do poduszki im bajkę opowie,
Jak się wspomaga w Polsce bezrobocie.

Błazen też musiał po martwym sezonie
Swój śmieszny kostium na haku zostawić,
A małpy potem mówiły w swym gronie,
Że właściciela nie zdołał rozbawić

To już jest koniec bajki – niestety.
Choć bajka długa – to morał krótki,
Ci którzy dają lub biorą kredyt
Nie mają za co napić się wódki.

2012-03-15

06. Absolwent

Czemu życie tak przeklęte

Gdy zostałem absolwentem

I już w garści ściskam upragniony dyplom.

Te cholerne egzaminy,

Dać mi miały perspektywy,

No to dały – tylko sztuczne, jak in vitro!

 

Studia tworzą podwaliny,

Jednakże nie z tej dziedziny,

Z której poświęceniem słuchałem wykładów.

Wszak nie mówił żaden doktor,

Że po studiach przyjdzie horror

I magister chudnie, gdy nie ma układów.

 

Lecz ja jednak nie narzekam,

Po tych wszystkich krwawych mękach,

Które mi w prezencie dała akademia,

Umiem przeżyć ze dwie doby

Za 5 całych polskich złotych,

Wszak co nie ucieka – dobre do zjedzenia.

 

Fajka, kawa do południa,

Potem z ryżu chińskie cuda

Do przeżycia wiele więcej nie potrzeba…

W weekend zupkę zjem u ciotki,

Po niej rozdam dwie ulotki

I zarobię kasę na kieliszek chleba.

 

2012-03-16