12. Postarzała się wiosna…

Postarzała się wiosna,
Z łatwych pytań wyrosła,
Bohomaz mordy schowała w korycie.
Już się krzywi i marszczy
I z grymasem na paszczy
Nogi wyciąga w pogoni za życiem.

Wściekłość grzęźnie jej w gardle
Zniża czoło zadarte,
Kohorty nerwów wycofuje z boju.
Zmienia przekleństw grymasy
Na wyblakłe wyrazy
I prosi, prosi o chwilę spokoju.

Jadło gryzie powoli,
Wszak niejeden ząb boli,
Choć wczoraj jeszcze kąsał bez wysiłku.
A dziś to rodzaj dzieła,
Lecz ona już pojęła,
Że szczęk grzebienie służą do posiłków.

Oglądając ołtarze,
Szanuje świętych twarze,
W pokory sadło obrasta pomału.
Na rowerze sumienia
Jedzie drogą zdziwienia
Z tobołem grzechu – do konfesjonału.

Brnąc na życia paradę,
Szyję ściska krawatem
I protestuje przeciwko przeciwku!
W pędzie pędu pędzi
Pędząc nadzieję rzęzi,
By w zdaniu życia usiąść na przecinku.

Myśl samobójczą w głowie
Zdominowało zdrowie
I wizja jutra – świetlana jak troski.
Tam gdzie rosła frywolność,
Toast wznosząc za wolność,
Teraz ogromem kwitną obowiązki.

Zestarzała się wiosna,
Jak kartoteka posła
I żaden sąd nie zmieni wyroku.
Nikt także nie pomoże
Vetować dzieło Boże,
Które jej każe przyspieszać kroku.

My idziemy z nią w parze,
Jak dzieciaki na plażę
Trzymając mądrość naszych rodzicieli.
Lecz z tych dzieciaków tylko
Nam zostało nazwisko
I trochę życia, któreśmy widzieli.

Kogóż dzisiaj obchodzi,
To, że byliśmy młodzi
I życie wiedli od zmierzchu do rana!
Przyszłość była daleka,
Bo nam czas nie uciekał
I rozsadzała energia, jak granat!

Teraz straszy nas lustro,
Jak zaklątwione bóstwo,
Cholerna prawda – plakacik na ścianie!
Odbiornik brzydkich gestów
Nie przyjmuje protestu
Co dzień na gorsze zmienia o nas zdanie.

Płaski antagonista
Włos z czaszki nam wyciska,
Dumy, bo przecież oprawiony w ramy.
Leżąc na brzytwie losu
Cieszmy się z siwych włosów,
Bo to oznacza, że jeszcze je mamy!!!

11. Pan Ikar

Ikar:
Szczyt góry został za plecami gdzieś
Ja jednak żyję chociaż gruntu brak!
Jak laureat dumnie prężę pierś
I śpiewać mogę, że bratem mi ptak.

Tłum:
Patrzcie się ludzie: to anioł czy cud?
Hejże kowalu podnieś w górę wzrok,
Próżny się staje w młocie twym trud,
By lecieć podków nie przypniesz do rąk.

Ikar:
Z każdą sekundą zrzucam z serca strach,
Niech ci się boją, co głaszczą swój los,
Mnie tu nie sięgnie ni pręgierz ni bat
I będę żył gdy podpalą mój stos!

Dedal:
Synu! Kpić z życia nie możesz jak bies,
Człowiecze serce pompuje twą krew,
Na śmierci kosę nie szczekaj jak pies,
Ręką rozsądku trzymaj za swój ster.

Ikar:
Nie będziesz ojcze na skrzydłach mych grał
W dole twe miejsce pośród starych pryk
Tu jestem wolny, bez przekleństw i swar,
Nie będzie wodził za rękę mnie nikt!

Tłum:
Patrzcie do słońca uleciał jak ćma
W wolności świetle się spali na pył,
Stolarzu szykuj na trumnę już drwa!
Na powrót tutaj nie starczy mu sił.

Ikar:
Patrzcie się głupcy bo leci wasz król!
Gnijcie kolana i bijcie się w pierś,
Czas już najwyższy na zamianę ról,
Poeci hymny piszcie na mą cześć!

Dedal:
Zawracaj synu, powiedz sobie dość!
Do paszczy śmierci w skrzydła swoje dmiesz,
Synu wosk kapie! Synu Boga proś!
Synu mój synu! Nie słyszysz już mnie!

Ikar:
Co się stało? Czemu spadam w dół?
Choć lecę jeszcze na zboczu mych dni
Wiem że roztrzaskam się zaraz na pół.
Ojcze! Mój ojcze! Ojcze wybacz mi…

10. Za…

Za nasze życie oddaliśmy młodość,
Za śrut szaleństwa dostaliśmy spokój,
Za cud narodzin – żegnaliśmy kogoś,
Kto odszedł od nas cicho po kryjomu.

Za złoty krążek straciliśmy wolność,
Za rajd po knajpach wystarcza kieliszek,
Na walc wiedeński zmieniło się pogo,
Jabłkowe wino już nie jest prestiżem.

Musimy kroić ten tor weselny,
Jak egzystencji własne oblicze,
By świece na nim dłużej płonęły,
Niż olejowe nagrobne znicze.

09. Tort urodzinowy

Kiedy przyniosą tort urodzinowy,
Nie próbuj liczyć, ile świeczek wbili,
Napij się wódki, podziękuj żeś zdrowy
I nie myśl o tych, którzy nie dożyli.

Nie dmuchaj! Udaj, że astma, gruźlica…
Wszak jedna świeca – to jedno marzenie,
Które chcesz zgasić, jak jaskrę w źrenicach,
Gasząc tym samym szansę na spełnienie!

Noże, łopatki schowaj pod obrusem,
By od twych marzeń trzymały się z dala,
Niech wosku krople kształtują ich dusze
I wieczny ogień słabości wypala.

Wbrew wszystkim gościom wsadź ręce do tortu,
Niech szok piorunem zatrzęsie ścianami,
Chociaż kultura nie pierwszego sortu,
To czerp słodkości pełnymi garściami…

Wosk, ogień, słodycz wymieszaj, jak życie,
Nie waż, że przez to zbulwersujesz wielu,
Pamiętaj, że kto żyje pospolicie,
Ten kurhan stawia w pół drogi do celu!

08. Zimno

Jest noc grudniowa, minus dwadzieścia,
Życie zamarło już na przedmieściach,
W łóżeczkach stópki zakryły dzieci.
Dym ciemiężony leci z komina,
Jesion do ziemi konar nagina,
Na niebie milion jeden gwiazd świeci.

Popatrz – idę, na wskroś zmarznięty,
Jak złodziej – ukradł mróz sentymenty,
Sopli fujarki przyczepił do brody.
Pod butem kroki kwiczą, jak świnie,
Wiedząc, że zaraz któraś z nich zginie,
Jakby już czuły szpic elektrody.

Ten szpic się przebił łatwo przez spodnie
I w drętwe ciało wchodzi swobodnie,
Jak chirurgiczna brzytwa lancetu.
Przed tym lodowcem wiotczeją kości,
Jak przed proboszczem ludziska prości,
Nie mając żadnej drogi odwetu.

Popatrz – ja idę ciągle przed siebie,
Gwiazda za gwiazdą spada na niebie,
Moja wciąż świeci – choć marznie – franca
Druty chcą rdzewieć pod rękawiczką,
Paznokcie sine, jak przytrzaśnięte drzwiczką
Leżą, jak trumny na drętwych palcach.

Pod piersią miechy tłoczą zmęczone
Ciężkich oddechów własną obronę
W potrzebie chwili wgraną naprędce.
By nie pożegnać się właśnie z duszą
Żył korowody zrozumieć muszą,
Dlaczego konie gna teraz serce.

Popatrz! Śmierć obok idzie zmarznięta,
Wszak dzisiaj duży wybór w klientach,
Lecz ona sama siebie się lęka!
Bo gdzież naprzeciw śmiertelnym mrozom
Nago zapuszczać się z nagą kosą,
Złowieszczą niby teściowej szczęka!

Śmiertelną ciszę kroi psie wycie,
Jak epitafium na własne życie,
Podtrzymywane końcem łańcucha.
Z nieba znów lecą śniegowe grudy,
A między nimi prosto do budy
Bez właściciela gna psia kostucha.

Popatrz – ja idę zimny jak ścierwo,
Pchany do przodu życiową werwą
I chęcią, żeby cię znów zobaczyć.
A Ty się patrzysz – przyznaję – ale
W telewizorze na dziwne seriale
Dla prymitywnych chleba zjadaczy.

I pewnie by mi duszę kostucha
Pod mymi drzwiami wyssała z ucha,
Śląc priorytetem, gdzie ogień huczy!
Gdybym popełnił grzech zaniedbania
I nie spakował obok śniadania
Do domu kluczy.

07. W sobotę odejdzie jeden z nas

szkoda cholera
dobry chłop był

ale zdradził nas
brzdąców z piaskownicy
kolegów ze szkolnej ławki
strażników piany
kamienne posągi twarzy przy brydżu

na nasze NIE
odpowie TAK
wiec musi odejść!!!

już mu nie pomogą
strzykawki antybiotyki chemioterapia lewatywa

a na amputację serca
nie wyraził zgody

tak więc w sobotę
się ożeni

2006-02-04

06. Życie, życie jest…

Piwo piją, jak herbatę,
Pala tanie papierosy,
W marynarce noszą łatę,
Zadzierają w górę nosy.

Debatują godzinami,
Filozofów mówiąc głosem,
Choć handlują mądrościami,
To nie śmierdzą raczej groszem.

Tak to artyści, artyści, artyści,
Ci nieodkryci, a już zapomnieni,
Do dnia przed śmiercią pełni nienawiści,
Od dnia narodzin przez życie natchnieni.

Na świat patrzą po trzeźwemu,
Mają dwójkę własnych dzieci,
Mało grzechów na sumieniu,
Nie obchodzą ich poeci.

Pchają wózek po Biedronce,
PIN wklepują w bankomacie,
Od lat żyją z jednym słońcem,
W harmonijnym, świętym ładzie.

Tak to normalni, normalni, normalni,
Ci którzy łapią za mordę karierę,
O pełne konta walcząc godzinami,
Jak stare babcie o ławkę w kościele.

Jedni drugich nie pojmują,
Drudzy jednych nie szanują,
Błędne koło też na głowie
Stojąc racji nie podpowie.

Jak ich połączyć? – trzeba debat długich,
Więc lepiej oddać bezstronnym narrację:
Za antychrystów i jednych i drugich
Uznają szybko, bez wahania babcie.

05. O Kowalskim

Weźmy pierwszego z brzegu pana Kowalskiego,
Normalny człowiek, poza brzuchem – nic wielkiego:
Dwie ręce – tyle samo tych kończyn na dole,
Głowa – odgrywająca drugorzędną rolę,
Żołądek i wątroba zużyte książkowo,
Do tego parę włosów rozwianych nad głową.

Życiorys pożyczony, jak podrzędny trunek
Dzielnie zaadoptował na własny rachunek;
Dyplom, praca i pierwsza żona – bez rozwodu
Do tego dom rodzinny, w nim dwójka bachorów,
Żyje bardzo spokojnie, kłopotów unika,
Nie boi się proboszcza, ani komornika.

I chociaż czasem uśmiech mu mordę wygniecie
To wygląda, jak śledzie w na półce w markecie,
Zamknięte szczelnie w małym słoiczku istnienia,
Niemające mądrego nic do powiedzenia,
Tylko w cebuli leży wielce zawstydzony
A obok niego innych Kowalskich miliony.

W zasadzie mógłby umrzeć już jutro nad ranem,
Wszakże życie jest rzeźnią a on był baranem,
Ale nie zdołał życia naciągnąć na rogi
I wiekopomnej wzniecić (jak Neron) pożogi.
Zatem, czy póki zdrowie i Bóg nam pozwala
Warto poszukać w sobie troszeczkę cezara?

04. Popołudnie

O 6 rano budzimy się z brzaskiem,
Niech matka pierwszy płacz dziecka usłyszy,
O siódmej dziadków powitamy wrzaskiem,
Zanim w grobowej zatopią się ciszy.

Na ósmą dziarsko idziemy do szkoły,
Aby się chwalić z czym mamy kanapki,
Ławką nazywać popisane stoły,
Podziwiać książek stubarwne okładki.

Kiedy wybije dziewiąta godzina,
Klękniemy ładnie do Pierwszej Komunii,
Górę prezentów przywiezie rodzina,
Łza się zakręci na twarzy babuni.

Gdy już zatrąbią na wieży w Krakowie
I w kraju radia odpowiedzą chórem,
Znienawidzony przez nas belfer powie:
Nieuki! Jednak zdaliście maturę!

Trzynasta może nie będzie pechowa,
Kiedy sukcesu zapali się iskra
Będziemy mogli do teczki swej schować
Tak upragniony dyplomik magistra.

A o czternastej ponownie w kościele
Przez dwuduszowy sakrament wezwani,
Rzeźbić musimy dla krewnych wesele,
Popołudniowy taniec z obrączkami.

Jak teraz tańczyć, by sił wystarczyło?
Ile pić wódki, by wesoło było?
Ile ryzyka położyć na szali?
Jakiej nadziei wypatrywać w dali?

Tyle perspektyw przed nami do rana,
Ile złośliwych znaków zapytania!

03. Już czas

Czas zdążył ubrać nam marynarki,
A życie włożyć ciężar na barki,
Ze szkolnej ławy w świat wyrzuceni,
Z marną maturą w pustej kieszeni,
Pchamy ten wózek, życiem nazwany,
Przed byle pyłem w pół się zginamy.

Nie dajmy pyłom w proch nas obrócić!
Najwyższy już czas ze snu się zbudzić,
Nie dać zbezcześcić naszej godności,
Nad naszym płaczem nie ma litości,
Nadszedł już czas by otrzeć z łez oczy,
Przestać pod górę wózek swój toczyć!

Rozpalmy życie sukcesów żarem,
Nie gnijmy nóg pod jego ciężarem,
Bo gdy padniemy – wstać nam nie dadzą,
Ci – którzy każą zwać siebie władzą,
Będziemy skomleć o kęs litości,
Póki nie spełni kat powinności!

Naszego nadszedł czas pokolenia!
Przed nami tyle jest do zrobienia,
Kiedy nam z góry ślą porcje głodu,
Weźmy na bary losy narodu,
Zróbmy to, czego oni nie mogą,
Idźmy na przód swą własną drogą!

Z wygojonymi z pryszczów gębami,
Z zaciśniętymi z nerwów pięściami,
Ze sztywnym karkiem – nie do schylenia,
Zróbmy to, co jest do zrobienia,
Bo tam na górze każdy z tym zwleka,
A to się mnoży i na nas czeka!