02. Pitekantrop

Na twardy kamień wypluty z macicy
Powstaję prosto – choć nie jest łatwo,
Palce wyrosły na miejscu racicy,
Z dumą oznajmiam: jestem pitekantrop.

Okropny odór zionie mi z paszczęki
I zagon kudłów pokrywa me ciało,
Rozum nie z głowy płynie, ale z ręki
Mięsistej, twardej, zakończonej pałą.

Wiedza mnie boli, jak złamana noga,
Lecz umiem tyle – co do życia trzeba:
Czyli śmiertelnie w mordę walnąć wroga,
Albo mu włócznię wsadzić między żebra.

Nie znam na razie żadnego języka,
Wszak mojej myśli bym nim nie wyraził,
Dla tego, który mi błędy wytyka
Mam skuteczniejsze metody perswazji.

Nocą w jaskini przedłużam gatunek,
Za dnia próbuję polować na kąski,
Dla dziatków muszę zdobyć poczęstunek,
To są jedyne moje obowiązki.

01. Płód

Po szklance wódki nadchodzi przygoda,
Jak wiosna w marcu się stara panoszyć,
Następnie spływa zagęszczona woda
I drąży drogę do źródeł rozkoszy.

Cud połączenia wydaje się pewny,
Więc może wzrastać, jak pchły na kocurze,
A w między czasie autor pełen werwy
Stara się wetknąć w jego ciało duszę!

Najcięższa chyba jest chwila porodu;
Niepewność, jaką niosą narodziny,
Kiedy wychodzi nogami do przodu
Krzyczący z bólu koniec pępowiny.

Rośnie, znów rośnie, lecz tym razem Ego,
Które znienacka, niby grzech wpłynęło
I każe wielbić nam siebie samego
Bardziej, niż świeżo narodzone dzieło.

Następnie przyjdzie z wizytą rodzina,
Popatrzy, jakby się na tym coś znała,
Ramieniem wzruszy i głową pokiwa,
Ale miłością raczej nie zapała.

Potem znajomi się zbiorą przy wódce,
W pewnym momencie zrobią oczy wielkie,
Jakimi babcia przygląda się wnuczce
I zapytają o nową butelkę.

Wrogowie także, głównie z naszej branży,
Dla niepoznaki przybędą z żonami,
Popatrzą z miną kamienną na twarzy,
Komentarz rzucą – zgrzytając zębami.

A nam niedługo ból zacznie doskwierać,
Jak naciągnięte na pysku wędzidło,
Zatem musimy do pracy się zbierać,
Żeby napisać kolejne wierszydło.