Psia komedia

Prolog

Cześć! To ja Sprajt. Jestem czarnobiałym psem, niezbyt pokaźnego wzrostu. Chociaż moja Pani mówi na mnie Sprajcik, albo piesio. Jednak, już teraz musicie zapamiętać, że nie jestem żadnym piesiem, tylko normalnym, pełnowartościowym psem! Niestety mam trochę krzywe przednie łapki, ale przy całokształcie moich niezliczonych zalet, to bardzo zaniedbywalny szczególik.

Za namową mojego Pana, zapraszam Was na podróż. Mam nadzieję, że będzie się razem ze mną dobrze bawić. Chauł, Chauł.

 

Cześć 1 – Raj

 

– Sprajt, sprajt! – usłyszałem z przedpokoju.

Nie wiem, po co się tak drze? Przecież nie jestem głuchy. Niestety mam wrażenie, że za bardzo go przyzwyczaiłem, że kiedy tak krzyczy, to pędzę zobaczyć, co się tam dzieje. Jednak teraz nie mam czasu, żeby patrzeć co najlepszego nawyczyniał. Muszę przecież wylizać sobie łapkę i umyć oczka. Bo jak się z takimi zaspanymi pokażę na ulicy?

– Sprajt!!!

Psi boże, czy on zwariował? Co sobie wyobraża? Poranna toaleta, to nie byle drapanie za uchem. Trzeba to zrobić dokładnie. A jak coś nawyprawiał, to niech się teraz sam martwi. Przecież jest dorosły. Ja oczywiście też (przeliczając na ludzką pełnoletność, to mam już jej półtora). Ale co się będę chwalił. Pewnie nie ma pojęcia, jaki jestem już dojrzały. Nie muszę wyprowadzał go z błędu. Jeszcze każe, żebym coś za niego robił. Jakieś zakupy, pranie, sprzątanie. A może mnie wyśle do roboty? O, co to, to nie! Wam powiem w zaufaniu. Tylko, żeby się nie wydało. Zrozumiano?

– Chodź, masz!

To rozumiem. Nie mógł tak od razu. Zatem wstaję i pędzę. Co mu tam wystaje z ręki? Kiełbaska? No, no. Pan się postarał. Chapnąłem i pędem na dywan. Muszę porządnie powąchać i chap, chap. Jakby to widzieli koledzy w podwórka… Ich tak nie karmią. Idę zobaczyć, czy czasem mu jeszcze coś nie zostało.

– Dawaj, to dawaj. Tobie pewnie zaszkodzi. Ja się na tym znam. Ludzie po kiełbaskach mogą mieć wzdęcia. Za to ja…

Szkoda, że nic nie rozumie, co do niego mówię. Kiedyś próbowałem nawet przeliterować, ale jak kulą w płot. Nie pojmuję ludzi. Niby tacy mądrzy. Robią tyle rzeczy, których ja nie potrafię. Oczywiście większość z nich jest zbyteczna. Po co na przykład wieszać firanki czy wkładać mnie do wanny, żeby polać wodą. Fuj. Nawet sikają, nie podnosząc nogi. Wiadomo, że ja to robię bardziej fachowo. Ale nie będę się już tyle chwalił.

– Ej ty! Nie jedz tego, Hej! Ja tu jestem.

No i masz babo placek. Połknął moją ostatnią nadzieję. Ale tak to jest, kiedy się nie słucha mądrzejszego. Nie jest chyba dla Was tajemnicą, że my psy potrafimy robić rzeczy, o których nasi Panowie nie wiedzą. Dlatego, kiedy nie patrzą, czytamy książki, przerzucamy kanały w telewizji, czy programujemy pralkę, zwłaszcza kiedy wejdzie do niej kocina. (O tym jednak później). Nie wspomnę tutaj o aktywności na Facebooku. Ale to chyba jasna sprawa. Pewnie mam więcej kontaktów, niż mój Pan. Baksa, Kajtek, Miki, Ryska, Pola, Bob, Brysio, Ciupas… Ach sorry. Musiałbym wymieniać do wieczornego posiłku. Nie będę Was teraz tym męczył, jeszcze wpadlibyście w kompleksy.

– Na spacerek?

Tak, spacerek. To coś co my psy lubimy najbardziej. Zaraz po kiełbasce. Poskaczę trochę po Panu, aby się cieszył, że może ze mną wyjść. Jemu też się coś od życia należy. Pewnie, jakbym był większy, on też by po mnie skakał. Nic jednak na to nie poradzę. W tym miejscu muszę stwierdzić, że człowiek ma dziwną fizjonomię. Stoi na tych dwóch łapach, przednimi macha, jak cepem. A gdzie ogon? Załamka. Jak można żyć bez ogona? Widziałem kolegów, którym obcięli ogonki. Sterczą im takie kikuciki. Fuj. Ale chyba lepsze to, niż nic. Dobra, dość gadania. Polko czeka.

– Ej, ej, co ty robisz? Zwariowałeś? Po co ten sznurek?

No i przypiął. Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież nieraz wychodził i wracał do domu. A teraz się uwiązał do mnie. Trudno, będę znów robił za przewodnika.

– No chodź. Mam cię holować? W dół? Nie przesadzaj. Umiesz chyba zejść po schodach. Szybciej. Ileż się będziesz tak wlókł za mną? Dawaj, dawaj… Zobaczmy co tam słychać pod krzaczkiem.

Mój nos podpowiada mi, że tam jest bardzo dużo ważnych śladów. Mógłbym oczywiście robić za detektywa, ale jak już wspomniałem wcześniej, nie będę się chwalił, żeby mnie ktoś faktycznie nie zatrudnił. Chcę godnie przejść przez swoje pieskie życie. No, no. Tak jak myślałem. Rintin już tutaj był. W zasadzie to nie wiem, co kieruje jego postępowaniem. Nigdy nie wyprowadza swojej Pani na spacer. Pewnie jej nie kocha, tak jak ja swojego Pana. Zostawia ją samą w domu. Może to zła kobieta, ale my psy powinniśmy być bardziej wyrozumiali. Zobaczmy co tu zostawił. No kolego. Piękna sprawa. Kawał porządnej rzeźby w brązie. Zbadajmy, co tam miałeś dziś na śniadanie. O fuj. Czym ta baba cię karmi? Teraz się nie dziwię, że jej nie zabierasz ze sobą. Fasolka i pomidorek. Nic dobrego. Zobaczmy dalej. Sucha karma. Także bez rewelacji. Ale mnie też karmią tą paszą dla kur, jakby kiełbaski i szynki zabrakło. Taki nasz los. O… Ryska też już tu była. Podpisała się na liście obecności. Pora na mnie. Podnoszę wysoko łapkę i robię parafkę. Suczek także nie pojmuję. Jak można kucać do zaznaczania obecności. Rozumiem oczywiście dwójeczkę. Sam też przecież tak robię. Ale jedyneczka… Łapka, skapior, i fuuu. Leci. Pięknie. Czekajcie chwilę. Muszę sprawdzić, czy dobrze poszło. O tak. Piękny znak mojej egzystencji i dowód na pomyślność spacerku. Zaraz, zaraz… A gdzie Baksa? Chyba jej dziś nie było. Ale trudno się dziwić. Parówa może jeszcze tu nie doczłapała. Poszukam troszkę pod tamtym krzaczkiem… O, tu też stuprocentowa absencja. Być może przyjdzie później.

Czas się przemieścić dalej. Chyba czuję kolegę Boba. Bob jest spoko. Też gruby jak Baksa, ale przynajmniej kolor ma czarny, jak pies, a nie takie rude byle co, podobne do lisa. Lisy to dziady. W tajemnicy Wam powiem, żebyście na nie uważali. Patrzcie! Widzicie to co ja? Toż to prawdziwe kości z kury. Wyczuwam, że wujek Karol przyczynił się do ich obecności. Pewnie w nocy stoczył bój na śmierć i życie z tymi nielotami. Drób to wredne stworzenia. Żeby dostać się do tego, co w nich najcenniejsze, trzeba się przebijać przez morze piór. Wujek Karol to wielki wojownik. Nie przeszkadza mu nawet to kurze futro. Kiedyś widziałem, jak rzucał puszkami z kurzym pasztetem do tych dwułapów. Ale dość tej apoteozy. Dobry wujek zostawił dla mnie to, co najlepsze. Czas oddać mu hołd i posprzątać to pobojowisko. Dobrze, że Bob nie widzi na jedno oko, a na drugie chyba też niewiele. Gdyby to zobaczył, to… Nawet nie chcę myśleć, co by dla mnie zostało. Najwyżej zapach i jęk zawodu.

A cóż tak tu pędzi? Muszę na chwilę wypchnąć mojego Pana przodem. Nie żebym był tchórzem (to też wredne stworzenia), ale nie ma co samemu iść na pierwszy ogień. To mój kolega Rintin. Rintin jest super. Chodź tu kolego. No nie wierć się tak. Muszę sprawdzić, jak tam u ciebie z urologią. No nieźle, nieźle. Widzę, że ty też mi zaglądasz pod ogon. Musisz przyznać, że jest na co popatrzeć. No już się nie obrażaj. Z faktami żaden z nas nie wygra. No tak. Załatwił mnie. Stanął na tylnych nogach. Ale jak to mówią – wysoki jak brzoza, a głupi jak koza. Kozy to takie większe piesia, jakbyście nie wiedzieli, ale głupsze. O tak, dużo głupsze. Jak można całe życie żywić się trawą? Ponoć wegetarianie są szczęśliwi, dopóki nie zjedzą pierwszego kawałka mięsa. Ale pewnie kozy są na tyle głupie, że jeszcze żadna z nich nie próbowała. Brrrr. Jak dobrze być psem! Dobra kochani. Dość tych dygresji. Trzeba jeszcze trochę pokazać Rintinowi, z kim ma do czynienia. Osz ty! Wara od mojego Pana. Idź do swojej, niech cię pogłaska. Uciekaj! Ja ci dam! Będę jak Messi. Patrz, jak wygrywam pozycję. I kogo teraz Pan głaska? Co? Łyso ci? Nie dziwię się. Z takimi włosami, to w ogóle wstyd się pokazać na dzielni! Ej. Żartowałem… Ale i tak uciekł. Rintin to w zasadzie dobry kolega. Jednak niech się tak nie spouchwala z moim Panem. O, coś zostawił na odchodnym. Teraz na mnie kolej.

Chodźmy dalej. No nie. Na chodniku… Co za chamstwo. Jednak trzeba przyznać, że jest co badać. Czyżby to Miki? Tak, to na pewno on. Z innych nie wylatuje zapach chabury. Ale, żeby na samym środku mojego traktu spacerowego. Wstyd. Wstyd i hańba.

A cóż się tam rusza? Widzicie? Kocina! Sorry. Czas na mnie. Muszę pędzić.

– Ej! puść ten sznurek! Nie nadążasz, to puść. Poczekasz tu na mnie. Ja załatwię sprawę z tą szarą kociną i wrócę. Słyszysz???

Niestety muszę stwierdzić, że mam strachliwego Pana. Boi się zostać sam. A ja przecież chciałem tylko na chwilkę go zostawić. Popędziłbym za tą kociną i pognał ją, gdzie pieprz rośnie, albo jeszcze dalej. Ale nie… Muszę pilnować Pana. Prawdopodobnie beze mnie nie dałby sobie rady. Ciekawe, kiedy wreszcie zrozumie, że ja też mam swoje potrzeby. Nie, żebym nie był wdzięczny za kiełbaskę, ale kocina nie może tak bezkarnie pałętać się po dzielni. Widzicie go kochani? Bo mnie już zniknął z radaru. Może pojawi się jakaś nowa kocia morda. Tak na marginesie, to nie rozumiem, po co to chodzi po tym świecie? Jaki z tego pożytek? Mięso ma niedobre. Wyżera przydział, który dobrzy sąsiedzi zostawiają dla nas, psów. Pałęta się to bez sensu i bez celu, a jak się chcę z tym zabawić to ucieka na drzewo. Nie żebym nie mógł za nim wlecieć na górę. Mogę. Chociaż może się zdawać i to nawet Wam, że nie potrafię. Ja nie potrafię? No śmiech na sali… Ja nie potrafię… Oczywiście, że potrafię (i nie żebym się przechwalał, bo wcale nie muszę tego robić), tylko po co marnować energię na bezsensowne zabawy. Wolę poleżeć w salonie. Poczytać książki, pooglądać telewizję, czy lajkować posty na fejsie mojemu szerokiemu gronu znajomych. Jak już o Facebooku mowa. Ile kocin ma tam profile? Mnie się zdaje, że nie więcej, niż dwa, w tym jeden zablokowany, a drugi usunięty.

Teraz się skupcie, bo właśnie z moim Panem dochodzimy do drzwi Spółdzielni. Tam pracują źli ludzie, na których mój Pan bardzo narzeka. Możecie mi teraz zarzucić brak obiektywizmu. Pewnie, że możecie. Ale… Konsultowałem tę opinię z kolegami. Ryska, Baksa, Miki i Bob potwierdzili to, co niejednokrotnie słyszałem w domu. A, że mój Pan, poza tym że jest tchórzliwy, co przed chwilą udowodniłem, to dobry człowiek, nie mogę obok tej sprawy przejść obojętnie. Dlatego też muszę zacząć działać. Wziąć sprawy w swoje ręce. A dokładnie rzecz biorąc, nie tylko w łapy. Tak… Wyczuwam dobrze tego złoczyńcę, przez którego mój Pan się tak denerwuje, że kiedyś nawet zapomniał dać mi kolację, a innym razem zamknął na balkonie, żebym go czasem nie zamordował. Czas działać. Przykuc, wypinka i lecimy z dwójeczką. O tak… Pięknie. Jeszcze troszkę. I już. Sprawdźmy moje dzieło. Tak… Jak koledzy tu przyjdą, to będą mi zazdrościć tej kiełbaski i szyneczki. Trochę psuje mój wizerunek sucha karma, ale można to zwalić na zdrowe odżywianie.

– Ej. Halo! Człowieku, co ty robisz? Nie, nie, tylko nie to!

Całe moje dzieło, cała ciężka praca zapakowana w plastikowy worek. Nie wytrzymam. Co ten mój Pan sobie wyobraża. Muszę działać, bo mnie tu zaraz trafi. Siadam i się nie ruszam. Przybieram pozę zawiedzionego psa. Teraz trzeba zrobić najsmutniejszą minę. Nie wiem czy Pan zrozumie. Jak wspominałem wcześniej ludzie nie są zbytnio rozgarnięci. Nic na to nie poradzę, że nasza psia rasa jest nadzwyczajnie rozwinięta pod względem intelektualnym. Nie, nie, nie. Nie idę dalej. Albo to z powrotem wyrzuci, tam gdzie powinno leżeć, albo będziemy tu tkwić do kolacji. Jak zgłodnieję, to będę zmuszony skończyć ten psi bojkot. Ale zaraz, zaraz… Co on robi? Po co idzie z tym do Spółdzielni? Pochwalić się swoim psem. A musicie przyznać, że jest się czym chwalić. Nie żebym był nieskromny i może się powtórzę, ale faktów nie da się oszukać.

O! Brawo mój Pan! Brawo. Koniec bojkotu. Aż z radości dam mu buzi. Niech się tylko pochyli. Sam bym chyba tego lepiej nie wymyślił. Powiesić woreczek z moją dwójeczką na klamce do Spółdzielni. Jednak nie takiego głupiego mam Pana. Na prawdę nie spodziewałem się takiej akcji. Szkoda, że żaden z kolegów nie widział, bo by mu patrzałki z czaszki na chodnik wypadły. Poza tym troszkę żałuję, że nie będą też wąchać z zazdrością mojej dumy. Jak już wspomniałem, każdy pies, większy, czy mniejszy, bez problemu mógłby wskoczyć na drzwi i odprawić ceremonię zapoznania się z zawartością woreczka, ale przecież jesteśmy stworzeni do wyższych celów.

Teraz chodu! Muszę podholować trochę Pana na bezpieczniejszy grunt. Duma dumą, chwała chwałą, wyczyn wyczynem, ale czasem lepiej, żeby nie poznali za wcześnie bohaterów. To znaczy mnie, psa i przez skromność muszę także dodać mojego Pana.

A któż to idzie? Wujek Dominik. To nasz sąsiad. Pan moich dwóch koleżanek. Teraz jest sam. Żeby mu nie było smutno, to się z nim przywitam. Ale nie tak byle jak. Przecież nie jestem jakimś byle Rintinem, czy Bobem. Wskoczę na jego jasne spodnie. Zapamięta ten przyjacielski gest na cały wieczór, a i ciotka nie będzie narzekać, że nie ma co prać. Z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie. A Tośka i Pola niech żałują, że go nie wyprowadzają na spacer. Co on tam tak krzyczy do Pana? Że brudny, żeby go trzymać krótko… Coś podobnego. Tego się nie spodziewałem po wujku. Czasem mam wrażenie, że ludzie myślą, że to oni nas wyprowadzają na spacer. Cóż za filozofia. Co więcej, tak często to słyszę, że jeszcze kiedyś oni w to naprawdę uwierzą. Ludzkie umysły są bardzo otwarte na brednie. Ale my psy patrzymy na to z przymrużeniem oka. Wiadomo, że są pewne granice, których ludzki umysł nie jest w stanie przekroczyć.

Koniec tego dobrego. Może i dobrze, bo mi trochę zimno w stopy i nogi się zmęczyły. A i jakaś kiełbaska może się znajdzie w domku. O… A co to? Na schodach odpinamy sznurek. No tak. Stąd już Pan trafi do domu. Muszę przyznać, że jestem z siebie dumny. Doprowadziłem go pod same schody. A ile miał po drodze atrakcji. Może Rintin trochę przesadził. Nie może tak się umizgiwać do mojego Pana. Kiedyś z nim o tym jeszcze porozmawiam. Wiadomo, że Pan jest przypisany do psa i nie można go nawet wypożyczać.

A teraz już się na chwilkę pożegnam, bo nasza podróż dobiegła końca. Trzymajcie się i czekajcie na dalszy ciąg psich wydarzeń. Sprajcik, czyli ja, jeszcze się do Was odezwie.

 

 

Cześć 2 – Czyściec

 

– Sprajt, sprajt! – tym razem słyszę Pańcię. Pójdę zobaczyć co tam ode mnie chce. Niejednokrotnie słyszałem, jak mówiła, że faceci są strasznie niezaradni życiowo. Poniekąd muszę się z nią zgodzić. Oczywiście, nie żebym uważał, że kobiety są w jakikolwiek sposób lepsze. No co to, to nie. Zaradni jesteśmy tylko my. My psy! Ale zobaczmy, co się tu wyprawia. Dziś wyprowadzę na spacer zarówno młodszego Pana, jak i Pańcię. Ale jak to mówią – dwie pieczenie przy jednym ogniu. Nie będę musiał iść już później z drugą osobą. Eh. Jak zawsze. Bez sznurka by się obyło. Ale niech już im będzie…

– Ej!!! Ej! Gdzie mnie tu wpychasz? Do tego małego domku. Halo! Co to za nowe zwyczaje? – no i masz… Wziął mnie na ręce i wrzucił, jak jakąś kocinę, albo worek ziemniaków. No, no. Nawet fajnie w tym pokoiku. Może trochę ciasnawo, ale wersalka niczego sobie. I cała moja! To rozumiem. Przede mną Pan i Pańcia na ciasnych fotelikach, a ja… W końcu pies ma swoje prawa, w tym prawo do luksusu.

– Ojej! Co to się dzieje? Co to za hałas, do cholery? – Aha. w porządku. Pewnie Pan się postanowił odpowietrzyć. Ale niechże ma litość. W takim małym pokoiku. Na szczęście nic nie czuć… Nie mogę za to uwierzyć, że potrafi tak długo. Rekord Guinnessa pobije. Szacun! A teraz jeszcze głośniej. Nie, nie. Coś jest nie tak. To chyba jednak nie on.

– Oj! Ratunku! Co się tam wyprawia? Pomocy!!! – Za oknem świat ucieka! Wystraszył się! To chyba jednak mój Pan. Nic na to nie poradzę… Z drugiej strony tak samo. – O boże! Sklep na nas pędzi. – Ufff. Skręcił. Tyle dobrze, że ja siedzę z tyłu. Najwyżej najpierw wpadłby na mojego Pana. O, Rintin też gdzieś pędzi. Ucieka przed światem. Pomacham mu ogonem. Nie, nie. Ten nasz świat zwariował. Gna i gna. Lepiej się położę i przechowam swoje skołatane nerwy przez jakiś czas…

No wreszcie spokój. Pańcia pozwala mi wysiąść. Ale któż tu do mnie przygnał. Jakiś dom. Ogród. Koledzy. I kocina. Cholerna kocina! Udam, że mam ją w takim poważaniu, na jakie zasługuje. A teraz zobaczmy, kto tu był przede mną. O! To chyba niemożliwe. Normalnie cały pułk braci i sióstr. Nie rozpoznaję… Musiała tu chyba być jakaś wyprzedaż. Słyszałem, jak ostatnio Pańcia o czymś takim opowiadała. Jednak myślałem, że tylko ludzie są tak nienormalni, że ustawiają się jak sztachety w płocie i stoją, stoją, stoją… Albo krążą, jak szynka po jelitach, żeby kupić jakieś szmaty. Po co komu szmaty? Ja mam jeden kocyk i mi wystarcza, Pan z resztą też nie ma wiele. Za to Pańcia. Jej to nie rozumiem. Co chwilę jakaś nowa ścierka na szyi, żeby to się tym jeszcze chociaż wycierała, albo przynajmniej moje obolałe stopki. Ale nie… Okręca się tym pod szczęką. Jak zobaczyłem pierwszy raz, to się tak strasznie przestraszyłem, myśląc, że chce popełnić samobójstwo. Na szczęście tylko symulowała. Teraz jestem dużo spokojniejszy. To znaczy przyzwyczaiłem się do jej dziwactw. Ale o czym to ja?… Acha. Zatem ludzie to dziwaki, głównie Pańcie. Latają po wyprzedażach i kupują takie dziadostwo, którego normalnie za darmo by nie wzięły. Ale, jak zapłacą to zawsze im się potem przyda… Tak myślicie? Oj nie, nie. Pan mnie uświadomił. Większość tego badziewia z wyprzedaży zalega w szafach. Używane było tylko raz. W jakiejś przymierzalni. Nie wiem co to ta przymierzalnia, ale coś wyjątkowego i wzniosłego, skoro tylko tam i tylko jeden jedyny raz Pańcie chodzą w tych swoich szmatach. Swoją drogą ciekawe co tu sprzedawali, że tylko piesiów się pofatygowało? Zobaczmy jeszcze… Albo nie… Najpierw trzeba się kulturalnie podpisać… Nóżka, skapiorek i lecimy z jedyneczką…

Ojojoj. To już jest na pewno niemożliwe. Kto to tu był? Przecież piesie tyle nie żyją. Sprawdzę jeszcze raz. Może jakaś pańcia nie doleciała do toalety. W sumie czemu ma być gorsza od nas. Nie… Cholera. To nie pańcia. To koleżanka! Ciekawe czego ona tu szukała? Nawet ludzie w takim wieku już nie chodzą na wyprzedaże, tylko piją herbatkę z miodem i kaszlą przy piecyku, z nogami w bamboszach. Czegóż ta stara tu szukała? Może była promocja trumien? Chodźmy zobaczyć dalej.

– Ej, ej! Co robisz? Nie widzisz, że coś sprawdzam? Głupku! – ten mój młodszy Pan nie jest do końca normalny. Pańcia też niewiele lepsza… I wciągnęli mnie do tego domku. Tu też czuć koleżanki. Dużo koleżanek. Oj, a do tego ten duży kolega. A co to? No ja nie mogę. Nie wierzę! Kocina w przenośnym więzieniu. Tego jeszcze nie grali. – No co jest głupku? Na drzewko uciekniesz? Ha! Ha! – Ma szczęście, że to więzienie działa w dwie strony. Nikt nie wychodzi, ale też nikt nie wchodzi. Swoją drogą ciekawe za co go tam zamknęli? Jak ja bym mógł o tym decydować, to wszystkie sierciuchy zamknąłbym za samą przynależność do gatunku, a jakby tego było mało do wydania jedynego prawidłowego wyroku, to kierowałbym ich za kraty, za ich iloraz inteligencji. Pewnie ta wyliniała patologia nawet czytać nie umie.

– O nie!!! Chodu! Mówię chodu! Nie widzicie, kto tu wszedł? To ten sadysta z bożej łaski. Sukinsyn jeden! Trzeba uciekać. Halo! – Tak… Najlepiej mi powiedzieć, żebym się nie wyrywał i nie szczekał. A ten popapraniec w zielonym kostiumie kiedyś już zrobił mi krzywdę. Może dziś kolej na moje Państwo? A może on specjalnie do mnie przyjechał, z tym całym inwentarzem dobrodziejstwa? Szatański Bobek – tak właśnie go nazywam.

– Gdzie mnie tam ciągniesz? – Pan zwariował! Chyba za mocno go ostatnio walnąłem w głowę. Prosto w paszczę lwa! Do pieczary tortur. Skandal.

– Zostaw mnie! Jak chcesz to idź sam. Pańcia! Pańcia! Raduj biednego Sprajcika. – Oczywiście. W domu to mądra. Cały czas krzyczy po Panu. A tu robi, co jej każe. Ale kto zrozumie kobietę? Jeszcze się taki człowiek nie urodził. To mnie akurat nie dziwi, bo ludzie to dziwna i niezmiernie głupia nacja. Ale przecież robiłem research wśród kolegów na podwórku i nawet na Facebooku, i żaden piesek nie umiał mi na to pytanie odpowiedzieć. W akcie desperacji spytałem nawet kiedyś kocinę, ale on zamiast odpowiedzieć, jak kot psu, to tylko coś syknął i uciekł na dach.

– Co ty robisz?! Stój. – Na wagę. O nie. Nigdy w życiu. Zawsze, jak tu wchodzę, to potem Pańcia krzyczy po Panu jeszcze głośniej, żeby mi kiełbaski nie dawał. I zazwyczaj przez dwa tygodnie dostaję mniej jedzenia. I stało się. O… coś się zepsuło. Dobra moja. Pomiar nieudany. Ha, ha. OK. Na mnie już pora. No tak. Jak raz nie wyszło, do biednego Sprajta będą w tę i nazad, z podłogi na wagę. A dam wam tę satysfakcję. – Zadowoleni? – Teraz sobie poopowiadajcie bajki o jakiejś nadwadze. Tacyście odważni. Może sami staniecie? Co? A Szatański Bobek na swoim basiorze mógłby wybębnić rytm do piosenki żołnierskiej. Nie musieliby zatrudniać w wojsku dobosza. Piernik jeden się minął z powołaniem. A jak się wystroił… Bezguście totalne. Lepiej by wyglądał, jakby się ubierał w Castoramie. Włożył na siebie zielone prześcieradło. Ale tak to jest, jak się grosze zarabia na maltretowaniu piesków. Idź dziadu lepiej sobie dzieci narobić. To ponoć nawet głupieć potrafi, choć nie wiem czy dla ciebie nie zabrakło by skali. Przynajmniej miałbyś pięćset plus na ubranie, a nie starej z łóżka prześcieradła podkradać. A te klapeczki? Co ty jesteś na plaży? Aaa. Już rozumiem tę twoją filozofię. Jak się ma jedną parę skarpetek i nie ma kiedy prać, to się butów nie zakłada, tylko chodzi w tych chodakach z dziurami, jak w masce Jasona Voorheesa i wietrzy racice. Żenada.

– Zostaw mnie! Co robisz? Proszę mnie natychmiast postawić na podłogę! Słyszysz? – Gdzieżby mnie mój pan usłyszał? Normalnie przy tych oszołomach sam tracę swoje wartości intelektualne. – I gdzieś mnie tu postawił, żebym stał jak chwała na wysokościach? – czasem mam wrażenie, że lepiej bym miał z ateistą albo jehowym. Świętego ze mnie zrobią, wprowadzając na ten ołtarz ofiarny w świątyni tortur.

– Ej ty Bobek! Swój basior sobie wymacaj, a ode mnie wara! Rozumiesz? Wara. – Tak… Na pewno mnie zrozumie. Biorąc po uwagę jego inteligencję, to trzeba chylić pokłony matce, że nauczyła go chodzić. Na pewno miała orkę na ugorze. Ale dała radę. Dzielna kobieta. Tylko niepotrzebnie, go tak wcześnie spuściła ze smyczy.  – Zabierz wreszcie te swoje racice! – O. Niemożliwe. Zrozumiał. – A gdzie mi tam zaglądasz? Kompleksów chcesz się nabawić? – Bo trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć. Faktów nikt nie oszuka, ale chyba się powtarzam…

– Co ty robisz? Głupku! Gdzie mi to wpychasz? – Naprawdę trzeba być skończonym idiotą, żeby mi wkładać jakiś zimny przedmiot w miejsce skąd wychodzi kupa. Głodny jest, czy o co mu chodzi? Sprawia mu to przyjemność? – To jest otwór wylotowy, a nie wlotowy, barani cycu! – Z drugiej strony to strasznie specyficzny przypadek. Ciekawe, czy ze sobą też tak postępuje? Je od strony zadniej, a wydala frontową? W innych okolicznościach mógłbym się nawet zapoznać z jego sposobem odżywiania, ale teraz najchętniej jednak bym się stąd oddalił i to w trymiga. Analizując wielkość jego basiora, to wszystko jest możliwe. Chyba go zacznę nazywać Bobek Wielki Pierwszy. Jedyne co ma małe to rozum i serce do zwierząt.

– Co ty tam teraz robisz? Czemu pompujesz ten długopis? – No tak. Mamuśka tak długo uczyła go chodzić, a potem mówić, że na naukę pisania nie było już czasu. Zatem Bobek nie poznał podstawowej obsługi długopisu. Co za idiota. Zaraz, zaraz… To nie jest długopis… To…

– Ała!!!  Krzywdę mi robisz, sadysto z bożej łaski. – Gdyby tylko Pan mnie nie trzymał za pyszczek, to byśmy inaczej pogadali. Mądry się znalazł. Bezbronnego psa? Przyjdzie na ciebie kara boża. Zaraz spróbujemy coś to przygotować. Tylko muszę się odpowiednio ustawić… Oj… Chyba jednak zostawimy to na inną okazję. Pan mnie wreszcie puścił, to pora się stąd oddalić. Skaczemy…

I wreszcie na podłodze. Co tam Pańcia tak narzeka i krzyczy po Panu? Że mnie nie trzymał? Ciekawe. Z resztą co to za różnica. Z moich obserwacji wynika, że kobiety mają w sobie zmagazynowane niewyczerpywalne zasoby krzyku. I jak Pan jest w pobliżu, to go wydalają na zewnątrz. Chyba po to, żeby je czasem nie rozerwało od wewnątrz. Szatański Bobek zrobił już co swoje. Teraz spokojnie rozejrzyjmy się w około. Patrzcie, patrzcie ile tu książek. Kolekcjoner się znalazł. Mój Pan zbiera płyty, Pańcia szmaty, a ten książki. Mógłby je chociaż kupować według jakiegoś klucza. A tu każda z innej parafii. Jedna większa, druga mniejsza, ta gruba, ta chuda. Normalnie, jak baby na targowisko. Każda inna. Tyle korzyści, że książki się nie drą po sobie. Poza tym, jakim trzeba być idiotą, żeby kolekcjonować książki? Nie żebym był przeciwnym makulaturze. Sam przecież niejednokrotnie czytałem. Ostatnio literaturę fachową. Jasno tam stało, że dania fit są przereklamowane i szkodzą zdrowiu, zwłaszcza psychicznemu. Mój Pan wielokrotnie próbował tę wiedzę przekazać Pańci, ale jak grochem o ścianę. Z tego co zaobserwowałem, ona nie była przekonana do tej pozycji i nie wzięła jej nawet do ręki. Ale ja przeczytałem w dużym pokoju na dywanie. Potem przyszedł Pan, w geście pochwały poklepał mnie nią po pupci (to było bardzo miłe z jego strony), a następnie pozbierał efekty mojej edukacji i wyrzucił do kosza. Lubię mojego Pana, jest taki inteligentny. Dobrze wie, że książki nie służą do kolekcjonowania i po przeczytaniu trzeba je wydalić, żeby nie przyjmowały kurzu, leżąc bezużytecznie na półce.

Popatrzmy teraz dalej. Co tam jest za tymi drzwiami? O boże! martwy piesio. Szlag trafił. – Hej kolego… Żyjesz? Halo! To ja Sprajt. – Nie… Zabili go. Szatański Bobek załatwił tego biedaka. Od dawna wiedziałem, że to zły człowiek. Jeszcze na dodatek założył mu jakiś abażur na głowę. Ciekawe po co? Już wiem… Chce z biedaka zrobić lampkę nocną dla żony. Wszystko się zgadza. Nie stać niedorozwoja na zakupy w Ikei, to oświetlenie robi z… Nie! Nie przejdzie mi to przez gardło. Biedaczysko. Trzeba by gdzieś interweniować w tej sprawie. Tylko gdzie? Może w Animal Planet? W takim wypadku to nawet ja jestem głupi. Popatrzę jeszcze raz… Ciekawe jaką mu wsadził żarówkę? Hmm… Nie ma jeszcze. Może grubas nie ma na stanie. Jak się ściemni, to pójdzie wykręcić z ulicznej latarni. A żeby go poparzyło, pokopało i odwalił tam kitę. A wtedy przyjdę ja, Sprajt i z Szatańskiego zrobię lampkę nocną! To jest plan! Tylko patrząc na Bobka, to z wyglądu bardziej przypomina betoniarkę, niż latarnię. Jakoś go przekwalifikuję! W końcu ja tu jestem mózgiem operacji. – Nic się nie martw kolego. Pomszczę cię. Pomszczę, jak tylko potrafię najlepiej. Plan już mam. A ty się nigdzie stąd nie ruszaj. Po akcji powiem ci co i jak. – Nie mogę nawet patrzeć na tego biedaka. Serce mi w poprzek staje. No nie. Do tego jeszcze mam halucynacje i zwidy. Wydawało mi się, że mój umarły kolega się poruszył. Wy też to widzieliście? Nie kłamcie tu mi, Sprajtowi. Jak mogliście widzieć, jak was tu nie ma! Oszuści. – Halo, kolego! Umarłeś, czy tylko udajesz po to, żebym z tego wariata zrobił lampkę nocną? – Już nic z tego nie rozumiem. O! Super. Poruszył się. – Ty żyjesz. Symulancie cholerny. Mało brakło a dałbym się nabrać. – Jednak Bobek nie jest taki zły. Nie zabił kolegi. Pewnie też nie zrobi z niego lampki nocnej. Może nawet wziął go tutaj, żeby się biedaczysko przespało. Może to nawet jest dobry człowiek? Tylko po co mu zakładał ten abażur? Jak Pan przyniesie gazetki reklamowe ze sklepu, to będę musiał doczytać, żeby na przyszłość być bardziej zorientowanym w branży oświetleniowej. Póki co mogę spokojnie wracać do Pańci, bo mnie właśnie woła. Nawet ma coś dla mnie. Co to? Kiełbaska? Nie. Ciasteczko? Nie. Może chociaż ciasteczko fit? Nie. Co to do cholery? Order? Po kiego kota mi order? Czyżby chcieli mnie wysłać pod Monte Cassino? Przecież tam już wszystko załatwili, co mieli. Nie ma opcji. Nie pójdę. Nie chcę! – Nie przypinaj mi tego. Nie chcę. Rozumiesz kobieto? Nie chcę!!! – Nikt mnie dzisiaj tu nie rozumie… Nikt… Cicho teraz! Patrzcie. Wychodzimy. Pierwsza dobra wiadomość tego popołudnia. O! A to co? Wnoszą kocinę w przenośnym więzieniu do Bobka. – Będziesz miał za swoje. Słyszysz? Na pewno masz na sumieniu wiele grzechów. – I zamknęli drzwi. Trudno. Nie zobaczę, jak będą wykonywać wyrok, na tym wyliniałym sierściuchu. Szkoda. Już taką miałem nadzieję. Ale nie ma tego złego…

Pan mnie z powrotem prowadzi do naszego małego domku. Zastanawiam się, czy jak już tam wejdziemy, świat znowu będzie przed nami uciekał. Ale o tym już się nie dowiecie.

Jednak nie martwcie się. Jeszcze się do Was odezwę. Na razie pozdrawiam. Sparjcik. Chauł, chauł.

List pożegnalny

Droga Dezerterko!

Nie tak wyobrażałaś sobie powrót do szkolnej ławki, kiedy jesienią otwarłaś drzwi najstarszego polskiego uniwersytetu. Pewnie nasza elitarna grupa nie zrobiła na Tobie wrażenia, a może zawiedli wykładowcy? Zazwyczaj pożegnania niosą ze sobą smutek. Po obu stronach czai się strata. Nie stoję nad Tobą, jak Fortynbras w wierszu Herberta, nad porozrzucanym ciałem Hamleta i nie czyham jak sęp, aby zająć Twoje miejsce. Dopóki żyjesz możesz podejmować decyzje.

Nie zdążyliśmy poznać się lepiej. Nie wiem czy masz męża, nie rozmawialiśmy także o Twoich kochankach i jakie masz upodobania… Szkoda, mogło być ciekawie. Tak szybko minęło tę parę spotkań, że nawet nie pamiętam, czy zdążyłaś porządnie wbić szpilę prowadzącym zajęcia. Czy wymyślałaś naprędce wymówki, kiedy nie zrobiłaś zadania. Pamiętam za to kolor Twoich włosów i  nasze indywidualne konsultacje w kawiarni przy ulicy Brackiej. Tak – to ta ulica na której pada deszcz. Teraz ten deszcz pada między Tobą, a nami. Szkoda…

Pamiętaj, że Kraków najpiękniej pachnie w maju. O trzeciej nad ranem warto się przetoczyć ostatni raz po Rynku, kiedy kwiaciarki wracają do ogrodów sadzić kwiatki, a dorożki zamieszkują stajnie. Wtedy ciepły deszcz obmywa strudzone ciała. Zachodni turyści pokazują, jak można się niehigienicznie bawić. Jest tak pięknie, że sen nie ma odwagi zapukać do naszych drzwi. Jednak wybrałaś inną drogę, inny rynek, inny maj… Szkoda… Pamiętaj, że młodsza już nie będziesz…

Za to zostanie Ci więcej czasu na seriale, może siatkówkę lub piłkę nożną, jogę i inne takie – nie zdążyłem zapytać. Nikt już nie każe oglądać teatru. Ale czy ktoś będzie Ci tego zazdrościł? Na pewno nie my – zgarbieni nad klawiaturami, wyciskający atrament w wersy nowego superwiersza, czytający przy latarce Ibsena, Berlin, Sonnenberg czy dziadka Szekspira.

Któż Cię teraz będzie mobilizował do podniesienia klapy laptopa? Kto krytykował Twoje wiekopomne dzieła? Czy przez tę parę miesięcy zdołałaś powrócić z nieboskłonów na ziemię? Może Twoje marzenia okazały się nazbyt trudne do spełnienia. Ale przecież jeżeli człowiek nie marzy – to umiera. Mogliśmy śnić nasze sukcesy razem, jeszcze przez półtora roku. Uwierz, że nie różnimy się tak bardzo, jak mogłoby Ci się wydawać. Wszak pojedyncze sny nie są tak piękne. Szkoda…

Może zobaczę Cię jeszcze kiedyś, kiedy będziesz odbierać nagrodę za książkę sezonu. Wtedy na pewno patrząc w euforii w stronę zazdrosnej szarej masy, zapełniającej stołki przeznaczone dla publiczności, nie dostrzeżesz mojej skromnej osoby. Ja także nie będę się spieszył, żeby złożyć Ci gratulacje. Ot taki egoistyczny kaprys. Szkoda…

Każde rozstanie pociąga za sobą możliwość powrotu. A co Ty wybierzesz? Masz dwie ręce i dwa sznurki. Pociągnij, tak abyś nie żałowała…

 

Do zobaczenia/żegnaj*

 

                                               Paweł

* Niepotrzebne skreślić

Jest takie miejsce

Jest takie miejsce, gdzie psy nie szczekają i wilczy wzrok je omija z daleka. Tam grzeją się krople szczęścia w menzurkach chwili, czekają na ten ogień lub choćby powiew ciepłego wiatru, który przychodzi rzadki jak mgła, puka do okna, chociaż drzwi zawsze stoją otworem.

Jest takie miejsce z ogrodem Prawdy, kapliczką ciepła, wysoką trawą nadziei i pustą ławeczką pośrodku, na którą cień rzucają liście płaczącej wierzby. Tam na stoliku stoi kubek z kawą. Ona stygnie… powoli ale skutecznie. A można ją przecież osłodzić pocałunkiem, zamieszać łyżeczką miłości, otulić przyjazną ręką, aby wreszcie zawrzała.

Jest takie miejsce ciepłe i piękne, które zalewają aorty marzeń. Z nowopowstałego morza rozkoszy, z buzujących fal imaginacji wychodzi ONA. Ocieka z kropli rzeczywistości, jej piękne kształty przesycone są diamentem absolutu. ONA – nirwana skumulowanych spadkobierców Homera, Horacego, Byrona, ojca Tadeusza, matki Kapulettich i Montekich. Porusza się w rytmie Beniowskiego. ONA – Alfa i Omega, Rozsądek i Szaleństwo, Subtelność i Perwersja. Oprawiona jest w ramki wyrzeźbione z fantazji. Ich autor (przyuczany do fachu przez mistrzów, szybko stał się mistrzem) dokładnie naostrzył dłuta, starannie dobrał drewno i stworzył dzieło swojego życia. Chwała i sława mu za to. Ale… w zaistniałej sytuacji jego ciężka i sumienna praca stała się marnym tłem dla NIEJ. Niemal niegodnym. Wszak drewno jest martwe, a ONA porusza się napędzana energią marzeń. Przychodzi często na krótkie chwile rozkoszy nagromadzone w magazynie zapomnienia, oderwania od zgiełku miasta, jęku telefonów, etc. Pod koniec każdej wizyty spada deszcz betonowych ulic, echa głosu szefa, arii przekleństw, miski zupy. Wtedy jej twarz traci jedność. Uśmiech się zwęża, jak kocie źrenice za dnia. Włosy płowieją w słońcu powrotu do rzeczywistości. ONA zatapia się w wyśnionym morzu, które następnie wysycha, zostawiając po sobie jedynie szramy na pustyni w kształcie zamazanego: NIE!

Jest takie miejsce po którym stado wielbłądów błądzi szukając oazy. Mieli piasek kopytami godzin, wystukuje gejzery wulkanów, z których, jak fontanna zaczyna rzygać lawa samotności. Rozgrzany jej grad bombarduje to miejsce, to ciepłe i czułe miejsce, jak nisko tonowa membrana. Każdy pocisk wypala pół doby nadziei i pół doby wiary. Przeciwsłoneczne parasole w kolorach rozsądku, samozaparcia i rezygnacji rozsypują się po każdym ataku. Można je naprawiać długo, wzmacniać impregnatem niedostępności, drutami zmarnowanych złudzeń, ale po kilku dniach ataku naprawa zda się gadaniem po próżnicy.

Jest takie miejsce w którym stado wielbłądów musi przejść przez ucho igielne. To monotonna i długotrwała operacja, czasem bolesna porównywalnie z założeniem hełmu na lewą stronę. Igłę trzeba ustawić samym czubku góry lodowej (widoczne miejsce, nie dla każdego dostępne). Nie wolno się silić na łatwiznę, wkładając oczko pod kopyta wielbłąda (alkohol i czarne BMW mogłyby rozerwać igłę lub spowodować nagłą śmierć dromadera). Odległa góra lodowa szlifuje ambicję, kładzie adrenalinę na resorze nadziei z długotrwałą amplitudą (zakres: porażka – sukces). Kiedy igła jest już dobrze osadzona w glebie metafizyki można się zabrać za wielbłądy. Teraz dobór poganiaczy jest sprawą priorytetową! Muszą mieć twarde buty napastowane przyjaźnią, włosy obmyte z zapachu profitów, łupież zdrady starannie sczesany, okulary przyciemnione fałszem zakopane w piachu. Stado wielbłądów (znane bardziej jako niedogodności losu) można wprowadzać na górę pojedynczo lub zbiorowo. Masowa wyprawa może przynieść szybszy potencjalny efekt końcowy. Aczkolwiek łatwiej o pomyłkę! Błąd w sztuce. Zaabsorbowani w sprawę poganiacze mogą przegapić dezercję choćby jednej sztuki. Bardzo ważnej jednej sztuki, bez której wyprawa zakończy się fiaskiem. Późniejsze poszukiwania brakującego elementu mogą trwać w nieskończoność! Ów element może wyjść z rachuby wpadając w niepowołane ręce, mogą go zjeść wilki w przydrożnym lesie lun zginie z szybkostrzelnej laski kłusownika. Jednostkowe gnanie lub raczej prowadzenie wielbłądów z pustyni na górę lodową jest procesem powolnym, ale za to efektywniejszym w skutkach (tzw. eliminacja rozbieżności one by one). Kiedy wyprawa dotrze do punktu kulminacyjnego, wskazówka stanie na decydującym miejscu. Wahadło serca będzie tykać szybciej, nierównomiernie, niecierpliwie. Trzeba teraz oddać to co się należy poganiaczom – uścisk dłoni godny poszukiwaczy złotego runa. Pożegnanie musi przebiegać szybko bez zbędnych zakłóceń, łez, przemówień i celebracji. Nadszedł czas stanąć twarzą w twarz z nieokiełzaną mordą losu, z różnokształtnymi stworami o nieciekawej fizjonomii i igłą. Rozszerzenie ucha do rozmiarów wielbłąda trzeba wykonać subtelnie (rozpalone ręce w ogniu niecierpliwości ostudzić w wodzie rozsądku). Oddech namiętności rozszerza malutką dziurkę w igle. Nie wolno dmuchać zbyt mocno, bo można wtedy wyeksmitować ją na orbitę spalonych nadziei. Natomiast nazbyt lekkie ruchu powietrza nie roznamiętnią oczka. Z chwilą kiedy już nabrzmieje do rozmiarów uczucia należy się zająć wielbłądami. Niwelacja zwierzęcych problemów leży w granicach ludzkich możliwości. Siłą nadziei i woli można je skurczyć, oswoić miłością, wytresować racjonalną obietnicą. Nie wolno ich gwałcić cepami wyłudzonej litości i toporem słów wyrzucanych na wiatr. Potem już tylko formalności… ale co będzie po nich? Co będzie po nich?

Jest takie miejsce gdzie mieszka ONA i żyją wielbłądy. Czas ma w opiece i JĄ i je.

Tego miejsca nie ma na żadnej mapie świata. To miejsce ciągle wędruje w kosmosie, ogląda bajki na telebimach gwiazd. Wypatruje szczęścia na horyzoncie Drogi Mlecznej.

Jest takie miejsce wielkości jednego przecinka w zbiorach bibliotecznych multiuniwersum. To miejsc jest PRZECINKIEM. Na granicy dwóch zdań.

A teraz zejdźmy z ołtarzy metafizyki na przyziemne grunty biologii, wszak tu też jest takie miejsce, wyżej magazynu żywności, niżej uniwersytetu pamięci, po lewej stronie…

Najgłupszy konkurs sezonu

Cóż to miała być za burza? Ledwie dwa smarki Wszechgrzmocącego doleciały do ziemi, a wody spadło mniej, niż potrafi wylecieć z nieszczekającego końca psa. Jednym słowem, nie był to popisowy numer na gitarę solo. Jednak z tego powodu Grzesiek, zwany Basiorem oraz Sławek, nie walili głową w mur budynku przy którym akurat stali. A był on przyozdobiony artystycznymi motywami, dokładniej czteroliterowym słowem, z oszczędności napisanym bez początkowego „C” oraz skrótem sugerującym, że autor Chce Wstąpić Do Policji.

– Idzie w końcu – powiedział Sławek, patrząc w kierunku nadciągającego Roberta.

– Aha – potwierdził krótkim, acz konkretnym wywodem Basior, ubrany w opinającą bluzę, która ze swoboda mogłaby obsłużyć łącznie Roberta ze Sławkiem.

– Cześć! Tak sobie szedłem i jak was zobaczyłem, wpadł mi w głowę genialny pomysł. Zagramy w grę! Pierwszy, który zaklnie przed wejściem do knajpy, ten stawia dziś cały wieczór.

– Cepie jeden! – przywitał kolegę Sławek – Głupsze pomysły od ciebie, to ma tylko Marian listonosz. Pamiętacie, jak kiedyś wymyślił, żeby rozwozić listy rowerem?

– Aha – stanowczo poparł go Basior.

– No i? Co w tym dziwnego klapsie? – dopytywał Robert.

– I niby nic, poza tym, że była zima i wyglądał jak „Taniec z gwiazdami”. Szczególnie kiedy dostąpił zaszczytu spotkania czoła z oblodzonym krawężnikiem i zobaczył tysiące gwiazd. A i ten jego taniec, to też niczego sobie.

– Lets the game begin – powiedział, naśladując Pana Piłę Robert.

– Dobra niewychędożone wypierdki hipopotama. Jedziemy z koksem! Pierwszy, który jest bez winy, niech rzuci kobietą, której obyczaje ważą mniej, niż jej makijaż – prowokował kolegów Sławek.

Szli jednak ostrożnie, w kierunku knajpy Zakroczek, żeby rozluźnić się po pierwszym terminie ostatniego egzaminu z letniej sesji. Biorąc pod uwagę możliwość przegranej w najbardziej debilnej grze, jaką mogli sobie wymarzyć, żaden z nich nie wychylał się przed szereg i dla świętego spokoju nie otwierał paszczęki. Prowokacyjnym wywodem ciszę przerwał dopiero Sławek.

– Wiesz co Robert? Ja to jednak podziwiam twoją mamę!

– Jakoś mnie to nie dziwi – odpowiedział niezmiernie zdziwiony.

– Ja chyba nie byłbym w stanie nauczyć chodzić kogoś, kto ma takie IQ jak ty. A jej się jakoś to udało. Musiała się całymi latami modlić do świętej Rity. Ty nawet jakbyś wymyślił deskę klozetową, to pewnie nie miałaby dziury.

– Aleś walnął klapsie obrzygany! – odburknął Robert. – A ty co się tak cieszysz chodzący antrykocie? – wypalił w stronę Basiora.

– Jak widzę, taką głupią gębę, to się zawszę cieszę!

– Właśnie! Teraz już wiemy czemu się nie golisz, dzbanie! – odbił piłeczkę Robert.

– Ciittt! – uciszył ich Sławek – Patrzcie na drugą stronę, na tą lafiryndę.

– To jest facet, barani sucie – wyśmiał kolegę Robert.

– Kozia szczyno! Ma cyc, mały ale ma! – nie dawał za wygraną Sławek.

– Basior ma większy i chyba jest facetem, przynajmniej tak deklaruje!

– Aha – Basior jednoznacznie potwierdził przynależność do płci niemuszącej kucać do sikania.

– Ale patrz na jej wary! Jakby ją pszczoła uwaliła.

– Ma detoks – wtrącił się między wódkę i zakąskę Basior, po czym szybko tego pożałował. Pozostała dwójka popatrzyła na siebie, potem na Basiora i wybuchła płaczliwym śmiechem.

– Detoks to ty będziesz miał, jak zamkną Mc Donalda.

– Patrzcie, patrzcie – wyrywał się z więzów niewiedzy i upodlenia Basior – toż to nasz kolega Palant idzie do Biedry. Wiecie co zrobił miesiąc temu?

– Hę? – zwięźle, acz treściwie zapytał Robert, bądź co bądź pochodzący z Podhala.

– No tak, ja piłem za powodzenie na egzaminie, a wyście zakuwali – przerwał Basior – i ja! – powiedział z naciskiem na zaimek ja – wyszedłem na tym zewsząd korzystniej. Nie dość, że nie wlepiałem ślipi we wzory, tylko skupiłem się na C2H5OH, to jeszcze ja zdałem na cztery, a wy ledwo na trzy zero.

– I co z tym Palantem, chodząca galareto? – irytował się świadom straconego przed miesiącem czasu Sławek.

– Cicho czopie! Otóż Palant ma głowę słabszą od konika polnego. Wypije trzy piwa i już po nim. Tak też się stało wtedy. Wypił i zniknął. Nie ma tej lewatywy i nie ma. Nagle wychodzi na wpół rozebrany z toalety. Sam. I z jego chwiejnie poskładanej relacji, można było wywnioskować, że poszedł za potrzebą do wc. Tam rzygnął do umywalki, najpierw symbolicznie, a potem już bez żartów i z pełnym zaangażowaniem. Następnie odkręcił wodę, a że umywaleczka taka mała, żebyś w niej nawet lalki nie utopił, to jego trofea wróciły do właściciela, a konkretnie na zewnętrzne odzienie.

– Piękna historia. Aż chce się żyć – zachwycił się Sławek.

– Palant nie dość, że jest palantem to ma jeszcze swoje alter ego, wtedy jest idiotą.

– Cudowne połączenie szamba z gnojówką – pławił się dalej w zachwytach Sławek.

– Kiedyś podrywał Heidi. Oczywiście delikatnie mu zasugerowała, że prędzej poliże własny łokieć niż jakąkolwiek część jej ciała, ale chyba nie zrozumiał od razu i dalej robił bardziej podkopy, niż podchody. W końcu mu się ten podkop zawalił z wielkim hukiem i zaczął się spotkać z trójzębną Grażynką, która powinna raczej zainwestować w randki z dentystą niż z Palantem, ale mając rozum wielkości karalucha, to i tak dobrze trafiła. Grazia nie paliła chyba tylko jak spała i jadła. Palant nieraz narzekał, że ma wrażenie, że całuje się z popielniczką. Byli ze sobą z miesiąc, ale zaszli za skórę Heidi. I ta cwana tapeciara powiedziała, że jak zjedzie z góry na dół Grażynkę, to się z nim umówi. I od tego pamiętnego wieczoru został singlem.

– Nie śmiejcie się z Palanta – niespodziewanie stanął w obronie Robert. – Też byście tacy byli, jakbyście słuchali disco polo.

Tak wysuniętemu argumentowi nie byłby wstanie oprzeć się nawet sam Herkules, więc dwóch studentów, a w zasadzie trzech, bo Basiora nie można przecież rozpatrywać w liczbie pojedynczej, zrobiło miny podobne do psa trzymającego w pysku kawałek kurczaka, który chwilę wcześniej znajdował się na talerzu i jednocześnie słyszącego głos pana, w którym można wyraźnie wyczuć głód i daleko idące niezadowolenie z powstałej sytuacji.

– Jestem nieco zaniepokojony… – ciągnął dalej Robert, widząc że pozostali ćwiczą miny.

– Zapomniałeś nogi ogolić? Cepie – Sławek powrócił na ziemię.

– Nie! Świński cycu! Dochodzimy już do knajpy, a wynik gry nadal pozostaje nierozstrzygnięty.

– Może Basior powie coś o zaliczeniu z termodynamiki – próbował jeszcze podpuszczać Sławek, także zaniepokojony dotychczasowym wynikiem.

– Aha – Basior bezczelnie zgasił prowokacyjne zapędy kolegi.

– Weź opowiedz – nalegał Sławek.

– Wykastrowana szczeżujo! – ryknął Basior i zaczął opowiadać. – Siedzę se na tym zaliczeniu, ciasno jak na listach wyborczych…

– Tobie wszędzie ciasno – wtrącił Robert i zaraz pożałować, czując jakby kawał mięcha zepchnął go z chodnika na ogrodzenie.

Więc siedzę se – kontynuował Basior – podchodzi kaprawy Zbyszek i rozdaje kartki z zaliczeniami. Wziąłem i piszę, piszę, to znaczy odpisuję ze ściągi, czuję, że dobrze idzie i rzeczywiście tak szło. Kaprawiec siedzi, bawi się pod stołem komórką, albo czym tam dysponuje, więc nie patrzy po sali, a ja piszę. Skończyłem, oddałem, idę za tydzień po wyniki, a tam niedostateczny. Okazało się, że krzywooki postawił z tyłu sali kamerkę i tym swoim smartfonem nią sterował. Pół sali nie zdało!

Robert ze Sławkiem zatrzymali wzrok na ustach Basiora, jakby chcieli z nich wyciągnąć wyraz, który powinien tu paść. Nie udało się…

W tym momencie poczuli, jak ich ciała absorbują pokaźny fragment kałuży, w który właśnie z impetem wjechała ciężarówka. Z takiego przyzwolenia do wydalenia z siebie najgorszych obelg skorzystałby każdy, ale nie oni, to znaczy nie teraz. Twarde bestie. Basior tylko zacisnął tak mocno zęby, że zgrzytnęły, jak hamujący pociąg. Sławek zrobił minę, jakby mu ktoś właśnie przejechał brzeszczotem po jajach. Za to Robert, po takim incydencie, stracił już wszelką na darmowe piwo.

Bo jak się ktoś kurwa pizdą urodził, to choćby chuj na chuju stawał (choćby nawet Robert wszedł na Palanta), za darmo piwa pić kutas jeden, nie będzie!

 

Stosunki z panną G

Jeżeli nie jesteś uległa, to lepiej, żeby nie było cię wcale – powtarzałem niejednokrotnie w jej obecności. Przyzwyczajona do tych i innych obelg, nie zdradzała oznak zainteresowania, drewniana franca uzbrojona w żelazo i miedź. Dobrze wiedziałem, że nie jest mi w stanie dać tego, czego oczekiwałem, a jeszcze bardziej byłem świadom, że niestety wina leży głównie po mojej stronie.

Zamknięci w głuchym pokoju całymi godzinami rozmawialiśmy. Słuchałem fałszywego głosu, który doprowadzał mnie do furii, następnie zwątpienia, by w końcu pozostawić w bezwładzie. Pozwalał za to na wypuszczanie lawiny przekleństw. Po tak bezowocnym dialogu najczęściej dostawała karę stania w kącie przez godzinę, dzień, tydzień.

Świadomy swojej winy zacząłem podglądać, jak robią to inni. Ich warsztat niewątpliwie wywarł na mnie wrażenie. Próbowałem za ich przykładem doskonalić własną manufakturę, niestety chociaż robota paliła mi się w rękach, nie sprawiała oczekiwanej przyjemności, a efekt końcowy był co najwyżej opłakany. Natomiast nie można było odmówić mi zapału oraz zaangażowania. Wytrwale z mozołem docieraliśmy do siebie, poprzez dusze do ciała, ale uległość, na której mi tak bardzo zależało od pierwszego spotkania, nadal zdawała się nie do wyegzekwowania. Zamiast cieszyć się pełnią szczęścia, po prostu trwaliśmy w symbiozie niespełnienia.

Mijały lata, z widocznym wstydem na twarzy i zażenowaniem postanowiłem przemóc się w sobie i wyjść z nią do ludzi. Pamiętam pierwsze spotkanie z przyjaciółmi; trochę uśmiechów, współczucia, poklepywanie po plecach i szepty, które nie miały dotrzeć do moich uszu oraz dwa lub trzy tlące się ogarki nadziei. Udało się nie zwątpić w siebie, ani w towarzyszącą mi kłodę drewna.

Potem było troszkę z górki, wstyd schodził z twarzy, a ja nadal podglądałem starszych kolegów i ćwiczyłem w domowym zaciszu. Następnie bez jej zgody szliśmy między ludzi. Najbardziej podobało nam się, gdy biesiadowaliśmy w plenerze przy ognisku. Chłopcy pod wpływem wódki, a częściej alpagi, dopingowali nas do działania. To były piękne chwile. Ekshibicjonizm bez żadnych hamulców. Zdarzało się, że któryś z kolegów brał ją w swoje łapy i wyczyniał rzeczy o których mogłem tylko pomarzyć. (Nota bene niejednokrotnie marzyłem, leżąc samotnie pod kołdrą.) Poznałem wtedy, że ona potrafi być uległą, kiedy przedstawi się odpowiednie argumenty, których do tej pory nie posiadałem. Pozostała zazdrość w stosunku do tych, którzy potrafią ją poskromić na swoją nutę oraz poczucie niemocy i niespełnienia.

Teraz w pełni świadomy swoich młodzieńczych grzechów, biorę ją czasem z kąta, sadzam na lewym kolanie, kładę ręce na jej sześciu strunach i gram na niej piosenki, które napisałem, kiedy obydwoje byliśmy młodzi.

Podwórko. Koniec lat 80-tych.

Pod koniec ubiegłego wieku nowoczesne blokowisko przycupnęło w otoczeniu drewnianych chat, projektowanych jeszcze przez samego Witkiewicza oraz łąk z kierdelem owiec i tuzinami krów. Giewont i Kasprowy z niedowierzaniem patrzyli na powstające skupisko betonu i blachy.

Przed budynkami zamożniejsi mieszkańcy stawiali swoje maluchy, na które musieli przeznaczyć kilkuletni dorobek, a posiadanie sprowadzonego z zachodu kilkunastoletniego forda czy audi, uznawano za przejaw burżuazji. Dzieciaki najczęściej z poobijanymi kolanami i łokciami dosiadały swoich dwukołowych rumaków marki pelikan, starsi próbowali swych sił depcząc pedały należące do rowerów wigry 3 i absolutnie nie przeszkadzało im, że mają zbyt krótkie nogi, aby jednocześnie siedzieć i kręcić korbowodem. Dziewczyny stały za ladą sklepową, zrobioną najczęściej z kamieni i sprzedawały deficytowe towary za kilka liści zerwanych za blokiem. Bywało, że zostawiały cały dobytek i piskiem dawały sygnał do ewakuacji, kiedy jeden z kolegów chciał zapłacić zasuszonymi zwłokami żaby lub pakietem tańczących dżdżownic.

Pani Krystyna, nazywana przez sąsiadów cioteczką Jilly, na wzór bohaterki australijskiego serialu, emitowanego w jednym z dwóch dostępnych wtedy kanałów telewizyjnych, najczęściej widywana była w papilotach, z gębą krzyczącą na nastolatków doskonalących sztukę gry w piłkę nożną, którzy używali drzwi garażowych jako bramki piłkarskiej. Z niewiadomych powodów młodzież zwykle wybierała garaż jej męża, być może z sympatii do żony właściciela lub możliwości poszerzenia znajomości słownika z zakresu siarczystej łaciny osiedlowej, którą bardzo sprawnie operowała cioteczka Jilly.

Pewnego sierpniowego popołudnia w gospodarstwie przyległym do osiedla rozegrała się niecodzienna scena. Sąsiadowi, któremu natura odmówiła zmysłów słuchu i mowy, a także innych walorów cechujących homo sapiens, zdechł koń. Oficjalnie mówiło się, że ze starości, ale równie dobrze przyczyną zgonu zwierzęcia mogło być niedożywienie lub skrajne wycieńczenie organizmu, spowodowane nadmiarem pracy. Józek pierwszy raz od wielu lat ściągnął z chabety uprząż oraz chomąto i ku przerażeniu licznie ukrytej za drzewami małoletniej publiczności, zaczął ją obdzierać ze skóry. Następnie wyrzynał ochłapy mięsa, które w najbliższym czasie miały być przeznaczone do konsumpcji. Tuzin mieszkających u niego psów szczekał, czekając jak sęp nad ścierwem. Kiedy zaczęło się ściemniać one także dostały swoją dolę. Najpierw wewnętrzne narządy zdechłego konia, a następnie odrąbane siekierą kości. W tak trudnych czasach nic nie mogło się zmarnować, zwłaszcza że katowana i wykorzystywana ponad swoje siły, niedożywiona chabeta, już nigdy nie będzie pomagać w gospodarstwie. Tego pamiętnego dnia dzieciaki, w większości o przeźroczystych twarzach nie przejawiały objawów apetytu podczas kolacji. Za to wyjątkowo szybko wtuliły się w poduszki i przykryły kołdrami po czubek głowy. Tej nocy nikomu z nich nie śnił się ulubiony sen… o tym że są już dorośli.

Narodziny pewnego poety

Urodziłem się 16 maja 1977 roku – od takich słów piętnaście lat później rozpocząłem pisanie pierwszego własnego dzieła literackiego, szumnie nazwanego życiorysem. Ów utwór bardzo mi się podobał i to nie z czysto egoistycznych pobudek, spowodowanych faktem, że byłem jego autorem, ale z racji na objętość. Te kilka zdań, podyktowanych potrzebami ciała, a nie duszy, można było przetrawić w kilka minut, co dawało możliwość wcześniejszego zameldowania się na osiedlowej łące, zaadoptowanej w tamtych czasach na potrzeby boiska piłkarskiego.

Przenieśmy się jednak wszystkimi możliwymi zmysłami do szpitala (obecnie powiatowego) w Zakopanem. Tu właśnie trysnęła krynica mego istnienia. Od chwili kiedy ma rozdarta metafizycznie i dosłownie osoba po raz pierwszy otwarła oczy, świat nigdy nie był już taki sam. Szczególnie dla mnie. Natomiast nie wzruszyło to w najmniejszym stopniu lekarza odbierającego poród. W owych czasach produkcja podobnych do mnie szła taśmowo. Biały kitel ze stetoskopem na szyi powtarzał, jak katarynka: następny, następny, następny…

Kiedy mama zobaczyła mnie po raz pierwszy pomyślała: fajny ten synek, taki nie za ładny, ani nie za brzydki, mógłby zostać literatem. Nie jestem pewien, ale chyba w tamtej chwili nie przypuszczała, że za czterdzieści lat podreptam z własnej nieprzymuszonej woli na ulicę Gołębią w Krakowie, do murów jej Alma Mater, gdzie po spędzonych pięciu latach odebrała dyplom magistra. Być może miała nadzieję, że zrobię to znacznie wcześniej. Może… Ale tego już się nie dowiemy…

Drugi horyzont, będący sprawcą całego zamieszania także nie próżnował. W gronie kolegów w należyty sposób świętował przybycie na świat pierworodnego syna. Kiedy pierwszy raz mnie zobaczył, pomyślał: pójdzie w ślady ojca, będzie inżynierem, tylko dlaczego tak krzyczy, skoro jeszcze nawet go prąd nie popieścił?

Babcia za to nie wybiegała myślami tak daleko w przyszłość. Byłem jej drugim wnukiem, ale pierwszym, który razem z nią zamieszkał. Patrząc na mnie, widziała raczej tetrowe pomniki, niż przyszłego inżyniera czy poetę. Jak czas pokazał, przeżyliśmy razem pieluchy, a nawet dużo więcej, jednak musiałem ją pożegnać już jako młodzieniec, oczywiście taki nie za ładny, ani nie za brzydki.

Dziadek przyjął moje narodziny ze spokojem, który zawsze przepełniał jego ciało. Być może na mą cześć wypalił dodatkowego papierosa, góra dwa. Myślę, że nie przypuszczał ile ma mi do przekazania w ciągu najbliższych lat. Przekonaliśmy się o tym razem. Niestety z jego ładem i porządkiem nigdy nie było mi po drodze.

Urodziłem się 16 maja 1977 roku… Ani mama, ani tata, ani dziadkowie, ani tym bardziej ja nie spodziewaliśmy się, że tak rozpocznie się znaczące dzieło literackie. I słusznie. Nikt z nas też nie przypuszczał wtedy, że dokładnie 5 lat wcześniej urodził się prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, głowa państwa którego wtedy nie było, piastująca nieistniejące stanowisko. Też taki nie za ładny, ani nie za brzydki.

2018-12-06