Starosta Małgorzata – Kwestia czasu

„Kwestia czasu” jest trzecią częścią losów rodziny Prusków, zapoczątkowanych w „Pruskich babach” i kontynuowanych w „Wesela nie będzie!”. Serię polecał inny znany autor komedii kryminalnych i na szczęście wiedział, co robi.

Tym razem ludzie giną w rodzinnej miejscowości ciężarnej Edyty Prusko, Augustowie. Na dodatek pojawia się tam też jej mąż, z którym zamierza się rozwieźć. Nieszczęścia zaczynają się pięknie sypać jak z rękawa.

Akcja toczy się na dwóch przeplatających płaszczyznach, kryminalnej i obyczajowej. Czasami można odnieść wrażenie, że nawet ta druga nieco dominuje, na szczęście nie jest już tak zawikłana, jak w pierwszej części, gdzie autorka wgryzała się głęboko w drzewo genealogiczne głównej bohaterki. Jednak wychodzi na jaw tajemnica rodu, której nie znała nawet sama pani Krystyna.  Śledztwo, podobnie jak we wcześniejszych częściach, prowadzą połączone siły policjantów z Augustowa i Wrocławia, a także miesza się w nie bliższe i dalsze otoczenie Edyty. Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Nie ma nudniejszych i przegadanych fragmentów. Autorka ponownie postawiła na sprawdzoną wcześniej metodę zbiegów okoliczności i przypadków, które jak podkreślają co chwilę bohaterowie, nie istnieją.

Kreacje bohaterów są niewątpliwie bardzo silną stroną powieści. Bezkompromisowa i energiczna starsza pani, nestorka rodu Prusków, Krystyna. Jej spokojny mąż Henryk, były policjant, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Pomimo, że przebywa już w stanie spoczynku, może załatwić dużo więcej i szybciej, niż czynni policjanci. Edyta, która charakter otrzymała chyba bezpośrednio po swojej babce, powoli się do niego przyzwyczaja. Fakt, że jest w ciąży i to bliźniaczej, daje jej dodatkowe możliwości wyrażania swoich sprzeciwów i frustracji. Kucharz, który ma pewien wkład w śledztwo, co chwilę serwuje coraz bardziej wymyślne potrawy. Mimo, że pani Krystyna co chwile każe mu wracać do kuchni, stara się czynnie uczestniczyć w rozmowach odbywających się w salonie. Także wrocławski, świeżo awansowany podkomisarz Bączek jest wyrazistą pełną humoru postacią. Do tego łajza Rafałek, który w tej części został przedstawiony nieco inaczej, można zaryzykować, że dość zaskakująco. Bohaterowie świetnie prowadzą czytelnika przez książkę.

Humor jest kolejną mocną stroną. Pisanie komedii jest o tyle trudne, że ciężko trafić w gusta odbiorców. Każdy ma nieco inne poczucie humoru. Mnie osobiście przypadły do gustu dialogi Prusków, a także policjantów. Również narracja prowadzona jest w zabawny sposób, np. Bączek dzwoniący zadkiem.

Sam wątek kryminalny, jak już wspomniałem, nie jest elementem dominującym, a raczej spajającym całość. Może trochę brakuje wprowadzenia podejrzanych osób tak, aby czytelnik mógł obstawiać złoczyńcę. Jednak główny nacisk został położony na wszechobecny humor, prze co odbiorca jest nieco inaczej ukierunkowany.

Pod uwagę należy także wciąć język, jakim została napisana powieść. Trzeba podkreślić, że jest on dopracowany i nie sposób znaleźć jakichkolwiek błędów, co niestety często się ostatnio zdarza, nawet u uznanych pisarzy. Także pod względem merytorycznym, wszystko wydaje się być w porządku. Nie ma nielogiczności i wszystkie wydarzenia zdają się być prawdopodobne. Jedynie jedna ze scen szpitalnych została przedstawiona, być może, z za małą dawką dramatyzmu. Przypuszczam, że autorka nie chciała przecinać humorystycznych scen, mocno nostalgiczną.

Podsumowując, „Kwestia czasu” jest zgrabnie napisaną komedią kryminalną, z rozbudowanym wątkiem obyczajowym, świetnymi kreacjami głównych bohaterów i przede wszystkim dużą dawką humoru, czasem czarnego.

Najsmutniejsza informacja pojawia się na samym końcu, ale jak autorka napisała nieco wcześniej „denat nigdzie nie ucieknie”. Mam nadzieję, że da nam szansę, żeby go poznać.

Puzyńska Katarzyna – Śreżoga

 

Dwunasta odsłona sagi o Lipowie nawiązuje bezpośrednio do wydarzeń, które miały miejsce w finale poprzedniego tomu, Pokrzyku. Autorka zaskakuje od samego początku, poświęcając połowę powieści akcji toczącej się dwa lata wcześniej, z udziałem zabitej policjantki, Emilii Strzałkowskiej. Myślę, że takiego obrotu sprawy nie spodziewali się liczni fani twórczości Katarzyny Puzyńskiej.

Najdłuższa część sagi (ponad 884 strony) podzielona jest na krótkie rozdziały oraz na czternaście części. Do wymieszania wydarzeń toczących się na różnych płaszczyznach czasowych autorka zdążyła nas już dawno przyzwyczaić. Jednak w tym tomie powieści zrobiła to nieco odmiennie. Morderstwa mające miejsce w roku dwa tysiące dwudziestym, są  powiązane ze zbrodnią sprzed dwóch lat.

Książka, podobnie jak kilka przeczytanych przeze mnie wcześniej (innych autorów powieści kryminalnych) jest bardzo nierówna. Są momenty fascynujące i maksymalnie wciągające czytelnika, są też nieco monotonne, długie i przegadane. Te ostatnie znalazłem w obszernych fragmentach opisujących wydarzenia z roku dwa tysiące osiemnastego. Poza tym zauważyłem w nich dość niedbały język, jak na autorkę tego formatu. Kilkakrotnie częste powtórzenia sprawiały, że tempo czytania spadało. Mam wrażenie, że pierwsza część powieści została napisana, kiedy druga (akcja w 2020 roku) była już skończona.

Autorka postawiła na sprawdzone wcześniej chwyty, którymi udało się jej ująć czytelnika w poprzednich częściach. Ponownie mamy masę podejrzanych osób. Prawie każdy bohater ma jakieś swoje ciemne strony, o których dowiadujemy się stopniowo. Mnogość postaci sprawiała, że czytelnik mógł się niejednokrotnie zgubić. Na obronę muszę wysunąć kilka argumentów, taki jak: potężna objętość całości oraz zapiski Strzałkowskiej, które zostały podane na początku. W wersji papierowej można było łatwo do nich wrócić, żeby łatwiej kojarzyć postaci, gorzej jeżeli czytał ktoś (tak jak ja) na czytniku.

W drugiej części powieści pojawia się (przynajmniej jak dla mnie), najbardziej wyrazista bohaterka sagi, Klementyna Kopp. Bezkompromisowa stara-głupia-baba. Emerytowana komisarz wraz z innymi kobietami prowadzi prywatne śledztwo. Uważam, że jest ona mocną siłą napędową tej powieści, choć słyszałem opinię, że niektórzy czytelnicy wręcz jej nienawidzą.

Także podobnie, jak w niektórych poprzednich częściach, zostały wprowadzone elementy grozy. Dom jak z horroru, kurze łapki, wrzeciono zwiastujące nieszczęście, czy wiedźmi kamyk. Nie obyło się też bez odwołań do muzyki. Podgórki tradycyjnie słucha Master of Puppets, a jeden z młodszych bohaterów South of Heaven Slayera.

Narrator, wzorem wcześniejszych odsłon, w każdym rozdziale wchodzi w głowę jednego bohatera i razem z nim myśli, czuje i opisuje to co widzi. Wydaje się, że nie jest wszechwiedzący i obiektywny.

Natomiast wątki obyczajowe zostały nieco wypłaszczone. Owszem perypetie głównych bohaterów (Podgórskiego, Strzałkowskiej, ich syna i Podgórskiej/Nowakowskiej) występują, ale mam wrażenie, że zeszły na nieco dalszy plan, niż miało to miejsce wcześniej.

Nietrudno się domyśleć, że autorka jak zawsze wodzi za nos czytelnika i nie pozwala mu przewidzieć rozwiązania śledztwa. To nic nowego. Jednak tym razem mistrzowsko podrzuca jeden tak mylny trop, że zostawia nas w ciemnym lesie, bardzo daleko od potencjalnych prawidłowych domysłów, żeby w finalne zaskoczyć kilkakrotnie z jeszcze większą siłą, niż miało to miejsce dotychczas.

Podsumowując, mam wrażenie, że opinie o tej książce mogą być skrajnie różne. Faktycznie w pewnym momencie lektury, można stwierdzić, że jest ona nazbyt monotonna i przegadana. Jednak im bliżej końca, staje się coraz bardziej wciągająca, nieprzewidywalna i zaskakująca. Kończąc ją, chciałoby się przeczytać jeszcze z pięćset stron.

Ostaszewski Robert – Ukochaj na śmierć

 

Powieść jest kontynuacją losów nadkomisarza Polańskiego i jego drużyny (zapoczątkowanych w Zabij ich wszystkich), do której dołącza nowa koleżanka, podkomisarz Renata Łukowska, karnie zesłana do powiatowej komendy z CBŚ.

Książka rozpoczyna się podczas kręcenia rekonstrukcji wydarzeń historycznych, kiedy zostaje śmiertelnie postrzelony jeden ze statystów, Zaręba, student historii. Polański od razu stwierdza, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, tylko zaplanowane morderstwo. Akcja śledztwa prowadzona jest w ciekawy, wciągający czytelnika sposób. Policjanci nie mają zbyt wielu wskazówek i sprawdzają kilka tropów naraz. Czteroosobowy zespół (Polański, Łukowska, Tyszka i Mateja) dobiera się w różne konfiguracje i rozpytuje rodzinę i przyjaciół Zaręby oraz ekipę filmową. Jeden z tropów prowadzi do wnuka oprawcy w obozie koncentracyjnym Zgoda, obecnie lokalnego polityka. W ten sposób autor przemycił do powieści wątek historyczny, w którym przedstawił ten mało znany obóz, utworzony po Drugiej Wojnie Światowej. Mam wrażenie, że te wątki z przeszłości nieco hamują dynamikę akcji, tym bardziej, że niektóre fakty są powtarzane kilkukrotnie. Jednak autor rozłożył ten wtrącenia w czasie, przez co tempo powieści jest zmienne. Bardzo dobrym zabiegiem okazało się podzielenie rozmowy z pracownikiem muzeum na dwa etapy.

Poza śledztwem i wątkiem historycznym, kolejną warstwą powieści jest umiejscowienie jej w Świętochłowicach. Osoby związane z tą miejscowością znajdą tutaj znajome miejsca i ulice. Zakotwiczenie akcji na Śląsku wiąże się oczywiście z wprowadzeniem tutejszej specyficznej gwary. Ujawnia się ona u niektórych osób, jednak poszczególne charakterystyczne słowa i zwroty są zgrabnie wplecione w dłuższe wypowiedzi, przez co nie wymagają dodatkowych wyjaśnień, a z pewnością dodają barwności całej powieści.

Kolejną odskocznią od śledztwa, są szeroko pojęte sprawy rodzinne i osobiste czwórki policjantów. Wprowadzane są dosyć systematycznie, a przy tym niezbyt często, przez co nie zaburzają tempa wątku detektywistycznego. Służą głównie pokazaniu drugiego (domowego czy też prywatnego) oblicza śledczych.

Dosyć ciekawie zostali przedstawieni bohaterowie powieści. Jak się im dokładniej przyjrzy, można zauważyć, że postaci kobiece są bardziej charakterne i wyraziste, natomiast mężczyźni nieco bardziej neutralni. Być może takie było założenie autora, a może po prostu tak wyszło. W kryminałach zwykle śledztwo prowadzi dwójka głównych bohaterów, a tutaj mamy ich aż czworo. Wracając do charakterów, najbardziej szczeżujowato została przedstawiona pani prokurator, ale w tego typu powieściach to norma. Nowoprzybyła podkomisarz Łukowska także okazuje się ostrą kobietą, choć po początkowym, mocnym wejściu, mam wrażenie, że nieco mięknie. Także bezkompromisową kobietą jest matka Polańskiego. Z męskich postaci, tylko ojciec ofiary został scharakteryzowany na twardego, klnącego i z nikim nieliczącego się faceta oraz kilku rozpytywanych, pojawiających się epizodycznie. Natomiast trzej główni śledczy są mocno neutralni. Różnią się w zasadzie wiekiem, stopniem i doświadczeniem życiowym. Trochę brakuje u nich konfliktów wewnętrznych oraz między nimi. Można przypuszczać, że autor zauważył to pod koniec pracy nad tekstem i zrobił świństwo jednemu z nich. Myślę, że to trochę za mało, choć z drugiej strony odbieram taką charakterystykę postaci jako wyjście ponad obecne stereotypy, gdzie policjant musi być alkoholikiem, zawalać śledztwo lub mieć mroczną przeszłość. Polański nie jest bezkompromisowym komisarzem Deryłą, czy chamskim Pawłem Kamińskim, z kolei Tyszka czy Mateja nie są dupowatymi partaczami pokroju Bertila Melberga.

Wątek kryminalny został tak rozegrany, że czytelnik, w pewnym momencie akcji, może się zastanawiać i obstawiać mordercę (w przeciwieństwie do tego, co dostaliśmy w Zabij ich wszystkich). Autor przemyca nam dwie dość czytelne wskazówki dotyczące złoczyńcy. Zastanawiam się na ile zostały one zakamuflowane pośród tysięcy zdań i kliku przedstawionych możliwości oraz, ilu czytelników je wychwyci.

Podsumowując, Ukochaj na śmierć jest niewątpliwe ciekawą propozycją dla sympatyków zagadek kryminalnych. Śląskie klimaty oraz rys historyczny obozu Zgoda stanowią mocno tło tej powieści. Może trochę brakuje zgrzytów i niejednoznaczności w charakterystyce głównych postaci. Autor nie daje powodów, żeby część czytelników kogoś nienawidziła, a druga część mu kibicowała.

Jedną z najistotniejszych zalet zostawiłem na koniec. Nic w tej powieści nie wydaje się być przesadzone. Wszytko wygląda bardzo realnie. Chuck Norris z pewnością nie zagrałby w filmowej adaptacji. Nikt nie ucieka w „ostatnim momencie”, nikt nie zostaje niezabity, tylko dlatego, że bohater musi przeżyć.

Powieść jest dość krótka, zatem polecam na jesienny długi wieczór (celowo liczba pojedyncza).

Mróz Remigiusz – Halny

 

 

Po najpłodniejszego polskiego pisarza sięgnąłem dopiero po raz drugi i głównie ze względu na to, że akcja powieści dzieje się w okolicach mojego miejsca zamieszkania.

„Halny” jest powieścią bardzo nierówną, z dobrymi i bardzo słabymi momentami. Przez swą obszerną objętość znalazło się dużo miejsca na jedne i drugie. Na początku wspomnę o nieco utartych standardach we współczesnych kryminałach. Policjant z mroczną przeszłością, odstawiony na boczny tor, powraca, aby zająć się pokłosiem sprawy, w którą był wcześniej zaangażowany. Udaje mu się to dosyć łatwo. Do tego postać posiada konflikt wewnętrzny oraz utrudnione relacje z byłą kobietą, poza tym pewną sprawność fizyczną. Klasyk.

Powieść rozpoczyna się od morderstwa w Tatrach podczas halnego. I tu mamy do czynienia z pierwszym zgrzytem. Ów halny wieje z wielką prędkością (chyba jednak nieco przesadzoną) w początkowym rozdziale, potem milknie i powraca po kilku dniach. Góry, wbrew pozorom, są ciężkim terenem do osadzenia akcji. Oczywiście niewątpliwie atrakcyjnym, jednak włączenie ich jako tła powieści, wymaga od autora pewnej uwagi i tej mi tu zdecydowanie zabrakło. Śledczy idą na miejsce zbrodni, które znajduje się na wysokości 2000+ m. n.p.m bez żadnego wcześniejszego przygotowania i w dodatku częściowo po zmroku. Nie zapominajmy także o halnym, o którym autor najwyraźniej w tym momencie zapomniał. Wydawać się może, że szli po Krupówkach, a nie po trudnym terenie w Tatrach. O ile ktoś chodzący na co dzień po górach (Forst) byłby się w stanie na coś takiego szarpnąć, to pani prokurator z Krakowa już nie bardzo. Ta wyprawa nie przeszkadza jej nazajutrz wstać rano i przystąpić do kolejnych czynności bez żadnego zmęczenia. W końcowych rozdziałach powraca wiatr i kolejna wyprawa jest opisana dużo bardziej realistycznie. Zupełnie nie rozumiem tego dysonansu.

Akcja powieści jest dość dynamiczna i często zmienia kierunek. Pisarz wodzi czytelnika za nos i całkiem dobrze mu się to udaje. Podejrzani zmieniają się co chwilę i pomysły autora na kolejne zwroty są niewątpliwie dużym atutem Halnego. Niestety potyka się on o dość prozaiczne knoty. Nie wiem, czy nie można było pewnych kwestii z kimś przedyskutować, czy nikt na poziomie redakcyjnym nie wyłapał rozbieżności? Np. jeden z bohaterów obsługuje telegazetę nie używając do tego pilota, tylko przycisków bezpośrednio na telewizorze. Nie spotkałem się z takim odbiornikiem. A nawet jeżeli byłby takowy wyposażony w guzik włączający telegazetę, to użytkownik naciskałby go raz, a potem używał przycisków ogólnofunkcyjnych, do poruszania się po stronach.

Kolejną dla mnie całkowicie niezrozumianą sceną, była akcja w jaskini w Tatrach, w której miał przebywać jeden ze złoczyńców i żeby doszło do spotkania, kazał przyprowadzić pewną osobę. Przecież nie miało tam dojść do żadnej wymiany i, skoro miał tam czekać, można było go ująć bez przyprowadzania kogokolwiek.

Następnym niedopatrzeniem autora i redaktora, jest fakt, że mieszkaniec Kościeliska (gmina sąsiadująca z Zakopanem), ma być pochowany na cmentarzu w Zakopanem. Uspokoję czytelników, że mimo sugestii autora, na cmentarzu na Pardałówce nie wypływają trumny z ziemi. Rozumiem intencję pisarza, że akurat tam chciał rozegrać akcję, ale niepotrzebnie kwaterował umarlaka w sąsiedniej miejscowości (chyba, że mieszkał tam w poprzedniej części, której nie czytałem).

Na przeciw tej dość obszernej krytyce z mojej strony, muszę stwierdzić, że ogólnie powieść nie jest zła. Akcja na pewno rozegrana ciekawie. Mróz wiele razy zaskakuje. Myślę, że robi to nawet częściej, niż inni autorzy kryminałów, w których zazwyczaj najbardziej niespodziewane jest zakończenie. A tu można powiedzieć, że wręcz na odwrót. Oczywiście, oprócz wątku kryminalnego, który jest tu zdecydowanie dominujący, delikatnie został zarysowany wątek miłosny. Narrator często wchodzi do głowy bohaterów i na tyle się w nich wczuwa, że zaczyna mówić ich językiem. Autor zrezygnował z gwary góralskiej. Uważam to za dobre posunięcie, ponieważ używanie jej jest zabiegiem niebezpiecznym, przez co można się narazić na krytykę ze strony jej znawców. Niemniej padają pojedyncze słowa, np. stwierdzenie, że halny duje.

Podsumowując, mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony wartka akcja, często zmieniająca kierunki i gubiąca pogoń czytelnika, wciągająca i na pewno nienudząca. A z drugiej błędy merytoryczne, o których wspomniałem powyżej. Uważam, że autor nie dopracował pewnych kwestii i szczegółów, a szkoda, bo efekt końcowy mógłby być dużo lepszy.

Rogoziński Alek – Babka z zakalcem

 

Patrząc na tytuły dwóch ostatnich książek Alka Rogozińskiego, można stwierdzić, że zaprzestał pisania komedii kryminalnych i przerzucił się na podręczniki, czy też literaturę edukacyjną. Nie dziwię się mu, bo to zawsze jakaś odmiana, a po rekomendacji MEN, kasa powinna płynąć strumieniami. Tytuł „Teściowe muszą zginąć” niewątpliwie sugerował, że zawiera ona instrukcje dla zięciów. Natomiast sięgając po „Babkę z zakalcem” miałem wrażenie, że trzymam w ręce przewodnik kulinarny. Zastanawiałem się nawet, czy nie będzie profanacją, jeżeli nie będę jej czytał w kuchni. Nikt mnie nie przyłapał, więc nie powiem, że większość pożarłem na balkonie.

Ponieważ, wbrew temu co sądzi duża część czytelników, książka nie kończy się na okładce i tytule, ewentualnie na dedykacji autora, zagłębiłem się do, można w tym wypadku powiedzieć, samego pieca i zobaczyłem co się tam upiekło.

Pierwszą babeczką okazuje się seniorka Luiza Mirska, właścicielka firmy cukierniczej i gwiazda programów kulinarnych. Z racji tego, że powoli szykuje się do przejścia na emeryturę, postanawia ogłosić, komu w udziale przypadnie prowadzony przez nią interes. Mirska jest matką czwórki dzieci, jak się okazuje, w zaistniałej sytuacji nie wiedzieć czemu, niepowstałych przez pączkowanie oraz babką dwojga wnucząt. To na kogoś z nich ma paść szczęśliwy traf. Wybór nie jest prosty, a nawet można powiedzieć, że go za bardzo nie ma. Pomimo, że Luiza jest świetna w kuchni, to jej potomstwo należałby śmiało nazwać zakalcami. Żeby się upewnić w swoich przekonaniach babka wynajmuje prywatnego detektywa, który dokumentuje ciemne strony potomstwa.

Na przyjęciu, podczas którego ma obwieścić światu długo wyczekiwaną wiadomość, pojawia się Róża Krull i na wszelki wypadek trup, a następnie komisarz Darski. Ten nierozłączny trójkąt gwarantuje dobrą zabawę. Najbardziej pechowa postać w książkach Alka i w tym przypadku nie zawodzi. Już od samego początku ma problemy natury wizualnej, a potem jest już tylko gorzej.

Kompozycja książki, wydawałoby się, typowa dla tego autora. Najpierw opis postaci, potem trochę rozbrajającej fabuły, dzięki której poznajemy bliżej bohaterów, a wszystko po to, żeby przygotować czytelnika na zbrodnię. Jednak, na pewno fani tego autora nie będą rozczarowani. Jeżeli chodzi o wątek kryminalny, Alek wodzi czytelnika za nos. Typując mordercę, nie radziłbym stawiać dużych pieniędzy. Lepiej je przeznaczyć na babeczkę…

Podsumowując, muszę stwierdzić, że jest to kolejna świetna komedia kryminalna. Z żartów, których oczywiście nie brakuje, najbardziej utkwił mi taki jeden, o Remigiuszu Mrozie. Lekka narracja, dobrze zarysowane postacie (nie jest ich za dużo, więc się czytelnik nie gubi i nie zastanawia, jak na dwusetnej stronie wyskoczy jakiś Filip z konopi, o którym były dwa zdania na początku). Dobrze rozpracowana strategia wątków kryminalnych i bezsprzecznie zaskakujące zakończenie, którego myślę, że mało kto się spodziewał.

Na koniec muszę potwierdzić prawdziwość powiedzenia – nie oceniaj książek po okładce. Sugerowany w tytule poradnik dla cukierników, w rezultacie okazał się poradnikiem dla przedsiębiorców. Może jakiś biznesmen skorzysta z zaproponowanych w nim rozwiązań?

Polecam wszystkim lubiącym lekką lekturę z dreszczykiem emocji. I niecierpliwie czekam na kolejny poradnik, tym razem może dla rolników, pt. „Rozgrabiony”?

Krzyżanowska Gaba – Cover. Mój wyśniony koniec świata

 

Książka zakwalifikowana jako literatura młodzieżowa. Według mnie mylnie, bo jest to opowieść o młodzieży, ale niekoniecznie ona jest docelową grupą czytelniczą. Raczej można się doszukać tu powieści psychologicznej, ewentualnie obyczajowej z elementami romansu i erotyki.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, z dwóch punktów widzenia: Elwiry (zwanej Elą lub El) oraz Maksymiliana (Maksa). Głównych bohaterów łączy miejsce zamieszkania, szkoła, rok urodzenia a przede wszystkim wzajemna nienawiść. Nazywają się, niekoniecznie pieszczotliwie, dziwką i chujem. Od razu zaznaczę, że postaci są mocno zarysowane, mają w sobie konflikt wewnętrzny i przechodzą przemianę. Ona, dziewczyna z dobrego domu, gdzie niczego nigdy nie brakuje, on z biednej patologicznej rodziny.

Główna część akcji toczy się, kiedy są w drugiej klasie liceum, ale początki ich znajomości sięgają dzieciństwa i wprowadzone zostały wątki toczące się w szóstej klasie szkoły podstawowej.

Na wielkie uznanie zasługuje zastosowanie swobodnego języka, którym posługują się bohaterowie. Jest on wulgarny, przez co jak najbardziej prawdziwy. W podobnych książkach tego rodzaju, zazwyczaj rozmowy prowadzone są ładnym, delikatnym językiem, co zawsze trąciło sztucznością i asekuracyjnością ze strony autora. Dialogi serwowane przez Gabę są szorstkie, autentyczne, można powiedzieć, że bezczeszczące polszczyznę, ale przecież tak na co dzień wyraża się współczesna młodzież. Jednak nawet tu język trzynastolatków wydaje się nieco podciągnięty na wyższy poziom.

Losy bohaterów muszą być zaburzone poprzez wprowadzenie przeciwności i konfliktów. W tym przypadku na Elę i Maksa czyha niebezpieczeństwo. Nie jest to byle rozterka miłosna czy niepowodzenie w szkole. Niebezpieczeństwo jest realne, ociera się o kryminał i w tym momencie powstaje napięcie oraz niepewność, co stanie się dalej. Ono właśnie powoduje, że kolejne linijki i rozdziały jesteśmy zmuszeni przeczytać. I jest to bardzo przyjemny przymus. Porównując do innych książek, ten pazur, który nas drapie, pojawia się wcześnie, a nie w połowie lektury.

Książka została podzielona na rozdziały, trochę większa część przeznaczona jest na opowieści ze strony Elwiry (w końcu powieść pisała kobieta), jednak dla mnie (faceta) mocniejsze kwestie przekazywał Maks. Dużym atutem książki jest także stopniowanie napięcia. Czytelnik zostaje na chwilę zaciskany w sidła, po czym może odpocząć przez kilkanaście stron. Autorka wprowadziła także chwyt przeciągania akcji, kiedy już czekamy na rozwiązanie konfliktu, a ono nie chce nadejść. Niejednokrotnie czytelnik zostanie też zaskoczony, łącznie z finałem.

Trzymające w napięciu sceny erotyczne również zostały opisane dużo lepiej i dokładniej, niż w standardowych romansach. Może dla niektórych będą one zbyt wulgarne, ale za to kochankowie zaraz po dwóch pocałunkach i rozpięciu bluzki nie budzą się rano w ciepłej pościeli.

Na chwilę wróćmy jeszcze do bohaterów i stosunku czytelnika do nich. To przecież od nas zależy, czy ich polubimy, czy będziemy im kibicować lub, czy ich przekreślimy jak błędny rachunek. Dla wielu z nas oznacza to powrót to przeszłości, do często najpiękniejszych naszych chwil, choć dla Eli i Maksa nie były to wymarzone czasy. I chociaż, miejmy nadzieję, że nie byliśmy w podobnych sytuacjach, to powinny się w nas obudzić sentymenty.

Recenzowanie książki w samych superlatywach należałoby uznać za co najmniej stronnicze i nieszczere. Zatem za największy minus można uznać okładkę i opis powieści, a także zakwalifikowanie jej, jako powieść młodzieżową. Kolejny – mam wrażenie, że początkowe rozdziały odbiegają jakością od pozostałych. Z zawodowego punktu widzenia, widzę też pewne rozbieżności z przepisami Prawa Oświatowego, ale to już moje zboczenie i w zasadzie niezbyt istotny szczegół.

Podsumowując, Cover, to świetna książka! Trzymająca w napięciu, napisana z dwóch punktów widzenia, szczerym, choć wulgarnym językiem. I tak ma być! Przecież, do cholery, nie żyjemy w enklawie piewców poprawnej polszczyzny. Tym bardziej nie żyją w niej osoby, dla których największą wartością jest wypicie hektolitrów wódki i trzymanie się na nogach. Chęć poznania dalszych losów bohaterów jest tu dominująca. Cover stoi w opozycji do wszystkich innych romansów i obyczajówek, których ich autorzy czeszą, a raczej ulizują swoich bohaterów tak, aby po ich włosach skapywała piękna, poprawna polszczyzna.

Gratuluję autorce odwagi do przedstawienia i nazywania rzeczy po imieniu. Czekam na kolejne czterysta stron!

 

Suchocka Agata – O jeden krok za daleko

„O jeden krok za daleko” – to druga powieść Agaty Suchockiej zakwalifikowana jako literatura obyczajowa z wątkami romansu. Pisząc „Jesiennego motyla” zawiesiła wysoko poprzeczkę. Zastanawiałem się, czy też uda się jej utrzymać ten poziom.

Ale po kolei. Główna bohaterka Ada, dobrze zapowiadająca się amazonka, ulega wypadkowi podczas zawodów jeździeckich. Uraz jest na tyle dotkliwy, że przekreśla jej karierę oraz, po trzech operacjach, znacznie utrudnia codzienne funkcjonowanie. Po wszczepieniu endoprotezy, porusza się o kuli. Poza fizycznymi dolegliwościami podupada także psychicznie i popada w alkoholizm. Środki znieczulające zapija piwem, przybiera na wadze, zupełnie nie dba o wygląd.

W pobliżu jej miejsca zamieszkania sprowadza się Robert, także człowiek po przejściach. Ich drogi powoli się schodzą.

Ada została wprowadzona jako postać zdecydowanie negatywna. Zapatrzona w siebie i w we własną karierę sportową, zapomina o rodzinie, rozwodzi się z mężem, a córkę wychowuje jej matka. Wypadek pociąga ją na dno. Podobnie jak jej potłuczone kości, trudno jest poskładać życie. Co może odmienić jej los, skoro sama niewiele już oczekuje?

Autorka pokazuje beznadzieje oraz bezsilność jednostki, spowodowane upadkiem. Szybko się przekonujemy, że ów upadek fizyczny, staje się upadkiem metaforycznym. Następnie droga prowadzi tylko w dół. Ból i zło są wszechobecne. W tym miejscu jesteśmy zmuszeni postawić sobie pytania. Czy powinniśmy kibicować tak zepsutej bohaterce, czy ją skreślić? W którym momencie jej życia znajdujemy się my? Czy może ona przechodzi obok nas, a my jej nie zauważamy? Czy wreszcie warto zwracać uwagę na kuśtykającego, pijanego kaszalota, z brudnymi włosami i w pomiętym dresie? Może najlepiej przejść na drugą stronę ulicy?

Los Ady na pewno nie jest do końca wyimaginowany i niejeden z nas i nie raz znajdował się w podobnej sytuacji. Czasem potrzeba pieprznięcia z dużej wysokości, żeby inaczej popatrzeć na świat. Potrzeba też czegoś więcej. Czy Ada znajdzie to coś i uda się jej wykorzystać sytuację do powrotu?

Przedstawione w książce wydarzenia dają czytelnikowi dużo do myślenia. Główni bohaterowie mocno zarysowani, z konfliktem wewnętrznym. Trochę brakuje napięcia w początkowych fragmentach. Pojawia się ono później i może dzięki temu z większą siłą.

Matyszczak Marta – Las i ciemność

 

Las i ciemność to już ósma część Kryminału pod psem, autorstwa Marty Matyszak.

Pisarka konsekwentnie zabiera nas w miejsca, które odwiedziła. Tym razem jedziemy rozwalającą się skodą Solańskiego na Mazury, gdzie detektyw ma zamiar wziąć ślub z Różą Kwiatkowską. Oczywiście musi im towarzyszyć trójłapy Gucio.

Na miejscu napotykają same przeciwności losu i… trupa. Trójka Ślązaków zamieszkuje, w przedstawionej na okładce, przyczepie kempingowej. Solańskiemu pewnie wystarczyłaby jego skoda, ale gdzie Róża – tam kłopoty. Możemy się zastanawiać, czemu matka nie dała jej tak na drugie imię, Róża Kłopoty Kwiatkowska.

Autorka w każdej kolejnej części stara się wprowadzić coś nowego. W tym wypadku kompozycja powieści została podzielona na trzy okresy. Pierwszy – będący rodzajem pamiętnika Róży, sięga jej licealnych czasów (rok 1999), kiedy to z grupą koleżanek i kolegów z klasy, spędzała wakacje pod namiotem, właśnie w tym samym miejscu, w którym ma wyjść za mąż. Rozdziały te są napisane w narracji pierwszoosobowej. Akcja drugiego okresu rozgrywa się w 2014 roku. Trzeci – czasy obecne. Oczywiście, jak w poprzednich częściach, do głosu dochodzi Gucio, zostawia niespodzianki i szuka żarełka.

Róża Kłopoty Kwiatkowska w Lesie i ciemności została potraktowana wyjątkowo złośliwie. Zwłaszcza w rozdziałach opisujących jej wakacje z czasów licealnych, przedstawiona jest bardziej, jako postać tragiczna, niż niezdarna czy też pechowa. Jedyna korzyścią, jaką z tego czerpie, wydaje się wykreowanie jej na główną bohaterkę odcinka.

Z nowości, jakie dostajemy, warto nadmienić o scenie fekalnej. Może nie jest ona wyjątkowo niesmaczna, czy paskudna, ale myślę, że część czytelników choć raz się skrzywi.

Wątki kryminalny i osobisty (kwestie ślubu) oraz wspomnienia Róży zgrabnie się przeplatają. Podobnie, jak w poprzednich częściach spotykamy tu starych znajomych, Potomek-Chojarską,  aspiranta Barańskiego, dziennikarza Szpona, sąsiadkę Buchtową, poprzedniego prawiemęża Róży, Bóla i innych. Zestaw takich indywiduów gwarantuje dobrą zabawę! W tym miejscu trzeba podkreślić, że wszystkie postaci są wyraziste i dobrze skrojone. Smaku dodaje gwara śląska, którą operuje Buchtowa. Można by się zastanawiać nad proporcjami poszczególnych wątków. Mam wrażenie, że kwestia morderstwa została nieco przyćmiona przez osobiste zmagania Róży. Ale w końcu ma wyjść za mąż i to za samego Solańskiego.

Podsumowując, Las i ciemność to kolejna świetna komedia kryminalna, z Różą, Solańskim i Guciem w rolach głównych. Jeżeli ktoś myślał, że nic nowego nie może się im wydarzyć i żarty będą tylko odgrzewanymi kotletami, będzie niewątpliwie pozytywnie zaskoczony. I… czy w ósmej części Róża zostanie zaobrączkowana przez Solańskiego, czy jeszcze przyjdzie jej poczekać?

Śmigielska Krystyna – Kochanek pani Grawerskiej

Śmigielska Krystyna – Kochanek pani Grawerskiej

 

Kochanek pani Grawerskiej to druga książka autorstwa Krystyny Śmigielskiej, jaką miałem przyjemność przeczytać. Sądząc po samym tytule, możemy mieć wrażenie, że za chwilę zagłębimy się w kolejne romansidło. Jednak już na tym etapie autorka zaczyna grę z czytelnikiem. Ciężko jednoznacznie określić gatunek, do jakiego można zakwalifikować tę powieść. Najbezpieczniej będzie stwierdzić, że mamy do czynienia z literaturą międzygatunkową.

Tytułowa pani Marta Grawerska jest trzydziestoletnią, drugą żoną o wiele starszego, robiącego karierę polityczną Marka. W jego towarzystwie staję się dodatkiem do drogiego garnituru, który w towarzystwie ma ładnie wyglądać i drogo pachnieć. W domu jest, niemogącym mieć swojego zdania, obiektem zaspakajającym potrzeby seksualne męża. W zamian żyje na wysokim poziomie finansowym, zamknięta w symbolicznej złotej klatce. Z drugiej strony Marta jest niewykształconą podlotką, która dzięki swojej urodzie i wdziękom, w pewnym momencie złapała za nogi biznesmena, będącego w wieku jej ojca, mogącego zaspokajać  zachcianki młodej żony. Zatem już na starcie przed czytelnikiem staje bohater, któremu powinien współczuć, jednak z drugiej strony drwić z jego infantylności i sposobu, w jaki próbuje zdobyć swoje złote runo. W napełnianej przez jedną osobę szklance, zaczyna brakować miejsca i krople powoli się przelewają. Skapują w stronę próby uniezależnienia się i wzięcia życia w swoje ręce. Grawerska opuszcza swoją złotą klatkę i podczas pobytu w kawiarni, znajduje tytułowego kochanka. Jej życie odmienia się, jednak nie w sposób, który sobie wymarzyła.

Marek Grawerski jest uwikłanym w życie polityczne karierowiczem. Pierwszą żonę wymienia na znacznie nowszy model, którym zostaje Marta. Wredny i zakłamany kombinator na pierwszym miejscu stawia awans, zdobywając kolejne szczeble władzy. Przyjmuje strategię kurka na dachu, gdzie powieje możliwościami, tam się obraca. Ciążą jednak nad nim ciemne chmury zebrane podczas przekrętów, zrobionych w przeszłości.

Powieść rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Zdecydowanie negatywnie zostały przedstawione mechanizmy działające w rodzimej polityce. Asertywność wobec podwładnych i dążenie po trupach do wyznaczonego celu, a z drugiej strony pełna uległość wobec przełożonych. Mentalność karierowicza politycznego, w którego hierarchii człowiek jest na ostatnim miejscu. Kolejną płaszczyzną jest sfera uczuciowa i dążenie do odzyskania własnej tożsamości przez tytułową bohaterkę. Do głosu dochodzą także koledzy kochanka i była żona Marka.

Poza zagmatwanymi losami bohaterów, mocną stroną powieści jest też język, jakim się posługują. Autorka nie cenzuruje wypowiedzi polityków, którzy nie słodzą i nie owijają w bawełnę, zwłaszcza po wypiciu drugiej flaszki. Wciągnięci w politykę skurwysyny muszą się kochać i przy okazji nienawidzić, a swoje uczucia wyrażać swobodnym językiem.

Jeżeli chodzi o słabsze strony książki, to uważam, że zbyt późno został wprowadzony punkt kulminacyjny. Jednak po jego przekroczeniu czytelnik zostaje wynagrodzony serią zaskoczeń i trwa w niepewności już do końca.

Podsumowując – dostajemy całą galerię nieszczęśliwych ludzi (trochę jak u Czechowa w Trzech siostrach). Bogatych, biednych, oszukanych, zakłamanych, czy spadających z wysoka. Musimy się zastanowić, gdzie w tym całym tyglu jesteśmy my – czytelnicy. Zazwyczaj szarzy ludzie z czterdziestogodzinnym tygodniem pracy. Ile swojego życia możemy położyć na szali szaleństwa, a ile na szali rozsądku? Czy dalej chodzić na butach z płaskim obcasem, czy ryzykować złamanie nogi, wkładając stopę w podeszwę podkutą dziesięciocentymetrową wykałaczką? Pytań pozostaje wiele. Myślę, że dobrze będzie na nie odpowiedzieć po lekturze „Kochanka pani Grawerskiej”, którą oczywiście polecam.

Kasiuk Anna – W twoim cieniu

 

„W twoim cieniu” to trzecia książka Anny Kasiuk z serii „Oczami kobiet”. Poprzedziły ją „Ciebie szukam” i „Obok Ciebie”.

Tym razem autorka zaprasza nas do korporacji, w której sama zdobywała doświadczenie przez dwadzieścia lat. Główną bohaterką jest Agnieszka, skromna i nierozpieszczona jedynaczka, pochodząca z małej, fikcyjnej miejscowości Bieszczytki, osadzonej w malowniczych Bieszczadach. Po skończeniu studiów na wydziale zarządzania na jednej z krakowskich uczelni, wraca w rodzinne strony i podporządkowuje się oczekiwaniom matki, pracując w jej biurze rachunkowym. Jednak potajemnie przed rodzicami wysyła CV do warszawskich korporacji. Po pełnym zawodu oczekiwaniu,  w końcu zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną i zaraz po tym zatrudniona. Jej życie całkowicie się zmienia. Sama w obcym, dużym mieście, wynajmuje mieszkanie i rozpoczyna pracę w nowym dla niej świecie. Ambitnie znosi przeciwności losu i uparcie dąży do wyznaczonego przez siebie celu. Szybko przekonuje się, że nie będzie jej łatwo. Do tego zakochuje się w sąsiedzie.

Losy Agnieszki śledzimy jej oczami, poprzez wprowadzenie narracji pierwszoosobowej. Widzimy tylko tyle, co ona sama, obserwujemy jej wzloty i upadki. Poznajemy mechanizmy działające w korporacji, powszechnie znany nam wyścig szczurów. Poświęcenie podparte bezwzględną determinacją i dążeniem do wyznaczonego celu. Razem z bohaterką przeżywamy losy młodej dziewczyny, wyrzuconej, na własne życzenie, z ciepłego domu na głębokie i nieznane fale, która płynie, dryfuje, podtapia się, ale ciągle widzi suchy ląd, będący jednym z jej celów. Odskocznią od korpo staje się dla niej dom, a właściwie wynajmowane dwupokojowe mieszkanie i miłość. Niełatwa miłość, która trzyma czytelnika w napięciu. Autorka nie pozwala nam zapomnieć, że piękno rodzi się w bólach. Śledząc jej trudne decyzje, możemy się zastanawiać, co byśmy zrobili na jej miejscu.

Trzecia część „Oczami kobiet” wydaje się być najbliższa rzeczywistości. Myślę, że wiele młodych kobiet rozpoczynających karierę w korporacji, czy nawet pracujących tam dłużej, znalazło się w bardzo podobnej sytuacji, a losy niektórych z nich, mogły potoczyć się tak, jak Agnieszki. Uważam, że wspomniany realizm jest mocną stroną tej książki. Czynnikiem przyciągającym zapracowane panie z korpo i zachęcającym je do sięgnięcia po tę pozycję. Tylko czy po wielu godzinach spędzonych w nosie z laptopem, będą miały jeszcze czas i siłę czytać? Myślę, że mimo wszystko powinny się do tego zmusić. Przecież to jest powieść dla nich, a przede wszystkim o nich. Agnieszka, mimo że nieco odosobniona w książce, nie jest osamotnionym przypadkiem. Na pewno drzemie w niej przynajmniej jakaś cząstka tysięcy korposzczurek. Patrząc z innej strony, jestem przekonany, że wiele czytelniczek, a może też czytelników, widziało w swoim korpo Agnieszkę, zgarbioną w open space, czy jedzącą sałatkę w pokoju socjalnym.

Podsumowując, w trzeciej i ponoć ostatniej części cyklu, Anna Kasiuk pokazuje nam zupełnie inną kobietę, niż bohaterki w dwóch poprzednich tomach. Może nieco podobną do dziewczyny z jej wcześniejszego cyklu o Łowiskach, Majki. W książce zabrakło mi może trochę scen erotycznych, do których wcześniej przyzwyczaiła nas autorka. Mogłoby być także trochę więcej Bieszczad, ale to już moje subiektywne odczucie, z uwagi na sentyment i osobiste przywiązanie do tego regiony kraju, także w sferze literackiej. Powieść polecam wszystkim, którzy chcą się zagłębić w świat widziany kobiecymi oczami i zobaczyć w niej siebie, albo koleżankę zza biurka. Myślę, że czytelnicy dwóch poprzednich części nie potrzebują specjalnego zaproszenia.