Matyszczak Marta – Trup w sanatorium

Trup w sanatorium to szósta część Kryminału pod psem – autorstwa Marty Matyszczak.

 

Ty razem trójka głównych bohaterów ze Śląska udaje się na wakacje nad morze. Oczywiście dostają w prezencje bonus, czyli zagadkę kryminalną do rozwiązania. Trup znajduje się w sanatorium Krecik, w Świnoujściu, w którym Solański z Kwiatkowską mieli spędzić romantycznie czas, w towarzystwie trójłapego Gucia. Jasnym jest, że jeżeli denatka skończyła w solance, to sprawcę może znaleźć tylko Solański.

Akcja powieści toczy się w czasach obecnych oraz w 1977 roku. Autorka nawiązuje do Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej, na którym (poza Festiwalem Piosenki Studenckiej) debiutowały ówczesne gwiazdy, głównie z nurtu poezji śpiewanej czy piosenki aktorskiej. Przedstawione są nawet dokumenty inwigilacyjne tajnych służb z tego okresu. Choć sama FAMA nie ma znaczącego wpływu na przebieg śledztwa, to miło przeczytać nazwiska artystów, których dorobek muzyczny cenię bardzo wysoko.

Dostajemy klasyczny kryminał z podwójną fabułą i trzema narratorami. Przeszłość opisuje jedna z bohaterek, a czasy obecne narrator właściwy i oczywiście Gucio. Niezastąpiony Gucio, jak zawsze ubarwia akcję psim poczuciem humoru, do którego przyzwyczaił nas w poprzednich pięciu częściach. Z resztą zapowiedź wątków komediowych dostajemy już na początku, w nazwie reklamowanego proszku pomagającego w procesie wypróżniania.

W początkowej części powieści autorka bardzo trafnie komentuje natłok turystów zmierzających na wypoczynek nad polskie morze. W sposób trochę prześmiewczy krytykuje ten owczy pęd, w miejsce o niskim standardzie, wysokich cenach i jeszcze wyższym stopniu zaludnienia. Ja jako mieszkaniec miejscowości turystycznej (w prawdzie na drugim końcu Polski) znam z autopsji te dantejskie sceny opisane w książce.

Należy wspomnieć jeszcze o parze głównych bohaterów. Autorka nie pała sympatią do Róży Kwiatkowskiej. Jak zawsze jest ona poniewierana i poobijana. Analizując jej fizjonomię pod koniec książki, można by dojść do stwierdzenia, że składa się ona głównie z siniaków. Natomiast Szymon Solański jest głównym obiektem krytyki swojego trójłapego podopiecznego. Nie mają łatwo. Ale za to czytelnik ma ubaw po pachy.

Porównując Trupa w sanatorium do poprzednich części Kryminału pod psem, należy stanowczo stwierdzić, że autorka nie obniża lotów, jak ma to często miejsce podczas kontynuacji serii kryminalnych. Czytelnik jest prowadzony bardzo sprawnie przez akcje książki. Być może nie zaskakuje nas jakimiś nowościami, ale też nie nudzi. Powtarzają się pewne pomysły, czy też nawet schematy z poprzednich części, takie jak opisywanie miejsc odwiedzanych przed laty przez pisarkę, czy zbiegi okoliczności. Ale czemu nie korzystać, ze sprawdzonych sposobów.

Fani Gucia z poprzednich części na pewno nie potrzebują specjalnego zaproszenia do przeczytania kolejnych losów dzielnie walczącej grupy detektywistycznej. Pozostałym jak najbardziej polecam.

Wybiegając do przodu, jestem bardzo ciekawy, jak autorka wybrnie w kolejnej części, z tego co zainicjowała na końcu Trupa. Jest to niewątpliwe zaproszenie do niecierpliwego czekania na siódmą sprawę, z którą gotowe jest poradzić sobie tylko biuro detektywistyczne Solan.

Sitko Marcin – Rysiek Riedel we wspomnieniach

W ostatnich czasach obserwujemy spory wysyp wywiadów z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, zebranych w kilkusetstronicowe książki. W mojej osobistej kolekcji są już, między innymi, wywiady-rzeki z Markiem Piekarczykiem, Romanem Kostrzewskim, czy już ś.p. Zbigniewem Łapińskim.

Marcin Sitko zauważył, że brakuje w tym panteonie, wielkiej muzycznej postaci, jakim bez wątpienia był Rysiek Riedel. Ponieważ wszelka rozmowa z nim jest już niemożliwa, postanowił przemówić za niego, głosami rodziny, przyjaciół, dziennikarzy, ludzi związanych z przemysłem rozrywkowym.

Dla wszystkich fanów Dżemu i Ryśka jest to oczywiście pozycja obowiązkowa. Postać wokalisty opisana we wspomnieniach niemal pięćdziesięciu osób. Migawki z młodości, z koncertów, ze współpracy muzycznej, aż w końcu z nierównej walki i pobytów w szpitalach.

Spróbuję tę wypowiedzi skonfrontować z filmami „Skazany na bluesa” – Jana Kidawy Błońskiego, który z resztą pojawia się w książce oraz „Się macie ludzie” – dokumentu o Ryśku. Z wywiadów przedstawionych w książce, jasno wynika, że pierwszy film jest tylko oparty na losach legendy śląskiego bluesa. Wiele scen zostało opisanych, jako niemających miejsca w życiu muzyka, m.in. wymiana przez ojca zamków w czasie wesela, czy desperacki zakup strzykawki. W końcowych scenach dochodzi także do pojednania Ryśka z ojcem, jednak udzielający wywiadów raczej są zdania, że do takowego nigdy nie doszło. Natomiast w drugim filmie, tym razem całkowicie biograficznym, została przedstawiona postać Ryśka, trochę podobnie jak w tej książce. Z resztą część osób wypowiadających się w filmie, udzieliła także wywiadów do publikacji, tyle że czternaście lat później.

Książka zawiera wiele anegdot z życia artysty. Część z nich znałem wcześniej z wyżej wspomnianego filmu dokumentalnego, duża część nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. Może poza epizodem, kiedy Pudel wywoływał ducha w mieszkaniu Riedlów. Poza tym z tych wszystkich wypowiedzi, a często jest to wprost powiedziane w podsumowaniu przez poszczególne osoby, wyłania się bardzo wyrazisty obraz piosenkarza, znany od dawna praktycznie przez wszystkich fanów zespołu. Czytając, miałem wrażenie, że jeden narrator przemawia głosami czterdziestu osób, które znały Ryśka w poszczególnych etapach jego życia. Jedyny odbiegający od schematu obraz, został nakreślony przez jednego z menedżerów Dżemu, w przedostatnim rozdziale. Poza obrazem samego piosenkarza, można się trochę dowiedzieć o powstawaniu niektórych piosenek, zarówno od warstwy tekstowej jak i muzycznej.

Osobiście czuję pewien niedosyt konkretnych anegdot, także uważam, że za mało muzyków (głównie z Dżemu) opisuje swoje wspomnienia. Tylko Beno i Gier udzielili wywiadów i to raptem tylko na kilka stron.

Jeżeli chodzi o samo wydanie książki, to jest ono solidne, w twardej oprawie i bardzo dobrze się czyta, tzn. publikacja się sama nie zamyka. Dodano nawet kolorową wstążeczkę, jako zakładkę. Książka zawiera wiele czarno-białych fotografii, jednak niestety większość z nich jest fatalnej jakości. Część bardzo ciemna, a część tak mała, że niewiele na nich widać. Wiadomo, że zdjęcia sprzed 40 lat nie były powalającej jakości i nawet takie stanowią cenne pamiątki, ale można je było choć trochę podciągnąć. Być może to uczyniono i nic więcej się nie dało. W każdym razie niestety jakość nie powala. Możemy być za to pewni, że wcześniej nie były one publikowane.

Ostatnim wielkim minusem, a w zasadzie pierwszym, jest dołączona płyta CD, którą wpakowałem od razu do odtwarzacza. I jakież mnie spotkało rozczarowanie, kiedy po niecałych dwunastu minutach przestała grać. Tylko dwie piosenki, za to nigdy wcześniej nie publikowane.

Podsumowując. Kupując tę książkę myślałem, że dużo więcej dowiem się o legendarnym muzyku. Trochę odgrzewanych kotletów (z filmu „Się macie ludzie”, czy z wywiadów na Youtube), za mało anegdot typu wywoływanie duchów przez Pudla, poza tym prawie jednolity obraz artysty i słabej jakości zdjęcia.

Nie mniej jednak nie żałuję, że zostałem szczęśliwym posiadaczem tej publikacji. Na pewno zawarta w niej obszerna treść dopełniła wyobrażenie o wielkim muzyku, jakim bez wątpienia był Rysiek Riedel.

Matyszczak Marta – Tajemnicza śmierć Marianny Biel

Matyszczak Marta – Tajemnicza śmierć Marianny Biel

Tajemnicza śmierć Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak to pierwsza część serii „Kryminałów pod psem”. Pies w tym przypadku ma kilka ukrytych znaczeń. W połączeniu z kryminałem może się oczywiście kojarzyć z policjantem, w metaforycznym ujęciu zdaję się być przemyślaną antyreklamą cyklu. Jednak na pierwszy plan wysuwa się zwykły pies w ujęciu słownikowym. Gucio – bo tak wabi się ten sympatyczny prawie czworonóg (jedną tylną łapkę stracił w konfrontacji ze złym czworonogiem).

Głównym ludzkim bohaterem jest Szymon Solański, były policjant, obecnie prywatny detektyw, niemal przymierający głodem. Sprowadza się on do śląskiego familoka, w którym przypadkowo zamieszkuje Róża Kwiatkowska, redaktorka, przez lata podkochująca się w detektywie. I właśnie w tej kamiennicy ma miejsce pierwsze morderstwo, którym w czynie społecznym zajmą się wyżej przestawieni bohaterowie.

Jak przystało na współczesny kryminał, autorka wprowadza wielowątkowość. Poza jakby się zdawałoby głównym torem, którym jest prowadzone śledztwo, mamy do czynienia z mocno zacieśniającymi się relacjami pomiędzy Różą i Szymonem. Nie bez znaczenia jest także miejsce akcji, obskurny chorzowski familok, w którym mieszkają różne typy, które nierzadko można by nazwać spod ciemnej gwiazdy. Poza społecznym tłem zwaśnionych lokatorów, czytelnik bez problemu zauważa watki satyryczne, głównie wprowadzane przez Gucia. Niektórzy mogli by się tu doszukiwać czarnego humoru, rodem z Monty Pytona.

Na pewno dużym plusem książki jest barwna kreacja bohaterów, kontrastująca z szarym, kamiennym otoczeniem. Na pierwszy plan wysuwa się Gucio, dziesięcioletni pies-geniusz, którego intelekt został podniesiony niemal do ludzkiego. Pies potrafi myśleć nie gorzej niż spora część pozostałych bohaterów, dedukować, a nawet czytać. Poza tym jest narratorem sporej części książki. Opowiada, co zdoła zobaczyć swoim psim wzrokiem. Jego wywody kierowane bezpośrednio do czytelnika, przeplatają się przez całą powieść z opisami narratora właściwego. Trochę nadpsie zdolności kontrastują z ułomnościami fizycznymi, takimi jak brak jednej łapy, bielmo na oku (mimo którego wszystko wspaniale widzi i opisuje) czy niepierwsza już młodość. Gucio ma dziesięć lat, a dalej dorównuje kroku swojemu panu. Niemniej wywody piesia bawią nas do łez.

W Szymonie Solańskim na pierwszy rzut oka można doszukać się pewnych stereotypów; były policjant, wdowiec, któremu w życiu nie bardzo wyszło, jednak nie stoczył się po równi pochyłej i oczywiście jak się uprze, to śledztwo musi doprowadzić do końca. Jeździ, jak wielu śledczych, starą skodą. Wyróżnia go jednak miłość do zwierząt, kiedy już na początku adoptuje kalekiego kundelka ze schroniska, a przecież mógł się pokusić o bardziej pasującego do detektywa, psa-mordercę. Róża Kwiatkowska (zapewne autorka nieprzypadkowo w jej nazwisku wprowadziła grę słów) jest redaktorką, niestroniącą od kieliszka, koleżanką Solańskiego z lat liceum, w którym się kiedyś podkochiwała. A jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje…  Połączenie prowadzącego śledztwo i osoby związanej z pisarstwem też jest często spotykane w literaturze gatunkowej, choćby u Camilli Lackberk (policjant i pisarka), ale czegóż jeszcze nie było…

Pozostali bohaterowie też są bardzo wyrazistymi postaciami. Na szczególną uwagę zasługuje na pewno Brygida Buchta, której wypowiedzi w całości są prowadzone w śląskiej gwarze, co niewątpliwie dodaje książce dodatkowego kolorytu. Co więcej, są one na tyle jasne i czytelne, że nie trzeba sprawdzać znaczenia poszczególnych słów oraz wprowadzone zostały w niewielkiej ilość, przez co na pewno nie męczą czytelnika.

Być może rasowi pożeracze kryminałów poczują pewien niedosyt, związany z zawiłością śledztwa i mnogością wątków prowadzących do mordercy. Jednak muszę podkreślić, że jest to kryminał odbiegający od utartych standardów, naszpikowany soczystym humorem ze śląskim krajobrazem w tle. Myślę, że po jego przeczytaniu, z niecierpliwością sięgniecie po kolejne części przygód Gucia i jego pana, co też i ja uczyniłem.

Läckberg Camilla – Złota klatka

Autorka sagi o policjantach z miasteczka Fjällbacka, po niezbyt udanej dziesiątej części sagi, „Czarownica” postanowiła zrezygnować z klasycznego kryminału i dla odmiany spróbować swoich sił w innych gatunkach literackich. Książka jest zakwalifikowana jako thriller psychologiczny, niestety niezbyt trafnie. Jeżeli ktoś się nastawiał na mocniejsze wrażenia, będzie niewątpliwie zawiedziony. Powieść trudno jednoznacznie zaszufladkować. Dostajemy zatem zbitek różnych gatunków, takich jak: literatura obyczajowa, erotyczna, czy też romans ze wstawkami elementów kryminalnych, od których zaczyna się powieść i ci, którzy nie czytają opisów reklamowych, w połączeniu z nazwiskiem autorki, mogliby przypuszczać, że zaraz rozpocznie się śledztwo.

Kompozycyjne książka została podzielona na trzy przeplatające się okresy czasowe. Obecny – najbardziej obszerny, rozgrywający się w przeciągu kilku lat, rok 2001, kiedy poznaje się para głównych bohaterów, czyli Jack i Faye, której oczami w tym etapie poznajemy wydarzenia oraz trzeci, najstarszy okres, lata dzieciństwa Faye.

Pomimo, że na pewno nie będzie to moja ulubiona pozycja w księgozbiorze autorstwa Läckberg, a nawet przypuszczam, że także wielu sympatyków jej kryminalnej sagi, to nie należy Złotej klatki od razu skreślać. Książka ma swoje słabsze i mocniejsze momenty. Do lepszych stron na pewno można zaliczyć zaskakujące zakończenie, nagromadzenie emocji, których czytelnik może doznać podczas czytania  jednego z wątków, poza tym akcja jest dość zgrabnie prowadzona i po prostu łatwo się czyta. Kolejnym plusem jest dawkowanie emocji. Być może jest to element niezauważalny, na który czytelnik raczej nie zwraca uwagi, ale można tutaj wyczuć momenty napięcia i rozluźnienia. Minusów zauważamy niestety więcej. Chociaż książka nie jest nudna, nie jest także zaskakująca. Dostajemy za to dawkę przewidywalnych sytuacji, które nastąpią w krótszym lub dłuższym czasookresie. Można powiedzieć, że scenariusz jest sztampowy, przypominający nieco amerykańskie filmy familijne o podwórkowej drużynie baseballowej, złożonej z nieudaczników lub wyrzutków, która na końcu zdobywa puchar. Do tego nieudolnie przedstawiony świat wielkiego biznesu.

Postaci mocno przerysowane, szczególnie pierwszoplanowa para. Człowiek zarabiający miliony, nie czyni podstawowych zabezpieczeń swojego interesu. Zastanawiające są natomiast metamorfozy, które przez całą powieść kształtują Faye. Postać jest zlepkiem przeróżnych charakterów i postaw, w różnych etapach swojego życia, kształtowanych przez jej najbliższe otoczenie.

Autorka wprowadza wątek niskiej próby hakerstwa komputerowego. Jednak w przeciwieństwie np. do Millenium, wydaje się on w miarę prawdopodobny. Kilkukrotnie obserwujemy sceny erotyczne. Nie stanowią one jednak próby wysokich lotów. Przez całą powieść przewija się kilka miniwątków kryminalnych. Szczególnie w ostatnim z nich można odkryć, że napisany został przez uznaną autorkę kryminałów. Niektóre zbrodnie są tylko opisane tak, że się wydarzyły, ale nie pociągnęły za sobą żadnych konsekwencji. Ani dla sprawcy, ani nie toczy się śledztwo, ani nic. Wydarzenie, jak każde inne. Jakby ktoś śmieci wyrzucił.

Podsumowując, nie można uznać ucieczki jednej z mistrzyń kryminału w kierunku innych gatunków za udaną. Powieść jak najbardziej przeciętna, której jednym z największych atutów jest nazwisko autora.

Kasiuk Anna – Namiętność pachnąca terpentyną

Pojedynek rozsądku z szaleństwem czyli o „Namiętności pachnącej terpentyną” Anny Kasiuk
     Anna Kasiuk w kolejnej powieści romantycznej zastosowała dwa rzucające się w oczy chwyty: narrację pierwszoosobową oraz wprowadzenie postaci pisarki, Sabiny Marczuk, będącej główną bohaterką . Pierwszy z nich pozwala nam na odrzucenie zbędnych opisów otoczenia widzianych oczami pozostałych osób, występujących w powieści i skupienie się na emocjach przeżywanych przez Sabinę. Możemy wejść w jej skórę i dzięki temu zastanawiać się, co sami zrobilibyśmy, gdyby przyszło nam odnaleźć się w opisywanych sytuacjach.  Drugi, być może stosunkowo często występujący w literaturze, i z pozoru tani, ale ostatecznie nie tak łatwy, o czym wie każdy artysta, próbujący pisać o sobie.   Bo najtrudniej występuje się przed własną publicznością,  najtrudniej maluje się autoportrety. W przypadku Sabiny Marczuk możemy się zastanawiać, ile swoich cech i doświadczeń autorka przemyciła w tej wyimaginowanej postaci.

 

Przed przystąpieniem do szczegółowej analizy potrzeba wprowadzić trochę matematyki. Główną bohaterkę, Sabinę, poznajemy jako czterdziestolatkę, która ma dwudziestoczteroletnią córkę, Anitę, i jest wdową od dwudziestu jeden lat. Po przedwczesnej śmierci męża, Jeremiego, trzynaście lat od niej starszego, z pomocą matki wychowała córkę oraz udało się jej zostać znaną i cenioną pisarką. Mieszka w domu należącym niegdyś do jej męża, wybudowanym w malowniczej i odludnej okolicy, dającej wszystko, co potrzeba artystom do tworzenia prawdziwej sztuki.
Tytułowa terpentyna  znajduje odniesienie do czwórki bohaterów: zmarłego męża Sabiny –   uzdolnionego malarza, córki, studiującej na Akademii Sztuk Pięknych, jej dziewczyny Marii oraz kolegi z roku, Jakuba, który powoli zaczyna dostrzegać w Sabinie swoją muzę.

 

Zasadnicze napięcie emocjonalne rozgrywa się, nie jak to zwykle bywa, pomiędzy bohaterami, ale we wnętrzu głównej bohaterki, przez co wprowadzenie narracji pierwszoosobowej wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Dzięki temu możemy wraz z Sabiną głębiej przeżywać targające nią rozterki.

Autorka przedstawia czterdziestoletnią bohaterkę jako osobę ustatkowaną, twardo stąpającą po ziemi  i odpowiedzialnie wychowującą córkę po śmierci męża . Sabina jest także pisarką, mającą na swoim koncie sukces (na który zapewne liczy również sama Anna Kasiuk ), który jednak nie uderzył jej do głowy. Jak na kobietę sukcesu, a szczególnie artystkę, potrafi zachować umiar. Poza spotkaniami z czytelnikami, a raczej czytelniczkami (z racji na  rodzaj wydawanych powieści) nie bierze czynnego udziału w życiu towarzyskim, jakie należy się każdemu, nie mówiąc o specyficznej kaście jaką są artyści.

   Po dwudziestu jeden latach ascezy w życiu Sabiny niespodziewanie pojawiają się dwaj mężczyźni (kumulacja szczęścia zaczyna chybotać jej stabilnym życiem). Pierwszym z nich jest bieszczadzki strażnik, w dojrzałym wieku, z którym miała służbowe spotkanie w trakcie pobytu promującego książkę na Podkarpaciu . Drugim natomiast okazuje się kolega ze studiów córki, Jakub, który zamieszkuje w ich domu i powoli zaczyna podrywać Sabinę. Uzdolniony student maluje i rzeźbi postać matki swojej koleżanki.

 

   Autorka, skupiając się na losach głównej bohaterki, nie wprowadza zbyt wielu postaci, stanowiących kolejne plany powieści. Istnieje jednak jedna, szczególnie wyrazista postać, szafująca twardymi argumentami i będąca żelaznym autorytetem Sabiny. To matka kobiety – wdowa o zdecydowanie konserwatywnych poglądach, mocno sprzeciwia się związkowi córki z kolegą jej wnuczki.

 

   Jaką drogę wybierze Sabina? Czy postawi na stabilizację z oddalonym o 500 kilometrów Wiktorem, czy stanowczo sprzeciwi się matce i zaryzykuje, angażując się w szalony i spontaniczny związek z Jakubem? A może ponownie zamknie się przed mężczyznami w swoim pokoju i całą energię włoży w pisanie kolejnych powieści?

 

   Niewątpliwie najmocniejszą stroną książki są wciągające czytelnika, wewnętrzne rozterki głównej bohaterki, które poznajemy w pierwszoosobowej opowieści . Delikatne sceny erotyczne dodają uroku powieści.  Można się zastanawiać nad realizmem  przedstawionym w „Namiętności”. Niektórzy odbiorcy mogą uznać metamorfozy Sabiny za efekt zbyt wybujałej fantazji autorki. W wieku piętnastu lat zachodzi w ciążę, przed dwudziestką zostaje wdową, potem wiedzie wzorowe życie przykładnej matki, stroniąc od mężczyzn i nawet drobnych szaleństw, aż do momentu, w którym ją poznajemy. I nagle mamy trzecią Sabinę, dojrzałą kobietę walczącą z samą sobą, która musi dokonać wyboru między rozsądkiem a szaleństwem. Pamiętajmy jednak, że już samo życie jest nieprzewidywalne, a pod wpływem miłości człowiek staje się zdolny do takich działań, o których nawet nie miał odwagi pomarzyć. Zatem przedstawiona historia może mieć odzwierciedlenie w prawdziwym życiu i wiele kobiet może odnaleźć w sobie Sabinę.

Puzńska Katarzyna – Rodzanice

Lipowo zaskakuje po raz dziesiąty!

Katarzyna Puzyńska kolejny raz zaprasza nas do śledzenia losów policjantów z Lipowa. Tym razem trupa znajdujemy na zamarzniętym jeziorze w pobliskiej wsi Rodzanice. Śledztwo oczywiście prowadzi Daniel Podgórski wraz z ekipą, dobrze znaną fanom sagi, z poprzednich części. Wątki kryminalne nie mają powiązań ze wcześniejszymi tomami, jednak wzajemne relacje pomiędzy bohaterami znalazły kontynuację w Rydzanicach.

Główna akcja książki rozpoczyna się 30 stycznia 2018 roku, czyli na dzień przed tym, jak ma na niebie pojawić się krwawy superksiężyc i dokładnie rok bez jednego dnia przed oficjalną premierą powieści. Oprócz tej daty często cofamy się do wydarzeń z roku 2016 oraz sporadycznie do lat wcześniejszych. Do takich retrospekcji autorka przyzwyczaiła nas już w pierwszej części sagi i konsekwentnie kontynuowała stosowanie tego chwytu we wszystkich jej częściach.

W budowie powieści można wyróżnić cztery płaszczyzny:

  1. kryminalna – najbardziej oczywista, wynikająca wszak z gatunku w jakim została napisana,
  2. miłosna – podyktowana wzajemnymi powiązaniami głównie między Danielem Podgórskim, a Weroniką Nowakowską i Emilią Strzałkowską – wątki kontynuowane z poprzednich części,
  3. społeczno-obyczajowo-psychologiczna – opisująca relacje występujące pomiędzy bohaterami, ich ciemne strony i skrywane od lat mroczne tajemnice,
  4. mistyczno-mitologiczna – wprowadzająca elementy powieści grozy, poprzez szklane kule, przepowiednie, obecność istot pozaziemskich.

Dla fanów pisarki nie będzie zaskoczeniem, że znalezienie mordercy pośród wprowadzonych postaci nie będzie łatwe. Podejrzani są wszyscy! Z rozdziału na rozdział przechodzimy od jednego potencjalnego mordercy, do następnego. Co więcej, na każdego z nich znajdują się mocne kwity. Zamordowane: młoda dziewczyna, a później dziennikarka były dla wielu osób niewygodne i korzystnym posunięciem mogło być trwałe wyeliminowanie niepotrzebnego i zagrażającego elementu. Katarzyna Puzyńska prowadzi nas zatem krętymi ścieżkami, by skierować czytelnika na lewe sanki, a w finale tak zaskoczyć, że będziemy kręcić z niedowierzaniem głowami, myśląc „znów udało się jej nas oszukać”.

Poza wartką akcją autorka wprowadza opisy, które wytwarzają klimat. Można wyczuć pewne podobieństwo do pierwszej części sagi, Motylka, w której także śledztwo toczy się zimą. Początkowe sceny mrożą czytelnika, jednak później siła rażenia przeniesiona jest bardziej na akcję powieści i relacje pomiędzy bohaterami, każące trzymać nas w napięciu. Podobnie, jak w poprzednich częściach, nie mogło zabraknąć zwierząt, które prawdopodobnie otaczały pisarkę podczas stukania w klawiaturę laptopa.

Chyba pierwszy raz od początku sagi, dostało się wszystkim opisanym szerzej bohaterom powieści. Oprócz tego, że jeden po drugim są podejrzani o popełnienie najcięższej, nieodwracalnej zbrodni, to trudno jest znaleźć chociaż jednego dobrego człowieka. Każdy „ma coś za uszami”. Autorka prezentuje bardzo szeroki wachlarz nieprawości między innymi: nieślubne dzieci, przemoc domowa, pedofilia, kazirodztwo, skrywane sekrety małżeńskie, alkoholizm, choroby psychiczne i w końcu w tym morzu grzechu i patologii pływa na samotnej tratwie morderca. To jakby zebrać najgorszy otaczający nas element i cisnąć nim w mapę malutkiego Lipowa.

Wątek mitologiczny, powiązany z wierzeniami, zabobonami i duchami przewijał się w sadze już wcześniej, między innymi w „Trzydziestej pierwszej” i „Utopcach”. Niewątpliwie dodaje książce mrocznego klimatu, tajemniczości i trzyma w napięciu w równej mierze, co chęć dowiedzenia się, kto zabija. Uważam jednak, że nie jest on aż tak znaczący, jakby miał sugerować opis książki, czy cytat z piosenki Metalliki otwierający powieść.

Szukający słabych stron Rodzanic nie mają prostego zadania. Lubiący czytać „cegły” wskazaliby zapewne na objętość. Zaledwie 2/3 tego co dostaliśmy w poprzedniej części, Norze. Ja za to mógłbym wskazać, jako słabszy punkt, zbyt szybkie wprowadzenie epilogu. Już po 93% powieści (czytałem na czytniku, bez numerów stron). Rzadko spotyka się tak wczesne podsumowanie książki.

Podsumowując, dostajemy do ręki kawał dobrze napisanego kryminału, trzymającego w napięciu, koloryzowanego wątkami pobocznymi, dzięki którym wiemy, że jest to kolejny, dziesiąty,  puzel w układance Puzyńskiej. Pomimo tej okrągłej liczby, autorka niejednokrotnie pozwoli sobie nas zaskoczyć, choć mogłoby się wydawać, że znamy ją i jej bohaterów na wylot.

Myślę, że każdy po przeczytaniu ostatnich linijek Epilogu, z niecierpliwością będzie czekał na kolejne, burzliwie i przełomowe wydarzenia w Lipowie.

Skubisz Magda – LO Story

Magda Skubisz – LO Story

LO Story to pierwsza z, jak na razie, czterech część powieści o losach nastolatków z jednego z liceów ogólnokształcących. Tytuł mógłby sugerować, że będzie to młodzieńczy romans osadzony w szkolnych murach, którego głównym odbiorcą powinna być nastoletnia żeńska młodzież. Oczywiście zasygnalizowany wątek miłosny ma miejsce, ale nie jest on dominującym tematem książki i wiek docelowego odbiorcy można śmiało rozciągnąć w przód, do sędziwych emerytów, a także nie ograniczać czytelników do płci żeńskiej.

Już po przeczytaniu fragmentu, można odnieść wrażenie, że autorka w dalekiej przeszłości czytała Przygody Mikołajka, a w niedalekiej oglądała Włatcuf Móch. Oś powieści stanowią losy zgranej paczki czwórki przyjaciół, o jakże odmiennych charakterach. Na tacy dostajemy przekrój możliwych sylwetek, w mocno zarysowanych postaciach. Kaśka, zwana Rybą jest zgrabną, wyzywająco ubierającą się dziewczyną, zdegenerowaną już w tak młodym wieku, pochodzącą z rodziny patologicznej, aczkolwiek osiągającą dość dobre wyniki w nauce, przynajmniej mającą takie możliwości intelektualne. Ala – Luśka, prawie przeciwieństwo swojej najlepszej przyjaciółki, gruba, pryszczata, z nikłym powodzeniem u chłopaków, opiekująca się bratem swojej siostry, który rozpieszczany, głównie przez dziadka, pada ofiarą bezstresowego wychowania, dzięki czemu, między innymi przechowuje w uchu kota jakieś przedmioty. Męską część bohaterów reprezentują Master i Burak. Dzięki ich bardzo wyrazistym ksywom, opis charakterów wydaje się zbędny. Dla formalności, Master jest przystojnym nastolatkiem, chodzącym w skórze, mającym bogatych rodziców. Wprost ideał dla żeńskiej części liceum. Burak, jak się można spodziewać, stanowi jego przeciwieństwo. Mieszka na wsi, pomaga rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa, je ser i czosnek, które skutecznie odstraszają płeć przeciwną, o względy której próbuje zabiegać. Pomimo bardzo wyraźnych różnic, trzeba zaznaczyć, że cała czwórka stanowi zgraną paczkę przyjaciół i kiedy trzeba stają za sobą murem.

Autorka wprowadza dwa główne wątki, napięcie uczuciowe, wykreowane pomiędzy głównymi bohaterami, zaburzane czynnikami zewnętrznymi oraz konflikt na linii uczeń-nauczyciel. Niektórzy mogą uznać to za zbyt banalne i oklepane, a innym znów będzie przeszkadzać wybujała fantazja autorki i za bardzo nierealne sceny. Jednak nic bardziej mylnego. Od początku jesteśmy prowadzeni bardzo lekką narracją. Język bohaterów jest zbliżony, do tego którym posługuje się współczesna młodzież, oczywiście ta prawdziwa, a nie gładko uczesana w telewizyjnych serialach. Na pochwałę zasługuje wprowadzenie postaci marnej nauczycielki, przedstawionej w nieco satyryczny sposób, jednak dosadnie pokazujący, że nie powinno jej w tym miejscu być. Z mojego punktu widzenia, jako nauczyciela w szkole ponadgimnazjalnej, mogę stwierdzić, że prawie wszystkie opisane sytuacje mogły mieć miejsce w rzeczywistości. Oczywiście zadaniem autora jest dodanie czegoś od siebie, co jak najbardziej ma tu miejsce.

Najmocniejszą stroną książki jest niewątpliwie niebanalne poczucie humoru, skupiające się głównie w zabawnych dialogach bohaterów. Pamiętając, że przecież chodziliśmy do szkoły, siłą rzeczy utożsamiamy się z bohaterami, czasami wchodzimy w ich skórę. Pomimo tego, że każdy z nich posiada całą masę negatywnych cech, możemy na tę krótką chwilę, zaprzyjaźnić się z nimi i dopingować ich w walce z nauczycielami oraz z przeciwnościami losu.

Podsumowując, LO Story jest świetnie napisaną, lekkim piórem lekturą obowiązkową dla wszystkich, którym nieobce są wspomnienia młodzieńczych zauroczeń i bojów toczonych w szkolnych ławach. Jestem przekonany, że po zamknięciu ostatniej strony, zaczniecie się rozglądać za kolejną częścią powieści, Dżus & Dżin, w której bohaterzy zaczną walczyć na innych frontach.