Nieistotka II

foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Nieistotka II

            Nie pomogły modlitwy... Przepowiednie stroiły nienawistne miny, balansując niepewnie na ostrzu żyletki niejasności. Wróżby raz po raz zwiastowały nieszczęście, klęskę ostateczną, Armageddon!

            ONA - myśl przewodnia wyimaginowanej rzeczywistości i niezaspokojonego pragnienia była już bardzo zmęczona. Wyeksploatowana. Stała nad przepaścią, skąd powiewało grozą, nieszczęściem, śmiercią. Lecz ONA jeszcze stała... Obejrzała się za siebie...

Po lewej stronie rósł kiedyś las świetlanej przyszłości. Został jednak spalony ogniem faktów, tej cholernej rzeczywistości, poplątania pojęć - nazwanego życiem. Teraz ze strawionego żywiołem losu gruntu wystawały marne kikuty krwawiących marzeń. Spalonych jedną rozmową, doszczętnie wyciosanych zaostrzonymi siekierami słów - następnej. Pobojowisko na arenie serca.

Po prawej stronie była łąka. Niegdyś zasiana zbożem nadziei, które wschodziło, dojrzewało, aż wreszcie - teraz przekwitło... Bujne kłosy padły ofiarą przebrzydłych ptaków doczesnej, śmierdzącej nieszczęściem egzystencji. Kiedyś małe, milutkie, niewinne skrzydlate zwierzątka, nażarte pszenicą, zmieniły się teraz w potwory - bezduszne sępy, które na spustoszonym ściernisku z utęsknieniem czekały na JEJ ściero.

ONA wciąż stała... Z oczu emanowały JEJ wspomnienia, spływały wolno po smutnej twarzy, po czym kapały na ziemię, spadając niczym bomby na rozgrzane serce. Powstałe po ich upadku kratery napełniały się cierpieniem, na miarę matki przytulonej do trumny syna. Zbliżał się czas zamknięcia wieka.

ONA wciąż stała nad przepaścią, jak przed ławą przysięgłych. Wyrok zapadł zaocznie, bez JEJ zbędnego udziału. Wielkimi krokami zbliżał się czas egzekucji. Niestety... ławnicy nie zdołali jednogłośnie skazać JĄ na nagłą, niezawodną śmierć w mgnieniu oka - tak po hitlerowsku. Ceremonia wykonania wyroku będzie się zatem odbywać powoli. Zbyt powoli. Przecież najpierw trzeba wyskrobać JEJ oczy przecudnych wizji pamięci tępym pazurem zapomnienia. (Juliusz Słowacki był perfekcjonistą w pozbawianiu wzroku swoich tragicznych bohaterów, jednak teraz nie wszedł w skład ławy.) Następnie, postępując zgodnie z wyrokiem, trzeba poobcinać JEJ palce ludzkich żądz, zużytymi zębami piły niespełnionych zapędów. Po udanej próbie amputacji członków można już przejść do sfer metafizycznych - zatrzymania akcji serca. To najtrudniejsza część operacji. Naiwne mrzonki pośpiechu powinny bezczynnie leżeć w ciemnych zakamarkach szafy pancernej. Bezwzględnym skalpelem, naszpikowanym najstraszniejszymi antysłowami, ostatecznym, twardym NIE, należy teraz odcinać od serca po kolei aorty ostatnich nadziei, tętnice bojowych miesięcy i żyły niewinnych zalotów. W ich miejsce podłączyć dystrybutor bólu. Podkręcić jego moc! Do oporu!

ONA jeszcze stała... Rękami bez palców odganiała sępy. Wreszcie padła na kolana a następnie na twarz. Puste oczodoły wypełniły się kamieniami cierpienia, aby powstrzymać fontannę wspomnień. Kikuty dłoni złożyła do ostatniej desperackiej modlitwy. Lecz gdzie był JEJ Bóg? Każdy ma Boga na jakiego zasłuży! Hiob miał dobrego, hojnego Boga - darował mu nadludzką wiarę. Chrystus dostał Drogę Krzyżową i sławę w najpoczytniejszej księdze na świecie. A JEJ Bóg? Cóż to za Bóg? Nieudacznik w łachmanach, którego stać tylko na marny korzec cierpienia! Stado sępów, z dziobami jak życiowe rozstaje, powiększało się. ONA wiedziała od dawna, że jest skazana na śmierć. Jednak nie dopuszczała do siebie tej myśli. Lecz teraz była już pewna. „Szczęśliwa to znaczy wyzbyta złudzeń".[1] Nie miała już siły oponować, walczyć z perfidnym losem, nieludzkim przeznaczeniem. Aczkolwiek nie znalazła w sobie ani krzty nienawiści, aby przekląć sępy. Resztkami sił wstała ostatni raz. Chwiejnym krokiem podążyła w stronę przepaści - czytaj przeznaczenia. Spadła... Umarła...

Najgorsze w tej opowieści jest to, że JEJ zwłoki porozrzucane po dnie kotliny ostatecznej rozgrywki nie zostały spalone. Co gorsza - Posłaniec Złudy pozbierał je i zmumifikował. Leżą teraz w sarkofagu utraconych nadziei, skrępowane bandażami rozsądku. I drżą... w obawie o zmartwychwstanie.

2004-05-03

[1] Cytat ze Zbigniewa Herberta